– A co dokładnie w nim było?
– Tego mi Yolande nie powiedziała – odparła kobieta z dumą. – Była bardzo dyskretna, nigdy nie rozmawiała o problemach swoich pacjentów, chociaż akurat w przypadku tego Frosta bardzo by jej to pomogło, zwłaszcza po tym, jak ten drań O’Sullivan zaczął ją zadręczać złośliwymi uwagami…
Nietrudno im było to sobie wyobrazić.
Pani Prince popatrzyła po ich twarzach badawczym wzrokiem.
– Yolande czuła się winna. Rozmawiali na krótko przed jego śmiercią – ciągnęła. – Podczas przesłuchania w sądzie nikt jej nic nie zarzucał. Sam koroner przyznał, że dała z siebie wszystko, żeby pomóc pacjentowi. Tylko w szpitalu dziwili się, po co tamtego wieczoru poszła na oddział psychiatrii. Yolande była tak roztrzęsiona, że wzięła urlop. Dręczyło ją poczucie winy. Ona tylko chciała pomóc. Myślała, że się jej udało. Była bardzo wrażliwa na ludzką krzywdę – dodała i zakryła usta dłonią. – To nasza jedyna córka… O Boże, co my teraz zrobimy?
Joanna nie miała najmniejszej ochoty jechać do prosektorium, zwłaszcza w sobotę o dziewiątej rano, ale okazało się, że nie będzie tam sama. Mike zawiózł ją na miejsce. Na parkingu od razu zauważyła ludzi z ekipy śledczej oraz bmw Matthew. Jeden z funkcjonariuszy, sierżant Barraclough, pomachał do niej ręką.
– Doktor Levin już przyszedł – oznajmił.
Matthew w roboczym ubraniu czekał niecierpliwie na Joannę. Przywitał się z nią i od razu zabrał się do pracy.
Sekcja zwłok zawsze zaczynała się tak samo: od rozebrania ciała. Trzeba było porozcinać i zdjąć pielęgniarski fartuch Yolande i owinięte wokół szyi rajstopy, a potem powtórzyć tę samą czynność z jej spraną, wyblakłą bielizną. Uwagę Matthew przykuła szyja denatki. Nawet Joanna zauważyła na niej sińce w miejscu, gdzie zabójca zacisnął nylonowe rajstopy, a pod skórą widać było złamaną kość gnykową.
Pół godziny później Joanna siedziała w gabinecie Matthew i popijała kawę.
– Od razu widać, że to uduszenie – orzekł. – Próbowała się bronić. Ma otarcia na palcach i złamane paznokcie od chwytania rajstop. Niestety, nie miała szans. Zabójca zaatakował nagle w niespodziewanym momencie. Był silny i musiał działać z zaskoczenia, bo z taką krzepką i zdrową dziewczyną jak Yolande wcale nie poszłoby mu łatwo.
– A więc zabójcą jest mężczyzna?
Matthew westchnął.
– Równie dobrze może to być silna kobieta – odparł, zerkając figlarnie na Joannę. – Zaraz pewnie zapytasz mnie o nazwisko zabójcy, co?
– Przepraszam – rzuciła, unosząc dłoń.
– Ja mogę ci podać tylko przyczynę zgonu. Śmierć nastąpiła przez uduszenie.
Wkrótce potem sierżant Barraclough zawiózł ją na komendę, gdzie czekał na nią Mike.
– Zdobyłeś adres Justina Selkirka?
Skinął głową i mimowolnie posłał jej złośliwy uśmieszek.
– Dostałem go od LouLou – wyjaśnił. – Nie było mi łatwo, bo to zagorzała obrończyni praw człowieka. Chroni swego pracownika i chyba coś ukrywa.
Joanna zaśmiała się.
– Och, Mike, tobie się zawsze wydaje, że wszyscy coś ukrywają.
– Ja nie żartuję – odparł poważnie. – Ona naprawdę nie chciała, żebym porozmawiał z Justinem.
– A to szkoda – rzuciła Joanna. – Bo teraz kolej na niego. No więc gdzie on mieszka?
– Jak ci powiem, to i tak nie uwierzysz.
Zaparkowali wóz przy wejściu na pole, skąd żużlowy trakt zaprowadził ich do przyczepy kempingowej. W pogodny, słoneczny letni dzień byłby to zapewne sielankowy widok, przywołujący na myśl cygański styl życia, ale o tej porze roku, na tle szarych, deszczowych chmur, budził tylko przygnębienie. W przyczepie mieszkał Justin Selkirk.
