– Jak demokratycznie – skwitowałam. Nie wymówiłam tych słów ze szczególnym naciskiem, ale przez to zaniechanie zabrzmiały sarkastycznie. – Słyszałam, że w razie potrzeby używacie dżinnów. Teraz widzę, że to prawda.
– Korzystamy z pomocy wszystkich, którzy chcą z nami współpracować. W tym także z twojej, gdyby coś cię do tego skłoniło.
Pokręciłam lekko głową i spojrzałam na Luisa. Moja rozmowa dała mu czas na zastanowienie, jak ma postąpić. Domyśliłam się po sposobie, w jaki napiął ramiona, że zbiera siły do decydującego uderzenia.
– Chłopiec, którego próbowaliśmy ocalić, nie żyje – powiedział. – Robiliśmy, co mogliśmy, ale ten, kto go do nas przysłał, w ostatnim ataku pozbawił go mocy. Nie udało nam się mu pomóc.
Ashworth uniósł nieznacznie gęste brwi, choć zachował kamienną twarz.
– Naprawdę? Słyszałem, że jesteś utalentowanym Strażnikiem Ziemi.
– Bo jestem. – Spojrzał na mnie. – Ona też.
– Dlatego uważam, że najpierw powinniście mi wyjaśnić, z jakiego powodu dziecko was zaatakowało i dlaczego nie mogliście go powstrzymać, nie zabijając go przy tym.
Luis starał się, jak mógł, ale Ashworth przez całą jego opowieść nie zdradził, czy wierzy w choć jedno słowo. Kiedy Luis doszedł do chwili, gdy zostawiliśmy chłopca na pustyni, usłyszałam za plecami ciche syknięcie Rashida. Powstrzymałam chęć odwrócenia się do niego.
– Nie tak chciałam postąpić – przyznałam. – Ale to było konieczne. Zaplanowała, że zostaniemy przyłapani z trupem dziecka. Miała nadzieję, że nie zauważymy jego śmierci do chwili, aż będzie za późno. – Ona – powtórzył Rashid. – Podaj imię wroga. Nie usłuchałam. Prychnął znowu z niezadowoleniem.
Za tym atakiem nie stoi żaden wielki zbrodniarz, Ashworth. To tylko chora rozpacz kogoś, kto kiedyś był wśród nas królową. Nie wierz jej. Zmieniło ją upokorzenie, bo została zmuszona, by nosić skórę człowieka.
– Uwierzę w to, co zechcę, Rashidzie. Dziękuję za twoją uwagę. – Nigdy nie słyszałam, żeby człowiek udzielał w taki sposób dżinnowi reprymendy, stanowczo i autorytatywnie. A nie był to człowiek, który mógł arogancko zakładać, że jako właścicielowi dżinna nie grozi mu jego zemsta. Agresja budziła we mnie złe, zimne instynkty, mimo że nie była skierowana przeciwko mnie. Zastanawiałam się, jak zareagował na nią Rashid. – Byłem na Ranczu – mówił dalej Ashworth. – Rozumiem, co wam się wydaje, że widzieliście.
– Nam nic się nie wydaje – powiedział Luis. – My wiemy. Ona istnieje. Nie zdołaliśmy jej jeszcze odnaleźć, ale ją znajdziemy. Odzyskamy też moją bratanicę, całą i zdrową.
Ashworth nic na to nie odpowiedział.
– Niewielu Strażników zostało. Część ściga duchy, inni się ukryli, a reszta próbuje nie dopuścić do rozpadu świata. Spora grupa zginęła, walcząc z dżinnami podczas rebelii. Podobno wojna trwa dalej, wojna na wyczerpanie. Coraz mniej jest Strażników i coraz słabiej się bronią. Wrogowie wyłapują ich jednego po drugim.
– Ktoś powiedział, że Ma'atowie na tym skorzystają – wtrącił Luis.
Ashworth wykrzywił twarz z wyrazem znużenia.
– Ludzie prawie cały czas plotą głupstwa. Nie interesuje mnie, by zastąpić Strażników Ma'atami. Ty powinieneś to najlepiej wiedzieć. Świat potrzebuje Strażników. Gdyby nie byli potrzebni, toby ich nie było. Są częścią naturalnej hierarchii. Podobnie zresztą jak dżinny. Jak zwykłe istoty ludzkie, zwierzęta, rośliny, owady, pierwotniaki czy Ma'atowie. Wszystko pozostaje w równowadze. Dlaczego tu przyjechaliście? Mogliście zawrócić i ruszyć prosto do domu. Nic was już nie zatrzymywało.
– Domyślam się, że wycieczka do Vegas nie jest dobrą wymówką. Próbka humoru Luisa – nawet przedstawiona bez przekonania – została przyjęta z chłodnym milczeniem. Ashworth nie odpowiedział. Przeniósł spojrzenie na mnie.
– Ty szczerze wierzysz w istnienie tej istoty.
