– Jeśli zniszczyła swojego jedynego łącznika z nami, może dotrzemy do Las Vegas, zanim znajdzie następnego, gotowego podjąć atak.
– Może – powiedziałam powoli. Coś tu się nie zgadzało. Nagle dokładnie zrozumiałam, co to może być. – Luis, musimy go zostawić.
W furgonetce zapadła długa, ciężka cisza. Wiatr sypał piaskiem w okna. Metalowa buda lekko zakołysała się pod naciskiem. Luis miał kamienną twarz. Ciemne oczy płonęły.
– Będę udawał, że tego nie powiedziałaś. Zdziwiłam się.
– Dlaczego?
– Gdybym poważnie pomyślał, że chcesz wyrzucić tego biednego dzieciaka na pobocze drogi jak śmieci…
– Luis! – przerwałam mu. – Pomyśl! Nie musiała go zabijać. Dlaczego to zrobiła? Znalazł się w idealnym miejscu, mógł nas zabić, gdybyśmy zostawili mu trochę czasu na zebranie sił. Poza tym był dzieckiem, dlatego w walce z nim zawahalibyśmy się przed użyciem pełnej mocy. Miałby znaczącą przewagę nad nami. Poświęciła pionka, który zajmował doskonałą pozycję i mógł nas zgładzić. Dlaczego?
Tym razem nie odpowiedział. Wydawało mi się, że mnie nie zrozumiał, więc postarałam się mu to wyjaśnić.
– Co zrobiła Perła, kiedy wyśledziliśmy Isabel na Ranczu, na którym ją przetrzymywała? Otworzył usta, a potem zamknął. Zamyślił się. Nagle zacisnął oczy, jakby poczuł silny ból głowy.
– Wezwała gliniarzy i oskarżyła nas o porwanie – przypomniał. – Policja najszybciej reaguje, gdy chodzi o porwane dziecko w niebezpieczeństwie.
– A kiedy przyjadą – powiedziałam miękko – znajdą z tyłu furgonetki martwego chłopca. Wtedy zrozumiał, pochylił się i ukrył twarz w dłoniach. Miał już akta w policyjnej kartotece. Natychmiast stawał się podejrzanym. Poza tym zniknęła jego bratanica.
To nie mogło dobrze wyglądać. Mówiłam dalej tylko dlatego, żeby wszystko wyjaśnić do końca.
– Zamierzała nam przeszkodzić. Rozdzielić nas. Jak już wcześniej wspomniałeś, policję można pokonać, ale przyjadą dużą grupą. Nie będziemy z nimi walczyć na równych warunkach. Musimy uciekać, zostawiając za sobą chłopca.
– Na nic to się nie zda. Są jeszcze patolodzy i laboratoria. Nie oglądasz seriali policyjnych? Wcześniej czy później skojarzą mnie z tym dzieciakiem. Cholera, owinięty jest kocem Isabel, a moje DNA mają w kartotece.
Wzruszyłam ramionami.
– Mogę załatwić takie rzeczy. Zostawimy go, a ja usunę wszelkie ślady i łączące nas ogniwa, zarówno fizyczne, jak i eteryczne. Ale musimy działać szybko, natychmiast. Ona nie będzie czekała z realizacją planów. Wszystkie moje umiejętności na nic się nie zdadzą, jeśli policja przeszuka furgonetkę i znajdą chłopca w środku. Nie ukryję go skutecznie przed ich wzrokiem. Jest tu za mało miejsca.
Luis czekał dłuższą chwilę, a potem potarł dłonią czoło i skinął głową. Wyglądał na chorego. Nie wahałam się już; podniosłam chłopca, otworzyłam przesuwne drzwi furgonetki, zeskoczyłam na pobocze i wzbijając fontannę szarego kurzu, zsunęłam się w dół, znikając z drogi.
– Zaczekaj! – zawołał Luis. Rzucił się do otwartych drzwi. Przytrzymał się framugi, ściskał ją tak mocno, że aż zbielały mu kostki. – Nie rzucaj go… Nie porzuć go byle gdzie. Był dla kogoś ważny. Tak jak Ibby jest ważna dla nas. Proszę. Błagam cię. Potraktuj go… Potraktuj go tak, jakby ci zależało…
Jego słowa wiele mówiły o tym, co Luis o mnie wiedział. Wpatrywałam się w niego przez chwilę bez słowa, a potem odeszłam.
Pustynia ciągnęła się we wszystkich kierunkach, rozpalona i jałowa, usiana dziwnymi bryłami jedynych roślin, które znosiły surowe warunki. Ale pustynia nie była pusta; o nie, wypełniało ją skryte życie – brzęczące zawzięcie owady, przemykające króliki i czyhające, zwinięte w kręgi węże.
Trudno tu było zostawić dziecko.
