Выбрать главу

Funkcjonariusz nie miał zbyt radosnej miny.

Turner otworzył tylne drzwi sedana. Wsiedliśmy z Luisem i niespełna minutę później mknęliśmy z powrotem do Albuquerque.

Tam był dom, a mimo to miałam wrażenie, że zbliżamy się ku zabójczemu połączeniu rozpaczy i udręki. Chociaż ostatnio udręka stała się naszą nieodłączną towarzyszką.

Ben Turner prowadził bardzo szybko, z zapamiętaniem stróża prawa, wykonującego ważne zadanie. Nie przestrzegał też ograniczeń prędkości.

Siedziałam z tyłu, z trudem opanowując ataki mdłości. Samochód Turnera nie sprawiał przyjemnego wrażenia. Na siedzeniach kiedyś została rozlana krew. Były ślady wszelkiego rodzaju płynów ustrojowych. Czuło się tam obecność śmierci. Samochód emanował nią, być może nie w sensie fizycznym. Ale utrwaliło się tu wrażenie złej, przedłużającej się agonii. Kiedyś stało się tu coś strasznego, czego ślady pozostały.

Walczyłam z pragnieniem, aby wyrwać drzwi z zawiasów i wyskoczyć z samochodu. Powstrzymywała mnie tylko pewność, że gdybym tak postąpiła, ucierpiałby na tym Luis.

– Cholera! – wrzasnął nagle Turner i w tym samym momencie wbił nogę w hamulec. Opony zapiszczały, a oboje z Luisem gwałtownie wyciągnęliśmy ręce przed siebie, aby się przytrzymać. Maska sedana zakołysała się w dół, walcząc z siłą bezwładności.

To Rashid pojawił się na środku drogi, w odległości kilkudziesięciu metrów od nas. Skrzyżował ramiona, drapieżny uśmiech rozjaśniał mu twarz. Przyglądał się, jak samochód pędzi w jego stronę z zabójczą prędkością. Turner zbladł, rozpaczliwie walczył z samochodem.

– Po prostu uderz w niego – powiedziałam przez zaciśnięte zęby. – To mu dobrze zrobi. Turner nie zwracał uwagi na moje światłe rady. Udało mu się zatrzymać samochód z poślizgiem i piskiem opon pół metra od stojącego nieruchomo Rashida.

Przez chwilę nikt się nie poruszył. W moje okno uderzył biały cuchnący dym ze spalonych opon. Zakrztusiłam się i zaczęłam kasłać. Chmura dymu popłynęła w stronę Rashida, ale on rozpędził ją z uśmiechem.

Ben Turner spoglądał przez szybę ze zdumieniem. W następnym ułamku sekundy poczerwieniał i wybuchnął uzasadnionym gniewem. Otworzył drzwi i wrzeszcząc, wyskoczył na drogę.

– Ty idioto! Przez ciebie mogliśmy wszyscy zginąć!…

Rashid tylko na niego spojrzał. Trzeba przyznać, że Turner błyskawicznie poznał swoją pomyłkę. Spostrzegł dziwny odcień skóry dżinna i blask jego oczu. Odwrócił się, żeby popatrzeć przez przednią szybę najpierw na Luisa, potem na mnie. A później odwrócił się do Rashida. Zacisnął wargi w cienką, gniewną linię.

– Dżinn. Domyślam się, że jest z wami – stwierdził. Rashid prychnął niegrzecznie.

– Nie jesteśmy razem, pod żadnym względem, zapewniam cię. Całkowicie się z nim zgadzaliśmy. Obszedł wóz i usiadł z przodu na miejscu pasażera. Zostawił Turnera stojącego na drodze i wpatrującego się w nas przez szybę. Wszyscy patrzyliśmy na niego.

– Słowo daję… – wymamrotał Turner. – On jest dżinnem. Rashid wyciągnął rękę i dotknął palcem stacyjki. Silnik zapalił, bez przekręcenia kluczyka, który tkwił w drżących palcach Turnera.

– Tak – szepnął. – Słowo daję. Zamrugał oczami, jakby stracił świat z oczu i pokręcił głową. Wsunął się na siedzenie kierowcy, spojrzał na kluczyk w ręku, a potem wrzucił go do schowka na napoje obok siebie. Ruszył i gwałtownie przyśpieszył. Obejrzałam się do tyłu. Na drodze pozostały czarne ślady hamowania i szybko zniknęły.

– Nie sądziłem, że się zjawisz – zwrócił się Luis do Rashida.

– A ja wierzyłam. – Odwróciłam głowę do tyłu. Rashid obserwował mnie z intensywnością drapieżcy. Czekał na najmniejszą oznakę słabości. Nie brakowało mi słabych stron, ale nie zamierzałam mu ich pokazywać.

– Znalazłeś coś – powiedziałam. – Zgadza się?

