Godzinę później Matthew podsumował wyniki sekcji:
– Śmierć nastąpiła w wyniku jednego strzału w podstawę mózgu – orzekł. – Zabójca wybrał idealne miejsce na ciele ofiary – dodał z błyskiem w oku. – Śmierć była natychmiastowa. Kula przecięła móżdżek i część tyłomózgowia.
– Błagam cię, oszczędź mi tego lekarskiego żargonu, Matthew, i mów językiem laików – przerwała mu.
– Potwierdzam to, co mówiłem ci w Gallows Wood – odparł. – Facet zna się na rzeczy, Joanno. – Przerwał, umył ręce i wytarł je dokładnie w papierowy ręcznik. – Zabójca jest fachowcem w swojej dziedzinie, podobnie jak ty i ja. Wykończył ofiarę jedną małą kulką – dodał poważnym tonem.
– Z jakiego pistoletu? Z beretty?
– Możliwe, ale głowy za to nie dam – odparł. – Wiem tylko, że użył krótkiej broni palnej kalibru dziewięciu milimetrów. Uszkodzenia głowy są tak rozległe, że nie było mowy o przeżyciu. To mi wygląda na szybką, skuteczną egzekucję.
Joanna zamrugała, patrząc, jak Matthew ogląda ręce denata.
– Ręce były związane porządną liną żeglarską, mocną i wytrzymałą. Zabójca był świetnie przygotowany. Związał mu ręce tak, że lina wrzynała się w skórę: najpierw zrobił węzeł ruchomy, założył mu na nadgarstki, a potem mocno zacisnął i zamocował. Selkirk nie miał żadnych szans się wyswobodzić. – Matthew odwrócił głowę i uśmiechnął się do Joanny. – A tak na marginesie – dodał – Selkirk cierpiał na martwicę mięśnia sercowego.
Popatrzyła na niego pytająco.
– Matthew, proszę cię, mów po ludzku.
– No wiesz, miał zawał – wyjaśnił beztrosko. – Poważna sprawa. Miał w tętnicy skrzep wielkości orzecha, co oznaczało pewną śmierć – dodał, zabierając się do spisywania wniosków z sekcji. – Wygląda na to, że ktoś, kto zlecił to zabójstwo, naraził się na niepotrzebny wydatek.
– Chwileczkę, Matthew, nie wiemy jeszcze, czy to było zlecone zabójstwo…
– Posłuchaj, Jo – przerwał jej. – Jesteś bystrą policjantką, a ja tylko zwykłym patologiem, który kroi trupy i rozpoznaje przyczyny zgonu, ale kto kogo zabił i dlaczego – to już twoja działka. To ty będziesz produkować się przed prokuraturą. Ja tu widzę robotę płatnego zabójcy, który brutalnie porwał śmiertelnie chorego pacjenta ze szpitala, wywiózł go do Gallows Wood i wpakował mu kulkę w łeb. Nigdy w życiu nie widziałem tak profesjonalnej roboty. A tobie, skarbie, pozostaje tylko ustalić, kto wziął za to forsę. Zastanów się, kim mógł być ten fachowiec bez cienia skrupułów. Ilu znasz płatnych zabójców, Joanno?
Podniosła na niego wzrok.
– Ani jednego – odparła.
Obwisła twarz nadinspektora Colclougha wyraźnie posmutniała, gdy Joanna przedstawiła mu wyniki sekcji zwłok.
– Coś mi się to nie podoba, Piercy – orzekł. – Spędziłem w Leek swoje życie od urodzenia, moja matka stąd pochodzi i odkąd sięgam pamięcią, zawsze żyło się tu spokojnie. – Przerwał, wstał z fotela i podszedł do okna.
Widok miał ciekawszy niż Joanna: z okna jego biura było widać całe miasto – wieżę kościelną, pomnik, wybrukowany rynek. Colclough obserwował ludzi przemykających po High Street, chowających się przed deszczem pod parasolami lub w drzwiach sklepów i kamienic.
– Leek to tradycyjne miasteczko – zauważył. – Miejscowi spędzają tu całe swoje życie – dodał, odwracając głowę, a Joanna dostrzegła w jego twarzy dawny, zatarty przez czas cień młodzieńczego idealizmu. – Tu zawsze żyło się bezpiecznie, choć niektórym może się to wydać nudne i staroświeckie. Znamy tu wszystkich miejscowych bandziorów i ich rodziny – dodał, posyłając Joannie słaby uśmiech. – Ale ty nie jesteś stąd, prawda, Piercy?
– Nie. Mieszkam tu dopiero od sześciu lat.
Skinął głową.
– No, to trzeba ci wiedzieć, że płatne zabójstwo to dla nas straszny szok. Ktoś, kto zleca zabójstwo za pieniądze, jest chyba gorszy od samego mordercy. Jonathan Selkirk to kawał drania, ale żeby wywlec człowieka ze szpitala i zastrzelić jak psa… – Na jego twarzy pojawił się smutek.
