Выбрать главу

– Dobrze – powiedział, parkując furgonetkę w pustym miejscu na rozległej, wylanej betonem płycie, zastawionej równymi rzędami błyszczących pojazdów. – Zrób coś dla mnie. Zachowaj milczenie i naśladuj mnie. Niczego sama nie zaczynaj.

Nie odrywałam wzroku od sfinksa. Wydawało mi się, że już coś się zaczęło.

Patrzył spokojnie w horyzont gdzieś daleko poza mną. Przynajmniej to jedno łączyło go ze starożytnym kuzynem.

Hol w hotelu przypominał jaskinię. Panował w nim mrok. Hotel także okazał się tanią podróbką, która niewiele miała wspólnego z historią, choć z pozoru miał oddawać cześć. Nieprzerwany brzęk żetonów i monet, szmer głosów wywołały we mnie drżenie. Zapragnęłam zmusić je do milczenia, do pozostawienia mnie w spokoju, ale zacisnęłam zęby i dotrzymałam obietnicy danej Luisowi. Oni nam pomogą, powiedziałam do siebie z rozpaczą. Pomogą nam odnaleźć Isabel.

Dywany pod stopami były grube i miękkie. Wchłonęły miliony rozlanych drinków. Całe pomieszczenie przesiąknęło rozpaczą, stęchłym zapachem alkoholu i wonią płynów do czyszczenia. Większość ludzi w ogóle niczego by nie zauważyła. Starałam się oddychać płytko, zacisnęłam dłonie w pięści. Musiałam sprawiać wrażenie wściekłej, bo zauważyłam umundurowanych członków ochrony, kobiety i mężczyzn, którzy śledzili nasze przejście przez hol. Jeden z nich podniósł do warg małe urządzenie i coś powiedział.

Luis podszedł do zwykłego telefonu wiszącego we wnęce. Na kartce zamocowanej powyżej aparatu napisano: „wyłącznie do użytku prywatnego”. Nie było guzików, tylko słuchawka i widełki. Podniósł słuchawkę i przyłożył do ucha.

– Luis Rocha i Cassiel do Charlesa Ashwortha. Jesteśmy umówieni – oznajmił. Zanim odłożył słuchawkę, stanął za nami członek ochrony, osaczając nas we wnęce. Nie zrobił tego agresywnie i tylko to go uratowało, cel jego działania jednak był oczywisty.

– Proszę zaczekać – powiedział i przyjął taką postawę, że nie mogłam mieć wątpliwości, że bez rozkazu nie ruszy się stamtąd. Albo bez użycia odpowiedniej siły. Zerknęłam na Luisa i natychmiast zrozumiałam, że to nie czas ani miejsce na podejmowanie działania.

Niedaleko ktoś krzyknął, nie ze strachu ani z bólu, lecz z radosnym zdziwieniem. Usłyszałam stłumiony brzęk monet. W odległości kilkudziesięciu metrów od nas, wśród szeregów szumiących cicho automatów, zaczęły pulsować żółte światła.

– Rany – westchnął Luis. – Chciałbym mieć takie szczęście.

– Jesteś Strażnikiem Ziemi – przypomniałam mu. – Gdybyś tylko zechciał, mógłbyś wydobyć złoto spod ziemi.

– Wiem, ale tego nie robię, bo to byłoby niewłaściwe. Poza tym zwróciłoby uwagę innych Strażników. A więc nic z tego.

– Mógłbyś zmusić automaty, żeby wyrzucały wygrane. Przyjrzał mi się uważnie, jakby nigdy przedtem mnie nie widział.

– Chcesz, żebym oszukiwał w kasynie prowadzonym przez Ma'ata? Naprawdę uważasz, że to dobry pomysł? Wzruszyłam ramionami.

– Zwracam ci po prostu uwagę, że twoje szczęście zależy wyłącznie od ciebie. Sam zdecydujesz, czy z niego skorzystać.

– Przestań nabijać mi głowę złymi pomysłami.

– A to robiłam? Spojrzeliśmy na siebie. Poczułam jego spojrzenie, ciepłe jak blask ognia z płonącego nieopodal ogniska.

– Prawie cały czas. Chciałam się uśmiechnąć, ale jakoś opanowałam ten impuls. Nabierałam nowego zwyczaju powściągania impulsów.

Nie wiem, czy dzięki temu stawałam się szlachetniejsza, czy zwyczajnie głupia.

Po dłuższej chwili ochroniarz otrzymał wiadomość poprzez maleńki mikrofon ukryty w uchu. Cofnął się i stanął z boku.

