Выбрать главу

Imara nie tylko przeżyła, ale stała się kimś… więcej. Kimś innym. Już nie była dżinnem pozbawionym części mocy. Miała teraz o wiele, wiele więcej mocy. A jednocześnie zachowała ślady swych związków z ludzkością. Miałam w sobie jeszcze dość snobizmu dżinnów, by budziła moje zaniepokojenie.

Nie byłam pewna, czy Imara wciąż myślała o mnie z serdecznością. Nie pragnęłam więc kolejnego, prawdopodobnie mniej sympatycznego spotkania.

– Zdobądź ją dla nas – poprosiłam Rashida. Pokręcił przecząco głową. – Musisz być jej ulubieńcem, skoro wiesz o istnieniu listy.

– Wiem, ponieważ David mi o niej powiedział, a nie dlatego, że mam możliwości, by ją zdobyć. David. Zezłościłam się w duchu. Przewodził podobno połowie dżinnów, moim zdaniem, było ich znacznie mniej, ale i tak nie miałam ochoty wchodzić mu w drogę. Nie miałam też żadnego z nim kontaktu. Musiałabym liczyć wyłącznie na jego dobrą wolę. Kiedyś okazał mi wiele dobroci. Właściwie to on uratował mi życie, kiedy Ashan mnie wyklął. Zatem wszystko było możliwe.

– To poproszę o nią Davida.

– Mogłabyś to zrobić. Może nawet zechce ci ją dać. Wszyscy wiemy, że jest taki ustępliwy. – Rashid wykrzywił twarz, dając nam wyraźnie do zrozumienia, że nie pochwala tej cechy Davida. – Niestety, nie można go znaleźć.

Te słowa sprawiły, że na długą chwilę zamarliśmy, ja, Luis, nawet Turner.

– Nie możecie… go znaleźć. Nie do pomyślenia. David był przywódcą nowych dżinnów. Opoką i źródłem ich mocy na ziemi i w eterze. Jak to się stało, że nie potrafili go znaleźć? Przypominało to niemożność znalezienia własnej kończyny.

– Ukrył się przed nami – wyjaśnił Rashid. – Zanim odszedł, uprzedził nas, że nikt nie będzie się mógł z nim skontaktować.

– Musiał zostawić jakiegoś zastępcę. Kogoś, kto pilnuje, aby źródło mocy nie zamknęło się dla was. Rashid pochylił głowę, ale nie odpowiedział.

– Rashid – powiedziałam. – Moja cierpliwość już się wyczerpała i za chwilę zupełnie się skończy. Chcę wiedzieć, kto zastępuje Davida!

Dżinny przepadają za zabawą, ale Rashid chyba zrozumiał, że ja już się przestałam bawić. Odwrócił się i spojrzał przed siebie. Patrzył na drogę. Samochód gnał po gładkiej powierzchni asfaltu, a mijany krajobraz zlewał się w smugę ochry, brązu i zieleni.

– Zapewne wolałby zrzucić tę odpowiedzialność na Rahel – stwierdził Rashid. – Ale z Rahel też nie można nawiązać kontuktu. Odgrodził ją i siebie od nas, aby nas chronić, ponieważ istnieje zagrożenie.

Warknęłam cicho, ale ten dźwięk aż zadudnił w metalowym wnętrzu pojazdu.

– Na razie powiedziałeś, kogo nie wybrał. A ja chcę się dowiedzieć, kogo postanowił wybrać.

– Wspomniałem o tym tylko dla jasności obrazu – zaznaczył Rashid. – Bo wszyscy jesteśmy przekonani, że rozumując logicznie, powinien wybrać Rahel. A on skazał nas na… Whitney.

W pierwszej chwili nie byłam pewna, czy dobrze usłyszałam.

– Whitney? Kto to jest?

– Nasz najmłodszy dżinn – wyjaśnił. – Nie zrobiłaby na tobie żadnego wrażenia. Przyznaję, że ta decyzja zupełnie zbiła mnie z pantałyku. Może kobieta, z którą David przestaje, w końcu doprowadziła go do obłędu. – Rashid przestał sprawiać wrażenie znudzonego, był wściekły. Wydawało mi się, że jest zazdrosny i niezbyt wyrozumiały. Uważał się za spadkobiercę wszystkich potęg świata.

Na podstawie tego, co robił, można było wysnuć wniosek, iż miał rację, że tak uważał.

– Muszę się w takim razie zobaczyć z Whitney – stwierdziłam.

– To może sprawić ci pewien kłopot, bo David polecił Whitney, żeby nie opuszczała domu Jonathana. – Rashid rzucił mi spojrzenie pełne urazy. – Wątpię, abyś mogła do niej dotrzeć. Nie w tej postaci.

