– Cholerne dżinny – usłyszałam, jak Luis mruczy do siebie, obchodząc samochód dookoła, żeby usiąść na miejscu kierowcy.
Uśmiechnęłam się. Leciutko.
Luis zawiózł nas tam, gdzie przedtem się zatrzymaliśmy. Poprowadziłam ich przez piasek i rzadkie krzaki, wprost w pustkę. Luis nieprzerwanie po cichu przeklinał, brnąc obok nas. Chyba nienawidził pustyni. Z pewnością nie podobał mu się upał, choć ja i Rashid rozkoszowaliśmy się ciepłem. Dżinny są stworzeniami ognia. Nawet tak odmieniona i pozbawiona mocy, wciąż każdym nerwem czułam dreszcz ekstazy.
Luis się pocił.
Dotarliśmy na zbocze wzgórza, skąd rozciągał się widok na czerwonobrązowe parowy i rozpalone błękitne niebo. Tu pochowałam chłopca. Rashid przykucnął, przeciągnął długimi, smukłymi palcami po piasku i spojrzał na mnie ze zdumieniem. W jego oczach na ułamek coś zapłonęło, ślad szacunku, a potem zniknęło.
– Jak? – zapytał. Luis spojrzał na mnie ponuro.
– Co jak?
– Ona wie. Wiedziałam. Pytał, jak dotknęłam Matki Ziemi, tutaj, w tym miejscu. Wzruszyłam ramionami.
– Przyszła – wyjaśniłam. – Nie można jej wezwać. Wiesz o tym. Rashid rzeczywiście wiedział. Przyglądał mi się dłuższą chwilę, a potem skinął i znów przesiał piasek przez palce.
– Nie zabiliście chłopca – powiedział. – Przyznaję, że się pomyliłem.
– Przecież ci mówiłem – wybuchnął Luis. – Czy możesz się pośpieszyć i wyśledzić, skąd się wziął? Niektórym przydałaby się odrobina cienia.
W odpowiedzi Rashid wsunął rękę w piasek aż po łokieć, a po chwili gwałtownie ją wyszarpnął. Strzepnął piach i pokiwał głową. Jego oczy straciły blask. Patrzył nieobecnym wzrokiem.
– Trop jest wyraźny – stwierdził. – Ale zanika. Zostawię was i podążę za nim. Tak będzie szybciej.
– Rashidzie, zanadto się nie zbliżaj – ostrzegłam. Machnął zniecierpliwiony ręką.
– Nie boję się waszego widmowego wroga.
– Gallan też się nie bał – przerwałam mu. – Już go nie ma, Rashidzie. Nie lubię cię, ale nie pragnę twojej zagłady. Dlatego cię ostrzegam. Nie zbliżaj się zanadto!
Zwrócił uwagę, że mówię z dużym naciskiem, i w końcu, choć niechętnie, kiwnął głową. Wciąż mi się wydawało, że on nic nie rozumie. Postąpiłam o krok bliżej, dotknęłam jego ręki i spojrzałam wprost w jego płonące oczy.
– Kiedyś ona była jedną z nas. Była dżinnem. Zabije cię, jeśli tylko zdoła. Pokręcił głową, odrzucając samą myśl. Chyba tylko dlatego, że to ja go ostrzegałam. Opanowałam gniew.
– Poproszę cię o coś innego – oznajmiłam. Spojrzał na mnie szeroko otwartymi oczami. Zadarł głowę do góry, między brwiami pojawiła się zmarszczka.
– O co?
– Znajdź rodzinę tego chłopca. Jego bliskich. Tych, którzy go stracili. Chciałabym im go zwrócić, jeśli to będzie możliwe.
Wpatrywał się we mnie bez słowa z kamienną twarzą, a potem kiwnął krótko na znak zgody. Nagle, po prostu… zniknął. Rozpłynął się. Dostrzegłam tylko drżenie eteru na jego drodze. Luis westchnął.
– Przyjmuję zakłady. Czy postąpiliśmy właśnie nadzwyczajnie mądrze, czy beznadziejnie głupio?
– Niewykluczone że i tak, i tak – stwierdziłam. – Jak wiemy, pokłady głupoty są niewyczerpane. W milczeniu oddaliśmy hołd martwemu dziecku, które znów opuszczaliśmy. Wróciliśmy do furgonetki, czekała nas długa droga do Albuquerque.
Zanim dojechaliśmy, natknęliśmy się na blokadę policyjną.
Przed ustawionymi w poprzek drogi radiowozami z migającymi światłami stał z ponurą miną agent FBI Ben Turner, Strażnik Ognia na pół etatu. Wyglądał tak, jakby w ogóle nie spał od naszego ostatniego spotkania. Luis zwolnił, zatrzymał się i odkręcił okno. Turner pochylił się, zajrzał szybko do środka furgonetki.
