Выбрать главу

– Co robisz? – zapytałam. Luis popatrzył na mnie ponuro, ostrzegawczo. W jego wzroku dostrzegłam wyraźne żądanie, żebym zamilkła. Powrócił do cichej wojny na spojrzenia z Rashidem, który w końcu skrzyżował ramiona na piersi, opuścił brodę i uśmiechnął się lubieżnie.

– Sądzisz, że możesz mi rzucić wyzwanie, grozić niebezpieczeństwem? Mały człowieczku, nie wiesz, o czym mówisz.

– Jasne, za to ty jesteś wielki, potrafisz łamać ręce kobietom, nie dając im szansy na rewanż – stwierdził Luis. – Lubisz sobie pogadać. Rozumiem. Ale ja proszę o pomoc w sprawie wymagającej odwagi i rozumu. Może więc powinienem poszukać kogoś lepszego.

Oczy Rashida zapłonęły. Przez krótką, straszliwą chwilę myślałam, że po prostu spali Luisa na miejscu za te słowa. Mógł to zrobić.

– Dość! Obaj przestańcie! – krzyknął Ashworth. Nie mamy czasu na podobne luksusy! Rocha, powiedz mi, czego naprawdę chcesz. Nie masz się czego wstydzić. Mów.

Odwrócenie się do Rashida plecami wymagało od Luisa wyjątkowej siły woli, ale jakoś mu się to udało. Dla bezpieczeństwa nie spuszczałam oczu z dżinna. Nie wierzyłam mu ani trochę. Przypominał szakala szukającego okazji do ataku. Nagle zrobiło mi się niedobrze, pierwszy raz w swoim długim życiu poczułam się jak ścigana ofiara.

– Potrzebuję dżinna, który może ustalić, skąd pochodził chłopiec – powiedział Luis.

– Ten zmarły?

– Tak. Czas ma ogromne znaczenie. Tropy nikną. Ale jest mi potrzebny ktoś, kto nie jest zwykłym krzykaczem i pyszałkiem.

Oczywiście, te słowa były specjalnie skierowane do Rashida. Patrzyłam na dżinna, który znów się zastanawiał, czy nas zabić. Gdyby postanowił działać, Ashworth niewiele mógłby zrobić, aby go powstrzymać. Choć Luis i ja podjęlibyśmy walkę, było wiadomo z góry, jak by się zakończyła.

Czyż nie tak?

Nie wiem, co oznaczała mina Ashwortha, gdy oszacował wszystkie możliwe scenariusze, w tym także prawdopodobny zakres zniszczeń, do jakich musiałoby dojść w jego wyłożonym ciemną boazerią sanktuarium, gdyby doszło do walki na śmierć i życie między nami.

– Wydaje mi się, że to jest do załatwienia – powiedział w końcu bez nacisku. – Jednakże udział dżinna musiałby być absolutnie dobrowolny. Taki mamy kodeks.

– Oczywiście – zgodził się Luis i zawahał na chwilę, zanim zaczął mówić dalej. – Na podstawie wszystkiego, co wiemy o tej sytuacji, pójście śladami zmarłego chłopca prowadzącymi do jego mocodawców może być niebezpieczne. Nawet dla dżinna. Nie chciałbym, żeby ktoś źle ocenił ryzyko z tym związane.

Rashid wciąż spoglądał na nas z niepokojącym uśmiechem drapieżcy.

– Za żadne skarby świata nie przegapiłbym takiej zabawy – odezwał się w końcu. Ashworth westchnął.

– Ogłaszam was przyjaciółmi i sojusznikami – powiedział tonem zmęczenia i zniechęcenia. – A teraz wynoście się wszyscy z mojego gabinetu i z mojego hotelu. Idźcie się pozabijać gdzie indziej, gdzie nie będę musiał przejmować się sprzątaniem.

4.

Niewiele wiedziałam o Rashidzie. Moja rasa spoglądała na naszych młodszych kuzynów bez szacunku. Rzadko poświęcaliśmy czas, aby ich poznać czy zbliżyć się do któregoś z nich.

Poza, oczywiście, Jonathanem. Nawet teraz, myśląc o nim, poczułam ciężar w sercu. Jonathan spadł na nas niespodziewanie jak czarna nawałnica mocy. Żył jak człowiek śmiertelny i był pierwszym z tych, których nazywamy Strażnikami; jego więzi z Ziemią nie potrafili wyjaśnić ani sobie wyobrazić nawet ci, którzy pamiętali przedwieczną bezkształtną pustkę. Jego śmierć wywołała furię Matki Ziemi i rozpacz. Zachowała duszę Jonathana, tworząc wokół niej nową formę. Nowy rodzaj życia.