– Nie. Wróciłem, bo wasze towarzystwo działa inspirująco. – Zrobił grymas, który prawie przypominał uśmiech. – Odkryłem linię krwi tego chłopca. Jego krewni dawno odeszli z tego świata.

– Rodzeństwo?

– Nie, odległe pokrewieństwo. Nikogo bliskiego. Pokręciłam głową ze smutkiem i przetłumaczyłam relację Luisowi.

– Jego rodzice nie żyją. Nie miał braci, sióstr ani kuzynów.

– Tak – potwierdził Rashid. – Jego ojciec był Strażnikiem, zabitym podczas rebelii Ashana. Matka była zwykłą istotą ludzką. Zmarła na skutek choroby.

– Sierota – stwierdził Luis. – Sierota z uśpionymi mocami Strażnika.

– Był wymieniony w zwojach – powiedział Rashid. Obaj, Turner i Luis, rzucili mu zdziwione spojrzenie.

– Zwojach? – Turner był nieco szybszy od mojego partnera Strażnika. – Chcesz przez to powiedzieć, że jest jakaś lista? Rashid powoli uniósł brwi.

– To wy nie macie swojej listy? Co za zaniedbanie. Jak dopilnujecie, aby wasze potomstwo zostało właściwie wyszkolone, jeśli nie prowadzicie spisów ich talentów?

Luis otworzył usta, potem je zamknął i spojrzał na mnie.

– Wyjaśnijmy to sobie, żeby nie było niejasności. Dżinny prowadzą spis dzieci obdarzonych mocami Strażników? – zapytał mnie.

Zawstydziłam się, ale musiałam wyznać prawdę.

– Nie wiem – odparłam. – Jeśli taki spis istnieje, nigdy nie miałam z nim do czynienia. Nie interesowałam się Strażnikami, a tym bardziej zwyczajnymi ludźmi.

Luis wpatrywał się we mnie bez słowa, a potem zwrócił się do Rashida:

– Możesz zdobyć dla nas tę listę?

– Po co?

– Bo wszystkim znajdującym się na niej dzieciom grozi ogromne niebezpieczeństwo. To jedyny sposób, żeby wyprzedzić tę wiedźmę i nie dopuścić do porwania kolejnych dzieci. Jeśli odnajdziemy wszystkie potencjalne ofiary…

– Zapominasz – wtrąciłam się – że część rodziców dobrowolnie brała udział w porwaniach. Nie mamy tylu Strażników do pilnowania.

– Mamy FBI i policję – odparł Luis. – Do diabła ze Strażnikami, oni w naszej sprawie nie kiwną palcem. Współpracujemy ze stróżami prawa, mamy odpowiednią siłę ognia. Nie sądzę, żeby zaplanowała walkę w ten sposób. Spodziewa się oporu magicznego, a nie fizycznego.

Musiałam przyznać Luisowi rację. Ale kiedy spojrzałam na Rashida, zobaczyłam, że siedzi z kamienną twarzą bez wyrazu. Nic nie odpowiedział. Luis westchnął.

– Daj spokój, stary. Rozumiem, jesteś draniem, nic cię to nie obchodzi. W porządku. Będę ci okazywał szacunek. Sam wybierzesz sposób. Tylko zdobądź mi tę cholerną listę.

– Nie mogę – odparł Rashid. – Choćbym nawet chciał to zrobić. Lista nie należy do mnie. Nie mogę jej dać.

– Tak? A z kim, do cholery, trzeba na ten temat porozmawiać? Wiedziałam z kim, ogarnięta złym przeczuciem, zanim Rashid w ogóle się odezwał.

– Z Wyrocznią Ziemi.

Rashid skinął krótko głową. Oczywiście. Moje ostatnie spotkanie z Wyrocznią Ziemi – archaniołem wśród aniołów dżinnów – było nieprzyjemne i w swej intensywności wstrząsające. Nie, to nie z jej winy. Wyrocznia po prostu jest. Nie ma istoty tak bliskiej dżinnom, a jednocześnie tak bardzo związanej z umysłem i duszą Matki jak ona. Ani Wyrocznia Ognia, ani dwie pozostałe panujące nad żywiołami wody i powietrza nie mogły się tym poszczycić. Wszystkie miały osobne, charakterystyczne moce i właściwości. Ale to Wyrocznia Ziemi była spośród nich najbardziej przystępna, najbardziej chętna, by nas zrozumieć i nam pomagać.

Urodziła się jako mieszaniec – córka dżinna Davida i jego ukochanej Strażniczki – Joanny. Nazywała się Imara. Była niezwykłą istotą. Nie miała swojego prawdziwego miejsca w świecie natury do chwili, gdy Ashan pogwałcił prawa dżinnów i zamordował ją na świętej ziemi świątyni Wyroczni Ziemi.