– Musicie pójść ze mną, oboje, natychmiast – zażądał. Popatrzyliśmy na siebie z Luisem. To nie wróży nic dobrego, mówiły nasze spojrzenia.
– Dlaczego? – zapytał Luis.
– Nie tutaj. Wysiądźcie i chodźcie ze mną. Zróbcie, co mówię. Policjanci wokół nas spokojnie wyciągali broń, choć jak na razie, nikt z nich do nas nie celował. Luis rzucił kilka szybkich spojrzeń i zauważył ich gesty. Spojrzał na Turnera.
– Proszę – nalegał Turner. Jego twarz przypominała kamienną maskę, ale było widać napięcie wokół oczu i ust, a znużenie w pochyleniu ramion. – Potrzebuję waszej pomocy.
Luis jakby usłyszał magiczne zaklęcie, skinął na mnie, oboje wysiedliśmy z furgonetki i stanęliśmy przed Turnerem na poboczu. Zapadał zmierzch, robiło się coraz chłodniej, ale nagrzany w ciągu dnia asfalt wciąż był gorący. Nieprzyjemnie grzał stopy i nogi.
Turner machnął ręką do policjantów, którzy pochowali broń i wsiedli do radiowozów, choć nie opuścili stanowisk.
– Chodzi o porwane dziecko – powiedział. – Pasuje do podanego przez was opisu. Mała ośmioletnia dziewczynka, porwana ze szkoły. Sprawdziłem. Jej matkę wyrzucono z programu Strażników.
Luis rzucił mi spojrzenie. Oboje przypomnieliśmy sobie chłopca, którego uratowaliśmy z Rancza. C. T Styles. Jego matka także opuściła Strażników. Miała do nich żal.
– Mamusiu oczyszczona z zarzutów? – zapytał Luis.
Nic ma z tym nic wspólnego. Jest zdruzgotana. Bóg jeden wie, co się z nią stanie, jeśli to się źle skończy. Widzieliśmy po jego ponurej minie, że najwyraźniej liczy się z ryzykiem.
– A co z ojcem? – zapytałam.
– Wygląda na to, że jest w porządku. Nie ma żadnych powiązań ze Strażnikami. Nie udało mi się znaleźć nic podejrzanego. Chyba oboje są czyści.
– Być może to zaginięcie nie ma żadnego związku z naszą sprawą – stwierdziłam.
– Może nie ma. Ale zaginęła mała dziewczynka. Pomyślałem, że zechcecie się tym zająć. – Turner wyprostował się i spojrzał najpierw na Luisa, a potem na mnie. – Przydałaby mi się wasza pomoc. Jeśli jednak to porwanie wiąże się z innymi, to jest to nasz najświeższy ślad. Najlepsze miejsce, aby rozpocząć pościg.
– Ale my już…
– Ujmę to inaczej – powiedział Turner. W jego oczach zobaczyłam błysk hamowanego gniewu. – Pomożecie mi w tej sprawie albo znajdę mnóstwo powodów, żebyście pożałowali, że od razu tego nie zrobiliście. Zacznę od obrazy moralności, a skończę na oskarżeniu o terroryzm. Traficie do tak głębokiej dziury, że nigdy więcej nie zobaczycie słońca. Dajcie więc kluczyki od furgonetki jednemu z funkcjonariuszy. Odprowadzi ją do waszego domu. A wy jedziecie ze mną.
Pomyślałam niespokojnie o Rashidzie. Mógł się pojawić w każdej chwili. Byłam pewna, że Luisowi to samo przyszło do głowy. Rashid potrafiłby nas znaleźć wszędzie, ale nie sprawiał wrażenia kogoś, kto chciałby zachować incognito. Niewykluczone, że bawiłoby go publiczne ujawnienie swojej prawdziwej natury. Gdyby policja zaczęła strzelać, moglibyśmy zostać ranni.
Rashid z pewnością uznałby to za bardzo zabawne.
– Zaraz wam ułatwię podjęcie decyzji – powiedział Turner. – Macie wybór. Wsiądziecie ze mną do samochodu, wrócicie do Albuquerque i pomożecie mi odnaleźć tę dziewczynkę. Albo odwrócicie się do mnie plecami, żebym mógł was skuć, bo was o coś oskarżę.
– O co?
– Żartujesz, prawda? – zapytał. – Znam mnóstwo metod zamieniania życia w piekło, panie Rocha. Nie chcesz ich poznać. Mam ogromną inwencję.
Byłam pewna, że mówi poważnie.
Luis wzruszył ramionami i rzucił stojącemu najbliżej policjantowi w wykrochmalonym mundurze khaki kluczyki do furgonetki. Funkcjonariusz chwycił w locie dźwięczący metal.
– Ubezpieczenie i rejestracja są w schowku – poinformował. – Mówię to na wypadek, gdyby zatrzymała was policja. Spodziewam się, że dolejecie benzyny do pełna. Przydałoby się też umyć wóz.