– Pan go znał, panie nadinspektorze? – spytała Joanna, zaciekawiona.
– Znam jego żonę – odparł, osuwając się na fotel. – Poznali się na studiach. Jonathan zawsze trzymał się na uboczu.
– To jego żona skończyła studia? – zdziwiła się Joanna.
– I to z wyróżnieniem. Była zdolniejsza od niego, tyle że nigdy nie pracowała w zawodzie. Zaraz po ślubie zrezygnowała z pracy i zajęła się domem. Mówię ci, Piercy, żal było patrzeć, jak ta zdolna kobieta marnuje się przy garach. Szkoda, że ich syn nie poszedł w ich ślady.
– A czemu zrezygnowała z pracy?
Colclough wzruszył ramionami.
– A bo ja wiem? Niektórzy mężczyźni wolą, żeby ich żony nie pracowały i zajmowały się domem. Możliwe, że Jonathan do nich należał. Zresztą i tak dobrze im się powodziło. Jego kancelaria świetnie prosperowała. Ale mówiąc między nami, Piercy – dodał niepewnie – Jonathan lubił mieć wszystko pod kontrolą i nie chciał, żeby żona zarabiała własne pieniądze. – Masywny podbródek zadrżał mu z wrażenia, gdy chwycił za długopis. – No dobrze, a teraz do rzeczy. Jak widzisz, ta cała sprawa trochę nas przerasta…
Tego się właśnie obawiała: że Colclough odbierze jej śledztwo.
– Ale panie nadinspektorze… – wyjąkała.
– To przerasta nas wszystkich – powtórzył. – I ciebie, i mnie – dodał po namyśle. – Takie przestępstwa są poważnym zagrożeniem, Piercy. Trzeba powiadomić regionalne służby bezpieczeństwa. Sam się tym zajmę. Muszę zadzwonić do paru osób – dodał, mrużąc oczy. – A ty, co zamierzasz dalej?
– Jeszcze dziś porozmawiam z żoną Selkirka – odparła.
– W porządku – rzucił. – Na razie jeszcze poprowadź to śledztwo.
Joanna od razu domyśliła się, co to oznacza.
Ceglana, georgiańska rezydencja nie zdradzała żadnych oznak żałoby. Wjeżdżając na teren posiadłości państwa Selkirków, Joanna i Mike dostrzegli oświetlone okna, których jasność ożywiała ten szary, wrześniowy dzień.
– Wygląda na to, że rodzinka świętuje – zauważył Mike.
– Bo może rzeczywiście mają co świętować.
– To mogliby chociaż dla przyzwoitości zaciągnąć te zasłony. W końcu straciła męża. Powinna chyba okazać trochę szacunku.
– Jak mi się zdaje, to nawet za życia nie darzyła go szacunkiem – skwitowała Joanna szeptem, gdy Mike parkował wóz tuż obok bordowego jaguara. – Czy ktoś już ją powiadomił?
– Oczywiście – odparł Mike. – Wcześniej było u niej paru naszych ludzi.
Obeszli jaguara, zaglądając przez szyby do wnętrza: auto było czyste, schludne i zadbane. Na tablicy rejestracyjnej widniał bieżący rok produkcji.
Zbliżając się do rezydencji, usłyszeli dobiegający z ogrodu dziecięcy śmiech. Popatrzyli po sobie, zaskoczeni.
– Coś mi tu nie pasuje – zauważyła Joanna. – Zupełnie jakbym trafiła pod zły adres.
Zaintrygowani rozbrzmiewającym śmiechem, zamiast do drzwi frontowych udali się do położonego za domem ogrodu. Na wielkim, zielonym trawniku leżały tu i ówdzie świeżo opadłe liście, a Sheila Selkirk w towarzystwie małej dziewczynki o słodkiej buzi Shirley Tempie starannie je wygrabiała. Przez chwilę Joanna i Mike obserwowali, jak babcia i wnuczka zgarniają mokre liście, usypując je w małe stosy. Ich szczególną uwagę przykuwało roześmiane, szczebioczące dziecko. Było śliczne jak z obrazka. Ubrane w purpurowy płaszczyk, zielone spodenki i maleńkie, czerwone kalosze, przypominało małego elfa. Biegało, śmiejąc się radośnie, potrząsając burzą złocistych loków i wyciągając rączki do góry, by schwytać porwane wiatrem liście. Wtedy Sheila Selkirk przerwała na chwilę, oparła się o grabie i nie zważając na rozrzucane przez wiatr liście, popatrzyła na dziecko jak zaczarowana. Ten widok przywołał Joannie w pamięci słynny obraz Madonny z Dzieciątkiem i stanowił uroczy kontrast dla brzydoty Gallows Wood – miejsca brutalnej egzekucji – i Joanna, bojąc się przerwać tę sielankę wiadomością o śmierci Jonathana Selkirka, stała w miejscu bez ruchu. Zerknęła tylko na Mike’a i zauważyła, że on też uległ urokowi tej wzruszającej sceny. Wreszcie odchrząknęła głośno.