– I co się potem stało?
– Około czwartej nad ranem znów poszłam do niego zajrzeć. Chciałam zbadać puls i zmierzyć ciśnienie. Drzwi jego sali były uchylone… Pomyślałam, że widocznie ktoś z dyżurujących już tam był.
– A pytała ich pani o to?
Yolande pokiwała smutno głową.
– Tak, ale nikt do niego nie zaglądał. Uznali, że sama się nim zajmę.
– I co jeszcze pani pamięta?
– Na sali paliło się światło, pościel na łóżku była porozrzucana – odparła, wpatrując się w Joannę. – Sama pani widziała te pozrywane rurki. Nawet kroplówkę sobie wyrwał – dodała, wykrzywiając twarz. – Okropnie się przeraziłam i szybko zawołałam koleżanki. Myślałam, że może poszedł sam do toalety – ciągnęła, przygryzając paznokieć. – Przeszukaliśmy cały oddział, zaglądaliśmy dosłownie wszędzie, nawet do szafek – dorzuciła, siląc się na uśmiech. – I wtedy Gaynor zauważyła na podłodze ślady krwi. – Yolande popatrzyła bezradnie. Jej paniczny strach po części udzielił się Joannie i Mike’owi. – No i poszłyśmy za nimi. Prowadziły do wyjścia przeciwpożarowego. Wzięłyśmy latarkę i zobaczyłyśmy, że ślady prowadzą na zewnątrz. Wezwałam salową, a portierzy przeszukali teren wokół szpitala – mówiła, patrząc szeroko otwartymi oczami, w których malowało się przerażenie.
Nieprędko zapomni tę noc, pomyślała Joanna.
– Wołaliśmy go przez jakieś pół godziny, a potem salowa wezwała policję. Przyjechali bardzo szybko – dodała, siląc się na pochwały.
Mike skinął głową.
– Wezwanie przyszło około szóstej nad ranem, a więc byli tu w ciągu dziesięciu minut.
– Nic więcej nie wiem – podsumowała pielęgniarka. – Poza tym, że za to i za incydent z zeszłego roku pewnie mnie wyleją, i to wcale nie z mojej winy. – Podniosła się z miejsca. – Czy mogę już iść? – spytała, po czym ziewnęła szeroko, nie zasłaniając ust. – Jestem naprawdę wykończona.
– Jedną chwileczkę – rzuciła Joanna.
Mike zerknął na nią i gestem zaproponował jej coś do picia, spoglądając znacząco na jej gips.
Popatrzyła na niego z wdzięcznością.
– I przynieś mi jeszcze aspirynę – poprosiła, po czym zwróciła się znowu do pielęgniarki. – A ta sala obok?
Dziewczyna przetarła dłonią twarz. – Nie rozumiem…
– W sali obok było otwarte okno, tak?
– Owszem, było – odparła z naciskiem.
Joanna przyjrzała się jej uważnie, zanim zadała kolejne pytanie.
– A więc równie dobrze ktoś mógł dostać się tamtędy do środka i wejść do Selkirka bez waszej wiedzy?
Przerażona, pokiwała głową.
– A czy tamtej nocy słyszała pani odgłos nadjeżdżającego auta?
Yolande zamyśliła się.
– Słyszałam – przyznała. – To było około pierwszej w nocy. Wracałam właśnie z kuchni.
– I co to był za samochód?
– Nie wiem – odparła, marszcząc czoło. – Słyszałam tylko, jak podjechał i się zatrzymał. Myślałam, że ktoś podwiózł którąś z pielęgniarek do pracy. Nawet nie wyłączył silnika, jakby siedzieli w środku i całowali się na pożegnanie – dodała z uśmiechem.
– Nie wyjrzała pani przez okno?
Yolande pokręciła głową.
– Nie, poszłam na oddział do koleżanki.
– A słyszała pani, jak odjeżdżał?
– Nie pamiętam – odparła. – Tu ciągle ktoś przyjeżdża i odjeżdża. Nie zwracamy na to uwagi, chyba że słychać jakiś hałas czy pisk opon.
Joanna pokiwała głową.
Odpowiedź dziewczyny niewiele jej pomogła. Trzeba było jednak sprawdzić, czy któraś z pielęgniarek rzeczywiście przyjechała do pracy autem około pierwszej w nocy, w przeciwnym razie mógł to być samochód, którym wywieziono Selkirka z ośrodka.
Po chwili wrócił Mike z dwiema filiżankami kawy i podał Joannie kilka tabletek aspiryny.
– To dzięki uprzejmości salowej – oznajmił.
Joanna połknęła je, popiła rykiem kawy i przez chwilę siedziała w milczeniu.
– A o której wyszła jego żona? – spytała wreszcie.