Joanna popatrzyła na nią z niedowierzaniem.
– Jesteś pewien, że to tu, Mike?
– Tak przynajmniej twierdziła LouLou, a potem jeszcze sam to sprawdziłem.
– To niemożliwe, żeby w tak zamożnej rodzinie, którą stać na wielką posiadłość, ojciec skazywał własnego syna, synową i wnuczkę na takie warunki!
Mike zajrzał do notatnika.
– Tu jest napisane: przyczepa przy wjeździe na Dallow’s Farm – przeczytał i pchnął bramę. – Wszystko się zgadza. Spójrz tylko, to auto Justina Selkirka.
Tuż obok przyczepy stał zaparkowany żółty, trochę skorodowany citroen 2CV.
– Pritchard miał rację; z tego Selkirka musiał być niezły gnojek – przyznał Mike. – Wystarczy przyjechać i zobaczyć, jak mieszka jego własny syn. Nic dziwnego, że tak bardzo nienawidził ojca.
– Czy raczej to ojciec nienawidził jego – rzuciła Joanna, a gdy przeszli kilka kroków, dodała: -Ale tu chyba nie chodziło o czystą nienawiść. Selkirk chciał poniżyć syna, żeby czuł się od niego gorszy. Miał satysfakcję z tego, że Justin mieszka w takich warunkach. Uważał go za nieudacznika.
– Wcale się nie dziwię, że ktoś wpakował mu kulkę w łeb.
– Ciii – szepnęła Joanna, ale Teresa Selkirk widocznie usłyszała ich głosy, bo otworzyła drzwi, jeszcze zanim Joanna zdążyła zapukać.
Jej pobladła twarz nie zdradzała zaskoczenia.
– A, to wy. Dzień dobry – rzuciła, siląc się na lekki uśmiech, wyszła na zewnątrz i zamknęła za sobą drzwi. – Przyszliście nie w porę. Mamy tyle spraw na głowie.
– To zajmie tylko chwilę, pani Selkirk. Chcemy porozmawiać z pani mężem.
– Z Justinem? – zdziwiła się, unosząc brwi. – A po co chcecie z nim rozmawiać?
– Bo prowadzimy śledztwo w sprawie zabójstwa jego ojca – rzucił szorstko Mike.
– A w gazetach pisali, że morderca został już aresztowany – odparła, rozkładając ręce.
– Tak, pani Selkirk, ale musimy jeszcze się dowiedzieć, kto go wynajął, a pani mąż może nam w tym pomóc.
Teresa popatrzyła na nich badawczo inteligentnym spojrzeniem.
– Darujcie sobie te eufemizmy. Po prostu chcecie go aresztować.
– Nie, pani Selkirk. Gdybyśmy chcieli go aresztować, już dawno byśmy to zrobili, ale chcemy tylko porozmawiać. Czy pani mąż jest w domu?
Na twarzy Teresy pojawił się lekki wyraz rozbawienia. Oparła się o drzwi.
– Tak, jest w salonie.
Rzeczywiście mieli sporo spraw na głowie. W środku było mało miejsca, a na podłodze leżały sterty ubrań powiązanych sznurkiem. W rogu na brudnym, pomarańczowym fotelu siedział Justin i trzymał na kolanach córkę, która wodziła paluszkiem po jego dłoni, a po chwili klasnęła w dłonie i podniosła wzrok. Jej szeroko otwarte dziecięce oczka obserwowały ich nieufnie. Teresa opadła zaraz na koce, jedną ręką trzymając się za plecy, a drugą za brzuch.
– Ciągle mam skurcze – wyjaśniła.
– Po co przyszliście? – spytał Justin swym wysokim tonem. – Sami chyba rozumiecie, że w niczym wam nie pomogę. Rzadko widywałem ojca, nie wiem nic na temat jego zabójstwa.
– Z tego, co wiemy, między wami nie układało się za dobrze.
– To nie moja wina, że się mną nie interesował. Spytajcie Teresę.
– A od jak dawna tu mieszkacie?
– Od ośmiu miesięcy. Wpadliśmy w długi i nie spłaciliśmy kredytu, ale to nie moja wina – mówił drżącymi wargami. – Starałem się, jak mogłem, ale kiedy urodziła się Lucy, było nam coraz trudniej, a bank nie dawał nam spokoju. A teraz oczekujemy drugiego dziecka i nie jesteśmy już w stanie spłacać rat.