– Tak – potwierdziłam. – Bo istnieje. Jest zagrożeniem dla dżinnów. Prawdziwym zagrożeniem. Dopóki nie odkryjemy jej kryjówki, walczymy z cieniem. Ona może nas namierzyć. Nam to się nie udaje.
Rashid znów prychnął. Odwróciłam się do niego. Skrzyżował ramiona na piersi.
– Tak? – zapytał. – Chcesz mi coś powiedzieć?
– Nie bardzo – zaprzeczyłam. – Przypuszczam, że gdy będziesz wrzeszczał, wydając ostatnie tchnienie, tak jak krzyczał Gallan, wtedy poważniej potraktujesz moje słowa.
Postarałam się, aby zabrzmiało to dwuznacznie. Musiał wiedzieć o śmierci mojego przyjaciela Gallana – śmierć dżinna nie mogła pozostać niezauważona, a Gallan należał do potężnych dżinnów. Po nagłym błysku jego oczu domyśliłam się, że Rashid nie słyszał, czy to ja byłam przyczyną tej śmierci. Dobrze wiedziałam, co podejrzewał.
– Już teraz traktuję cię poważnie – powiedział Rashid. – Uwierz mi.
– Dość – warknął Ashworth. – Przestańcie, oboje! Nie będziecie w moim gabinecie wyrównywać rachunków; właśnie skończyłem remont. Luis, czego, u diabła, chcesz ode mnie? Nie mogę ci udzielić prawdziwej pomocy. Nie mam żadnych informacji.
– A jednak jest coś, co może pan dla nas zrobić. Pożyczyć mi dżinna – oświadczy! Luis. Nagle zapadła pełna zdumienia cisza. Ashworth rzucił spojrzenie Rashidowi, a ja popatrzyłam na Luisa. Usiłowałam zrozumieć to, co właśnie powiedział.
Miał dżinna. Miał mnie. Nagle ogarnęła mnie fala gniewu i niepewności. Zastanawiałam się przez chwilę, czy to… zazdrość? Na pewno nie. Nie mogłam upaść tak nisko.
Zza pleców dobiegł mnie głos Rashida. Stał tak blisko, że czułam tchnienie jego oddechu na karku.
– Widocznie nie spełniasz jego oczekiwań – stwierdził. – Jakie to smutne. Odwróciłam się i uderzyłam otwartą dłonią w jego klatkę piersiową. Cios powinien go rzucić na drugą stronę pokoju, rozbić boazerię i rozkruszyć beton ściany, gdy o nią uderzy.
A on stał spokojnie, uśmiechając się do mnie, patrząc z przerażającym błyskiem w fioletowych oczach. Po chwili ujął mnie za rękę w przegubie i złamał mi ją.
Krzyknęłam, gdy kości pękały, skręcały się i wbijały w mięśnie. Przeszyła mnie płonąca biała fala bólu. Zadrżały pode mną kolana, a ciemność zamigotała mi przed oczami.
– Rashid! – krzyknął Ashworth i zerwał się zza biurka. Luis był szybszy. Zanim jego fotel się przewrócił i oparcie dotknęło dywanu, był już przy mnie. Wycelował palec w Rashida. Przez ułamek sekundy widziałam, a może mi się tylko wydawało, czarne płomienie liżące jego ramiona. Mrugnęłam. Z pewnością było to oszołomienie wywołane bólem.
– Ty! – krzyknął Luis. – Puść ją! Natychmiast!
Rashid usłuchał. Nadal się uśmiechając, zrobił krok do tyłu. Luis ujął moją rękę w obie dłonie. Poczułam najpierw delikatny i ciepły dotyk, a potem zalewającą mnie gorącą kaskadę. Moc krążyła wokół złamania, zataczając ciasne kręgi. Zachwiałam się, gdyż zabrakło mi sił. Luis chwycił mnie i objął ramieniem, odsuwając jednocześnie złamaną rękę, gdyż cały czas trwało jej uzdrawianie.
– Przedstawiłem swoje racje – odezwał się Rashid, ze znudzeniem i przekąsem w głosie. – Nie jest lepsza od człowieka, prawda? Do niczego nam się nie przyda. Naprawdę potrzebujesz dżinna. Ale zastawiam się po co?
– Potrzebuję takiego, który się uważa za niezniszczalnego – wycedził Luis przez zaciśnięte zęby. – Świetnie się nadajesz. Rashid spochmurniał, w jego spojrzeniu znów pojawił się arogancki błysk. Nie tak wielki, by mieć jakieś znaczenie. W końcu zebrałam siły i opierając się na Luisie, wstałam. Miałam wrażenie, że moje ramię jest kruche i byle jak połatane. Wiedziałam, że nie powinnam poddawać go próbie, chociaż proces leczenia gwałtownie przyśpieszył. Stłumiony gniew palił się gdzieś w głębi mnie niskim, gorącym płomieniem, ale mniej mi się podobało uczucie, które go zastąpiło: strach. Czy tak właśnie żyli ludzie? W ciągłym strachu przed bólem, świadomi swojej kruchości i tymczasowości? To naprawdę mi się nie podobało.