Yolande zamyśliła się.
– Z tego, co pamiętam, to gdzieś około dwudziestej pierwszej – odparła. – Musiałam ją nawet cofnąć, bo chciała wyjść innymi drzwiami.
Mike zerknął ukradkiem na Joannę.
– Szła w przeciwną stronę – ciągnęła pielęgniarka i nagle uświadomiła sobie znaczenie swoich słów. – O rany, ja naprawdę nie chciałam…
– A więc poszła do wyjścia przeciwpożarowego?
Osłupiała Yolande skinęła głową.
– I chyba cieszyła się, że wreszcie może stąd wyjść – rzuciła po chwili, wyraźnie skrępowana i przygnębiona. – O Boże, znów palnęłam coś głupiego. Chodzi o to, że niektórzy pacjenci źle znoszą pobyt w szpitalu i winią za to swoich bliskich. – Uśmiechnęła się. – Sama pani rozumie, prawda?
– Niezupełnie – odparła Joanna, która nie była w nastroju do żadnych niedomówień. – A więc Jonathan Selkirk był dla żony utrapieniem?
– Utrapieniem? To za mało powiedziane. Źle ją traktował – wyjaśniła, wpatrując się w podłogę. – Był bardzo niemiły – dodała, rzucając Joannie wyniosłe spojrzenie. – Ale pacjenci nie muszą być mili – podsumowała, przecierając dłonią czoło. – Ja czuję się naprawdę fatalnie. To był chory człowiek, a ja miałam się nim opiekować. To wszystko moja wina.
– Okej, dziękuję – rzuciła na koniec Joanna. – Teraz już może pani jechać do domu i odpocząć.
Na twarzy pielęgniarki malowało się uczucie głębokiej ulgi.
Gdy tylko zamknęły się za nią drzwi, Joanna zwróciła się do Mike’a.
– Dopilnuj, żeby ktoś od nas przesłuchał pozostałe osoby z dyżuru. Później sama z nimi porozmawiam. Zadajcie im kilka ogólnych pytań: w jakich godzinach dyżurowali, czy widzieli i słyszeli coś podejrzanego. Może ktoś z nich wie, czy Selkirkowi udało się wtedy skorzystać z telefonu. – Skrzywiła się, sycząc bólu, który przeszywał złamaną rękę od palców aż po ramię. – No, na mnie j czas. Zawieź mnie do Selkirków. Muszę pogadać z jego żoną.
Wstała i rozejrzała się po pokoju pielęgniarskim. Wyglądał dość obskurnie: na gołej, obdrapanej podłodze stało wielkie, dębowe, zawalone papierami biurko, pośrodku królował komputer, a obok trzy zielone aparaty telefoniczne, z których żaden nie dzwonił. Prowincjonalny ośrodek zdrowia przypominał stary, państwowy szpital z elementami nowoczesnej kliniki.
Mike podszedł do okna, oparł swoje ogromne dłonie o kaloryfer, popatrzył na parking, otoczony starannie skoszonym trawnikiem.
– Ciekawe, gdzie on się podział – zastanawiał się głośno. – Jak to się stało, że nikt go nie widział? No i po co w ogóle porywać człowieka ze szpitala? – Odwrócił się do Joanny. – To wszystko wydaje mi się takie jakieś… bez sensu – wykrztusił, nie mogąc znaleźć lepszego słowa.
– Czekaj, mamy wiele różnych wersji – pocieszyła go. – Mógł poprosić kochankę albo przyjaciela, żeby go stąd zabrali. Może chciał dokądś uciec… Albo po prostu cierpi na zaniki pamięci – zaśmiała się. – To pewnie jakieś zaburzenia mózgu w wyniku depresji – dodała, zmieniając ton.
– A może miał jakichś wrogów? I kto wie, czy w ogóle go znajdziemy. Może już nigdy nie usłyszysz odpowiedzi na swoje pytania, Mike. Równie dobrze mogłoby to być kolejne zaginięcie.
Nagle ogarnął ją smutek. Sama nie wiedziała, czy to jakaś pourazowa depresja, czy reakcja na ból po tym, jak przestało działać znieczulenie, czy może świadomość, że nawet w szpitalu człowiek nie może się czuć bezpieczny.
Selkirkowie mieszkali w pięknym, georgiańskim domu z czerwonej cegły, którą zdobiły starannie wymalowane białe elementy. Od frontu przylegał kolumnowy portyk, a cała budowla sprawiała wrażenie idealnie symetrycznej. Przy żwirowym podjeździe nie było ani jednego chwastu, a zadbane ogrodzenie przyciągało wzrok żywymi barwami. Mike zatrzymał wóz i wysiadł, by otworzyć Joannie drzwi od strony pasażera.