Uczyniła go dżinnem, gromadząc umierającą siłę życia tysięcy, którzy znaleźli się blisko niego. Tego dnia stworzyła też inną istotę. Z przyjaciela Jonathana, Davida, który umarł razem z nim. Byli pierwsi z wielu, którzy pojawiali się po nich.

Ale to Jonathan oddał Matce serce. To Jonathan, mimo ludzkiego pochodzenia, był obdarzony mocą większą od dżinna, od wszystkich dżinnów, starych i nowych, jakie pojawiły się przedtem i potem.

Nigdy go nie zaakceptowaliśmy, ale wszyscy, choć niechętnie, spełnialiśmy jego rozkazy. Przez tysiące lat prawdziwe dżinny pochylały karki przed tym, którym powinny na dobrą sprawę pogardzać. Niektóre nim pogardzały, ale po cichu. Zawsze jednak nawet najbardziej wojowniczy spośród dżinnów go szanował. I wszyscy go kochali. Jonathan promieniał taką niewinnością, której nigdy nie mogłam zrozumieć ani nie miałam nadziei naśladować.

Rozpaczałam po nim, kiedy go nam odebrano. Nigdy już nie będzie drugiego Jonathana, żadnego nowego dżinna, który dzięki serdeczności i sile uczyni z nas jeden lud. Prawdziwe dżinny zawsze już będą stały z boku. Jesteśmy zbyt aroganckie, aby inaczej postępować.

Między mną a Rashidem leżała przepaść i zawsze tak pozostanie.

Wyszliśmy z biura Ashwortha w gwarny półmrok kasyna. Żadne z nas nie odezwało się słowem. Rashid szedł obok mnie, a z drugiej strony maszerował Luis. Ludzie schodzili nam z drogi. Nie wiem, czy robili to świadomie. Dostrzegłam nasze sylwetki przesuwające się na monitorze ochrony; Luis sprawiał wrażenie skupionego i niebezpiecznego; Rashid złagodził dziwny odcień skóry na tyle, aby nie przyciągać spojrzeń, chociaż w tym niezwykłym miejscu prawdopodobnie nie było to konieczne.

Moja blada, ponura twarz, białe włosy i jasna skóra lśniły blaskiem między nimi, jakby prowadzili ducha.

Wyglądaliśmy tak… że żaden ze zdrowych na umyśle ludzi nie próbowałby nam stanąć na drodze. Głowy odwracały się, gdy przechodziliśmy przez tłum. Czułam spojrzenia oceniające mnie, pożądliwe.

Wydały mi się dziwnie interesujące.

Na zewnątrz gorący wiatr natychmiast osuszył delikatny ślad potu na mojej twarzy. Skóra Rashida pociemniała tylko trochę, aby lepiej pochłaniać ostre promienie słońca. Luis włożył ciemne okulary. Staliśmy w cieniu kopii piramidy, niedaleko podroby sfinksa. Patrzyliśmy na siebie bez słowa.

– Zawieźcie mnie tam, gdzie zostawiliście chłopca – odezwał się w końcu Rashid. Luis kiwnął głową i poszedł pierwszy w kierunku parkingu, na którym zostawiliśmy furgonetkę. Odsunął tylne drzwi i gestem zaprosił Rashida, aby wsiadł, ale dżinn nie ruszał się z miejsca, stał pochmurny, z zadartą głową. – Przyjechaliście tym?

– Oczywiście, nasz pojazd nie spełnia twoich wymagań? Ale i tak wsiadaj! – Rashid wykrzywił wargi, wsiadł do furgonetki i opadł na siedzenie z wyraźnym niesmakiem. Luis spojrzał na mnie i przewrócił oczami. – Myślałem, że ty jesteś kapryśna, ale widzę, że to cecha rodzinna dżinnów.

– Nie jesteśmy rodziną! – zaprzeczyłam równocześnie z Rashidem. Luis wybuchnął śmiechem.

– A mnie się wydaje, że jesteście. – Zanim zasunął drzwi, popatrzył na Rashida dłuższą chwilę i pochylił się w jego stronę. – Dotknij jeszcze raz Cassiel, zrób jej krzywdę, a skończy się to dla ciebie dużym bólem. Rozumiesz?

Rashid odwrócił głowę i spojrzał przed siebie. Nie dał po sobie poznać, że w ogóle usłyszał groźbę. Luis zatrzasnął drzwi i westchnął.

– Postarajmy się jakoś dogadać. Już jest nam wystarczająco ciężko. Nie potrzebujemy barowych bijatyk z naszymi domniemanymi sojusznikami.

Podobnie jak Rashid nie zawracałam sobie głowy potwierdzaniem, że słyszałam jego słowa, choć bez wątpienia były mądre.