Poczekałam, aż przeminie poczucie urażonej dumy. Skupiłam się na zadaniu. Nagle chłopiec stał się o wiele cięższy, niż był w istocie. Ruszyłam przed siebie równym krokiem, oddalając się coraz bardziej od drogi.
Nie obejrzałam się za siebie, ale usłyszałam ciche słowa Luisa:
– Przepraszam cię. Nie wiedziałam tylko, czy mówił do chłopca, czy do mnie.
Wykopałam chłopcu grób na stoku wzgórza, niedaleko pachnącego krzewu, który rzucał lekki cień. Rozciągał się stąd widok na dolinę niemal tęczową od barw pustyni – pomarańczy, rdzy, ochry, brązów, upstrzonych plamami żywej zieleni i z rzadka walczącymi o przetrwanie barwnymi kwiatkami. Była pusta, dzika i piękna. Mogłam ofiarować chłopcu tylko przeprosiny, potwierdzenie słów Luisa, że gdzieś na świecie ktoś za nim tęsknił.
Zdjęłam z niego koc i używając małych ładunków mocy Luisa, starannie usunęłam wszelkie ślady, które mogłyby prowadzić od chłopca do nas. Potem ciasno owinęłam go kocem, podświadomie pragnąc, aby mu było wygodnie. Pamiętałam, że czas nas goni. Wiedziałam, że nie mogę się ociągać, ale coś mnie do tego skłoniło.
Spojrzałam na cichą, pustą twarz chłopca, zanim ją zakryłam.
– Spoczywaj w pokoju, dziecko. Powstrzymam twoich krzywdzicieli – powiedziałam. Wyskoczyłam z grobu i spowodowałam, że ziemia osunęła się i go zakryła. Ziemia zadrżała i poruszyła się z głośnym tąpnięciem. Wzdrygnęłam się na ten dźwięk. Nie była to reakcja dżinna, lecz człowieka. Pierwotna świadomość, czym jest pogrzebanie w ziemi. Odejście z tego świata.
Ziemia znieruchomiała nad chłopcem, a we mnie pojawiła się myśl, która w ludzkim rozumieniu mogła być modlitwą. Poczułam powolny i spokojny ruch Matki pod stopami. Dar ofiarowany mi dzięki mojej więzi z Luisem, choć nawet on rzadko odczuwał tak wyraźnie Jej obecność. Zaledwie smużka, szept, westchnienie jak mruknięcie przez sen. To dotknięcie przelotne i słabe, przeznaczone nie dla mnie, zmusiło mnie, bym opadła na kolana i przycisnęła obie dłonie do piasku. Dyszałam ciężko, urywanie, błagając z całej duszy o błogosławieństwo jej świadomości, jej uścisku.
Zapomniałam już, jaka jestem samotna, gdy na krótką, płomienną chwilę zostałam znaleziona. Potem to wrażenie zniknęło i znów byłam sama, zagubiona i przerażona. Znów byłam człowiekiem. Podniosłam się, oddech sprawiał mi ból. Otarłam łzy z zakurzonej twarzy i ruszyłam z powrotem w stronę furgonetki.
– Już są – powiedział Luis niecałe pół godziny później, zerkając we wsteczne lusterko. – Pamiętasz procedurę, Cass. Zachowaj spokój.
Kiwnęłam głową. W furgonetce nie pozostał ani jeden ślad po chłopcu. Na pewno byli świadkowie, którzy widzieli chłopca w pobliżu domu rodziny Rochów, ale już wiedziałam, że sąsiedzi Luisa niechętnie pomagali policji.
Było mało prawdopodobne, aby któryś z nich sypał.
Zerknęłam w lusterko od strony pasażera, zobaczyłam migoczące niebiesko-czerwone światła i usłyszałam coraz głośniejsze wycie syreny. Luis natychmiast zwolnił i zatrzymał się na żwirowym poboczu drogi.
Radiowóz stanął z tyłu.
Wszystko przebiegło tak, jak Luis przewidział. Kazano nam wysiąść z furgonetki i oprzeć się o rozgrzaną metalową ścianę pojazdu. Policjanci – dwóch potężnie zbudowanych mężczyzn, którzy trzymali ręce blisko kabur z bronią – przeszukali furgonetkę, a potem nas. Luis stał milczący i spokojny. Irytował mnie swobodny sposób, w jaki ośmielali się mnie dotykać, ale starannie to ukrywałam. Tego nauczyłam się od detektywa Halleya – traktować podobne naruszenia prywatności z dużą dozą samokontroli.
Wszystkie dokumenty, prawa jazdy i rejestracje, były aktualne. Tak jak się spodziewałam, policja nie miała powodu, żeby nas zatrzymać. Sprawdzali tylko anonimową informację. Nic konkretnego nie znaleźli, więc musieli nas puścić.
Nawet przez chwilę nie miałam wątpliwości, że wcale ich to nie cieszy.