Luis głęboko odetchnął, gdy radiowóz z wciąż migającymi światłami zniknął daleko za nami. Jechał teraz ostrożnie, przestrzegając wszystkich przepisów kodeksu drogowego i na następnym zjeździe zatrzymał się na parkingu obok baru, który polecał „kuchnię domową”. Unosiła się tam woń tłuszczu. Czułam ją nawet z odległości trzydziestu metrów.
– Zawracamy? – zapytałam. Szczerze liczyłam, że nie zatrzymujemy się wyłącznie na posiłek. Nie tutaj.
– Myślałem o tym – przyznał Luis, ale potem pokręcił przecząco głową. – Nie, to nie jest dobre rozwiązanie. Potrzebujemy informacji, a nie zdobędziemy ich, siedząc bezczynnie i czekając, aż Perła naśle na nas następnego dzieciaka. Ma'atowie wiedzą rzeczy, o których my nie mamy pojęcia. Sprawdźmy, co się uda od nich wyciągnąć.
Działanie. Uśmiechnęłam się szeroko i szczerze.
– Zapowiada się zabawa.
– Czasem martwi mnie twoja koncepcja zabawy. – Przez chwilę ciemne oczy Luisa przyglądały mi się badawczo. – Chcesz coś zjeść?
Wzdrygnęłam się.
– Nie tutaj.
– Jesteś pewna?
– Tak.
– Nie chcesz nawet ciasta? Przepadałam za ciastem. Spojrzałam w kierunku baru.
– Nie tutaj – powtórzyłam.
– Jesteś zbyt wybredna.
– Być może – potwierdziłam. – A może mam lepiej od ciebie wykształcony instynkt samozachowawczy. Zachmurzył się.
– Po prostu nie umiesz docenić drobiazgów. Nadal się uśmiechałam, a gorący powiew wpadł przez otwarte okno, rozpraszając ciężką woń przypalonego jedzenia.
– To dlaczego lubię ciasto? – zapytałam. – Albo dlaczego lubię ciebie?
– Hej! Nie jestem drobiazgiem! Nikomu o tym nie mów!
– Wszystko jest małe – powiedziałem i mój uśmiech zniknął. – Wszystko. Nawet ja. – Wspomnienie muśnięcia Matki wywołało ostry ból w głębi serca, obudziło potrzeby uśpione od chwili skazania mnie na istnienie w ludzkim kształcie. A ja chciałam, pragnęłam…
Luis ujął mnie za rękę. Dotyk człowieka przyniósł zaskakujące ukojenie.
– Zostań ze mną, Cass. Wspólnie znajdziemy jakieś wyjście. Znałam wyjście. Nie odrywałam spojrzenia od pustyni przesuwającej się za szybą po stronie pasażera. Starałam się nie myśleć o zagładzie, która czekała wszystkich na tej drodze do zwycięstwa. Miałam go stracić.
Mimo wygranej miałam stracić wszystkich. To będzie takie zimne, zawzięte zwycięstwo. Powstanie pusty, nowy świat oczyszczony z zamętu wprowadzanego przez ludzkość. W taki sposób Perła już raz oczyściła świat. Dla dobra dżinnów. Przynajmniej tak wtedy udawaliśmy.
Nie było warto. I byłam daleka od twierdzenia, że warto robić to teraz.
Las Vegas okazało się oszałamiającą, cudowną krainą światła, która jak nic przedtem przypominała mi sferę eteryczną. Wypełniały je wirujące jaskrawe kolory, przenikające się nawzajem. Było ich zbyt wiele, aby oko mogło je odróżnić. Wydawało się, że wybuchają spod ziemi, tworząc fantastyczne formy. Były bardziej wyrazem buntu przeciw naturze niż jej dziełem. W Albuquerque to środowisko nadawało kształt miastu. Las Vegas świadomie ignorowało ziemię, na której wyrosło.
W tym oderwaniu od rzeczywistości tak dla nas oczywistej było sporo głupoty. Ludzie. Nigdy do końca ich nie zrozumiem, nawet gdybym przetrwała w tym ciele sto lat. Zaczęłam się zastawiać… Czy się zestarzeję? Czy poznam dolegliwości i choroby? Czy mogłabym dać życie tak, jak to robią ludzie? Życie, które pozostanie na Ziemi, gdy mój czas już minie?
Ta myśl sprawiła, że bezwiednie spojrzałam na Luisa. Kierował furgonetką, jadąc przez zatłoczone ulice ze swobodą stałego bywalca tego miasta. Zerknął na mnie. – O czym myślisz? – zapytał.
– Wątpię, żebyś chciał wiedzieć – odparłam szczerze. Nie potrafiłam sobie wyobrazić Luisa, który spokojnie przyjmuje do wiadomości, że chcę mieć dziecko, tym bardziej że chcę też, aby to on został ojcem.