– Tędy – powiedział. Grzecznie, lecz stanowczo. Poprowadził nas wzdłuż automatów, a potem obok gwarnego, jasnego baru, z rzędami barmanów nalewających drinki dziesiątkom klientów. W ścianie obok były zwyczajne drzwi z ciemnego drewna, niemal niewidoczne w mroku. Na umieszczonej na nich prostej złotej płytce wygrawerowano słowa: „pomieszczenie prywatne”.

Ochroniarz otworzył szeroko drzwi i stanął obok, żeby nas przepuścić. Weszliśmy do słabo oświetlonego pokoju. Ciemna boazeria, obrazy w skromnych ramach, natychmiast stwierdziłam, że to autentyki. W odległym krańcu pokoju stało ciężkie biurko, przed nim dwa fotele solidnej konstrukcji, ustawione pod tym samym kątem do blatu. W kącie stał pusty stół do pokera, pokryty zielonym suknem, otoczony wygodnymi krzesłami.

Za biurkiem siedział niewysoki, schludny mężczyzna. Starszy, o białych włosach i pobrużdżonej, ostro zarysowanej twarzy. Złożył dłonie na pustej, czystej drewnianej powierzchni blatu. Obserwował nas z kamienną twarzą, ani przyjaźnie, ani podejrzliwie. Nie wstał, żeby nas powitać.

– Rocha – powiedział i skinął głową. – Przykro mi z powodu twojego brata i bratowej. Moje kondolencje.

– Dziękuję. – Luis zajął jeden z foteli obok biurka. Zastanawiałam się przez chwilę, czy nie powinnam usiąść w drugim fotelu, a potem postanowiłam stanąć ze skrzyżowanymi ramionami za plecami Luisa. Kazał mi siebie naśladować, ale nie czułam się tam swobodnie. Kryła się w tym wnętrzu jakaś potężna siła, ale nie potrafiłam do końca jej określić.

– Jesteś Cassiel. – Te słowa sprawiły, że spojrzałam na starego człowieka. – Nazywam się Charles Spencer Ashworth. W tej chwili jestem przywódcą Ma'atów.

– W tej chwili? – zapytał Luis.

– Powiedzmy, że nastąpiła reorganizacja kierownictwa. Polityka wewnętrzna. Nie musicie się tym zajmować. Kawy? – Nie czekał na odpowiedź, tylko nacisnął guzik umieszczony w blacie biurka. – Chyba winni jesteście mi jakieś wyjaśnienie.

Wyraźnie dawał nam do zrozumienia, że czeka na naszą relację. Luis przez chwilę patrzył na niego bez słowa.

– Nie jestem pewien, czy powinienem panu cokolwiek wyjaśniać. Mówię to z całym szacunkiem, proszę pana. Wąskie wargi Ashworta poruszyły się, ale chyba nie można było tego grymasu uznać za uśmiech.

– Z całym szacunkiem, proszę pana – powiedział. – Uważam, że jeśli jesteście w moim hotelu, otaczają was moi ludzie, a w rogu pokoju stoi dżinn gotów wymusić spełnienie wszystkich moich życzeń, to powinniście się nad tym zastanowić.

Odwróciłam się Bwullownio.

W najciemniejszym kącie pomieszczenia stał dżinn, żaden z tych, z którymi byłam związana braterstwem, ale nowy dżinn, narodzony z ludzkich przodków. Zawsze uważałam te dżinny za sztuczne twory. Za uzurpatorów.

Ten był wysoki, smukły, a jego ludzkie ciało miało niebieskawy, dymny odcień. Gdy nasze spojrzenia się spotkały, lekko pochylił głowę. Jego oczy miały barwę intensywnego fioletu, a włosy wyblakłego złota. Był oszałamiająco piękny, choć nigdy kogoś takiego nie widziałam.

Jak na nowego dżinna wydawał się potężny.

– Cassiel – odezwał się. Magia nadała jego głosowi delikatne, ciepłe, głębokie i niosące pociechę brzmienie. – Od dawna pragnąłem cię poznać, choć przyznaję, nie chciałem, żebyśmy stanęli przed sobą na polu bitwy. Przyjmij moje słowa jako dowód głębokiego szacunku.

Z wdziękiem udawałam, że wciąż jestem kimś, kogo inny dżinn mógłby się obawiać. Niechętnie skinęłam mu głową.

– Jak masz na imię? – Kiedyś mogłabym je odczytać z otaczającej go aury. Kiedyś. Nie teraz.

– Rashid.

Odwróciłam się do Ashwortha.

– Należy do ciebie? – zapytałam. Była to celowa prowokacja. Usłyszałam cichy śmiech Rashida, rozbawiony, prawie kpiący, lecz bez urazy. Ashworth znów się uśmiechnął, tym razem prawdziwie.

– Nikt do nikogo nie należy – stwierdził. – To podstawowa zasada naszego towarzystwa. Do Ma'atów wstępują tylko ochotnicy i mogą odejść, kiedy zechcą.