Miał rację. Ludzie – a trudno byłoby zaprzeczyć, że zostałam uwięziona w ludzkim ciele – nie mogli się przemieszczać poprzez poziomy istnienia, wybierając je tak, jak się wybiera zapadki szyfrowego zamka. Aby dotrzeć do nieprzestrzeni, w której ukryto warownię dżinnów…

miejsce zmienne, nieokreślone, poza płaszczyzną pozostałych rzeczywistości, musiałabym porzucić ludzkie ciało, a do tego potrzebowałabym mocy, której nie mogłabym wziąć bezpiecznie ani od Luisa, ani od innego śmiertelnika. Dżinn, który znalazł się w środku, był bezpieczny od większości, a może nawet od wszystkich zagrożeń z zewnątrz. Wszechświat musiałby zginąć, aby doszło do zniszczenia domu Jonathana.

Zwykły śmiertelnik zginie, usiłując się tam dostać. Wiedziałam tylko o jednej osobie, której to się udało – Joannę Baldwin, aroganckiej kochance Davida. Ale wtedy była dżinnem, więc to nie miało znaczenia. Nie odrywałam wzroku od oczu Rashida.

– Jeśli ja nie mogę tam pójść – oświadczyłam – to ty musisz to zrobić. Potrzebuję tej listy. Przekonaj Whitney, aby mi ją dała.

– Nie – odparł. – Sama ją poproś. Jeśli potrafisz. – Uśmiechnął się szeroko, odsłaniając zęby. – Albo zwróć się do Wyroczni. Ona może ci ułatwić dostęp do listy. Oczywiście, Wyrocznia nie jest aż tak uległa jak kiedyś. Stała się… potężniejsza. Trudniej do niej dotrzeć.

Nie wróżyło to dobrze moim zamiarom, ale biorąc pod uwagę miejsce pobytu Whitney i moje ograniczenia spowodowane uwięzieniem w ludzkim ciele, miałam jeszcze mniejsze szanse, żeby do niej dotrzeć.

– Pojadę do Sedony i zobaczę się z Wyrocznią – powiedziałam i spojrzałam na Luisa.

– Błąd – warknął agent Turner. – Nigdzie nie pojedziesz, chyba że ja cię tam zawiozę. Mówiłem wam, że potrzebuję waszej pomocy!

– Potrzebujesz pomocy – Luis zgodził się z nim. – I coś ci powiem. Ja pojadę z tobą. A jej pozwól jechać do Sedony. Dostanie listę potencjalnych celów, a my wtedy będziemy mogli zapobiegać porwaniom, zamiast ścigać zaginione dzieci, cierpiące, a może nawet umierające. Dobrze?

Turnerowi nie podobała się ta propozycja. Domyślałam się tego, patrząc na jego kamienną twarz. Mimo to wiedział, że Luis ma rację. Musiał zaryzykować, jeśli istniał jakiś sposób, aby zapobiec porwaniom dzieci, i chronić je przed śmiercią.

– Dobrze – odezwał się w końcu. – Jak to działa? Piknięcie czy…?

– O tak? – Rashid uśmiechnął się do niego złośliwie i zniknął tak nagle, że Turner niechcący zjechał na prawo i się zagapił. Powietrze z cichym klaśnięciem wypełniło pustkę w miejscu zajmowanym przedtem przez dżinna.

Turner spojrzał na mnie we wstecznym lusterku.

– Nie – powiedziałam ze znużeniem, oparłam się o poduszki siedzenia i zamknęłam oczy. – Nie w ten sposób. Już nie. Bardzo tego żałowałam.

Dotarliśmy do Albuquerque. Agent Turner wysadził mnie przed moim domem, przed którym zostawiłam motocykl pod małą wiatą. Chciał jak najszybciej odjechać, ale Luis wysiadł ze mną, odprowadził mnie za róg budynku i zatrzymał. Wieczór był chłodny, jasny i suchy. W powietrzu unosił się zapach szałwii i sosen. Na północy wyrastała ledwo widoczna korona górskich szczytów, zaznaczając granice niecki, w której leżała część miasta. Nad naszymi głowami, na rozległym pustym niebie połyskiwały gwiazdy.

To miejsce było piękne i oswojone tylko powierzchownie jak mężczyzna, który stał przede mną. Lekki podmuch wiatru rozwiewał mu włosy. Sztuczne światła połyskiwały na jego skórze, cienie ukryły oczy.

– Bądź ostrożna – powiedział. – Przypomnij sobie, co się wydarzyło ostatnim razem. Ostatnim razem Perła wysłała swoje oddziały za mną, gdy wracałam z Sedony. Złamała mi nogę. Omal mnie nie zabiła.

Udałoby jej się to, gdyby Luis nie pośpieszył mi z pomocą. Gdy o tym pomyślałam, poczułam mrowienie w gojącym się ramieniu. Kości były już całe, połączone i wyprostowane, ale nerwy wciąż jeszcze dochodziły do siebie.