Chociaż, jeśli to, co działo się między nami wcześniej miało świadczyć o temperaturze jego uczuć, nie licząc przy tym prostej potrzeby fizycznego kontaktu wywołanej nadmiarem whisky, to… może. Nie był to jednak najlepszy czas, by dalej się zagłębiać w te rozważania.
– W porządku – powiedział. – Spotkamy się z szefem Ma'atów. Będziesz pamiętała o właściwym zachowaniu?
Oczywiście. Wydał z siebie nieprzyjemny odgłos. Najwyraźniej mi nie wierzył. Być może zresztą całkiem słusznie.
– Postaraj się niczego nie zepsuć. Nie zrób wrogów z jedynych prawdziwych sojuszników, jakich udało mi się znaleźć. Nie otaczają nas tłumy chętnych do pomocy.
Ma'atowie. Wiedziałam o nich tyle, by mieć pewność, że w tym szczególnym przypadku nie są najlepszymi sojusznikami. Wątpiłam, czy naprawdę chcą nam udzielić pomocy. Byli to ludzie, którzy choć posiadali pewne umiejętności posługiwania się tymi samymi siłami co Strażnicy, zostali zdyskwalifikowani i odpadli z ich szeregów. Zwykle powodem odrzucenia była zbyt mała potęga mocy, aby miała znaczenie. W kilku przypadkach jednak Ma'atowie okazali się dość potężni. Udało im się prześliznąć przez skomplikowaną sieć identyfikującą młodych ludzi – przyszłych Strażników. Oznaczało to w konsekwencji, że żyli podwójnym życiem i zazdrościli Strażnikom ich tajemnic.
Ma'atowie byli też wyjątkowi pod tym względem, że od początku współpracowali z dżinnami, nie po to, by tak jak niektórzy Strażnicy, zrobić z nich swoich niewolników. Szukali wolnych dżinnów, zainteresowanych sojuszem. Okazało się, że jest ich całkiem sporo. Prawie wszyscy należeli do nowych dżinnów, nie było wśród nich tak starej istoty jak ja. Znałam właściwie tylko jednego prawdziwego dżinna, który zainteresował się ludzkością. Była to Venna, która przyjmując ludzką postać, wybierała kształt dziecka. Venna pochodziła sprzed tysiącleci i dysponowała wyjątkowo potężną mocą. Domyślałam się, że kontrastująca z tą mocą postać dziecka miała być jakimś skomplikowanym żartem, który nie do końca potrafiłam zrozumieć.
Las Vegas zapłonęło obcymi kolorami, gdy dotarliśmy do głównej części miasta – jaskrawymi zieleniami, zjadliwymi żółciami, płomiennymi czerwieniami i różami. Barwy i odcienie migotały, przeobrażały się w połyskliwe, hipnotyzujące wzory. Wpatrywałam się w nie wprost, nie mrugając oczami, zafascynowana tym przedstawieniem w rzeczywistym świecie tego, co tak bardzo kochałam w sferach dostępnych tylko dla dżinnów. Może było to prymitywne, ale zachwyt, jaki ten pokaz wzbudzał w ludziach, wskazywał na związki między dżinnami a ludzkością, których nigdy nie podejrzewałam.
Prawie nie zauważałam przeciskających się obok nas tłumów obcych ani przepływającej ulicami rzeki metalu na kółkach; nie zwracałam uwagi na ostrą woń spalin i gumy, która zawsze towarzyszyła zbiorowiskom ludzkim. Oto dowód, jak byłam zachwycona triumfalnym blaskiem otaczającego nas światła.
Nagle, zupełnie nieoczekiwanie stanęliśmy przed budowlami, które rozpoznałam, doznając przy tym niemal fizycznego wstrząsu. Szok szybko minął, ponieważ podobieństwo okazało się powierzchowne. Nie były to majestatyczny, kamienny sfinks ani wspaniała, pełna chwały piramida. Zobaczyliśmy współczesne imitacje, którym brakowało wyrafinowania dawno zmarłych rzemieślników oraz świętości przepełniającej dzieła, które powstały jako wyraz religijnego zapału.
Były to tanie kopie, zapakowane i sprzedawane dla zwykłej rozrywki. Gdy zbladł blask świateł, poczułam złość. Rozgniewałam się na ludzi, że tak nisko cenili historię i literaturę. Byłam zła, że nawet największe swoje osiągnięcia potrafili tak strywializować.
Zastanawiałam się, co by się wydarzyło, gdybym stopiła fałszywego sfinksa w cuchnący stos pokrytego farbą żużlu, gdy nagle z żalem przypomniałam sobie, że obiecałam Luisowi niczego nie zniszczyć. A jednak. Istniał pewien sposób. Mogłabym twierdzić, że zrobiłam to w samoobronie.