Skinęłam głową bez słowa. Nie byłam już pewna, jak mam z nim rozmawiać. Coś się zmieniło między nami. Coś ważnego nam umknęło, usunął nam się grunt spod nóg. Nie wiedziałam, czy sama doprowadziłam do tej zmiany, a może on to zrobił, a może i tak wszystko by się zmieniło, bez względu na to, co byśmy zrobili.
Wiedziałam tylko, że czuję się inaczej. Rozstanie z nim sprawiało mi ból.
Luis podniósł rękę i delikatnie dotknął mojej twarzy. Skóra jego dłoni na moim policzku była ciepła. Bezwiednie zamknęłam oczy w nagłym drgnieniu rozkoszy. Poczułam moc płynącą w jego żyłach tak naturalnie jak krew.
– Weź, ile ci potrzeba – zaproponował. – Nie poślę cię w świat bez przygotowania i bez mocy. Nie wiedział, o czym mówi. Nie zdawał sobie sprawy. Wciągnęłam gwałtownie powietrze do płuc i otworzyłam oczy.
Napotkałam jego spojrzenie.
– Czerpiąc zbyt szybko, mogłabym ci zrobić krzywdę. Nie chcę tego. Luis roześmiał się cicho, niewesoło. Pokręcił przecząco głową.
– Nie skrzywdzisz mnie bardziej niż inni – stwierdził. – Nie dorastałem wśród mięczaków, chica. Strzelano do mnie, sama wiesz. Walczyłem na noże. Dostałem solidne lanie kiedy trafiłem do gangu. Zrób to szybko, bo nasz, czas się kończy.
Zazwyczaj czerpanie mocy trwało dość długo. Prawie zawsze starałam się nie przekraczać pewnego poziomu, aby nie narażać go na ból ani tym bardziej na utratę życia. Tym razem czekał Turner, tykał zegar życia porwanego dziecka. Nie mieliśmy czasu na subtelności, nawet gdyby agent FBI pozwolił nam działać bez pośpiechu.
Powoli położyłam rękę na dłoni Luisa dotykającej mojego policzka. Poczułam pod palcami gwałtowne przyspieszenie tętna Luisa.
– Przepraszam – powiedziałam. – Postaram się nie zrobić ci krzywdy. Wtedy uwolniłam swój głód. Chodziło nie tyle o czerpanie od niego, ile o usunięcie wszelkich barier; pustka w moim wnętrzu, zimna, wygłodniała próżnia, którą kiedyś wypełniała energia życiowa dżinnów, żarłocznie wysysała z niego strumienie mocy. Za dużo, za dużo… Poczułam się zadziwiająco wspaniale, jakbym skąpała się w świetle, ale jednocześnie doznałam gwałtownego, szarpiącego bólu w przeładowanych nerwach. To był mój ból, ale także Luisa.
Luis zadrżał, ale nie odsunął się ode mnie. Cały czas wpatrywał się we mnie ciemnymi, zapadającymi się oczami. Zapomniałam o oddychaniu, a on przelewał życie ze swojego ciała w moje. Była w tym bliskość przewyższająca intymność ciał, wynosiła nas w sfery ducha, czystego, idealnego życia.
Trudno było się od niego oderwać. W końcu odetchnęłam głęboko i gwałtownie zatrzasnęłam dzielące nas bariery. Od dawna nie czułam się tak potężna i pełna życia. Trudno mi było rezygnować z tego daru. A jednak to bogate, intensywne oszołomienie było zaledwie cząstką tego, co odczuwałam, kiedy byłam dżinnem. Mogłabym czerpać z dziesiątków Luisów, nawet z setek, a nie zbliżyłabym się do utraconej doskonałości.
Właśnie taką karę wyznaczył mi Ashan, skazując mnie na byt w ludzkim ciele. Nie musiał mnie dręczyć. Wiedział, że za każdym razem, gdy zbliżę się do naturalnej przeszkody, wówczas sama będę się zadręczać, cierpiąc z głodu i tęsknoty za utraconymi darami.
Mniej mnie to nękało, niż sądził. Mogłabym ulec pokusie, ale byłam z natury praktycznym drapieżnikiem; zaczerpnięcie energii od setki Strażników spowodowałoby ich śmierć, a nawet wtedy nie zbliżyłabym się do stanu, którym się kiedyś cieszyłam. Łatwo mogłam o tym zapomnieć, gdy walczyłam o przetrwanie, gdy energii ledwo mi wystarczało, aby utrzymać się przy życiu; gorzej było jednak wtedy, gdy poczułam smak mocy.
Luis drżał, ale wciąż trzymał dłoń przy moim policzku, w końcu zacisnęłam na niej blade, cienkie palce i odsunęłam ją na bok. Puls tętnił mu w skroniach, twarz gwałtownie pobladła pod warstwą miedzi. Nie podobało mi się, że oddychał z trudem, nierówno i za szybko. Wyciągnęłam rękę i położyłam płasko na jego piersi. Poczułam zbyt gorączkowe bicie serca.
– Nic mi nie jest – powiedział, zanim zdążyłam się odezwać. Uśmiechnął się, ale dostrzegłam ukryty ból. – Czy teraz jest ci lepiej?
Skinęłam głową, nie chcąc, a może nie mogąc przemówić. Wiedziałam, że moje oczy płoną. Rzadko mogłam sobie pozwolić na taki popis mocy, ale to leżało w mojej naturze. Nie miałam wątpliwości, że teraz wyglądam… inaczej.
Usiłowałam okiełznać moc, którą tak hojnie mi ofiarował. Zauważyłam zmianę w wyrazie jego twarzy. Nie do końca wiedziałam, co spowodowało tak silne napięcie. Lęk? Czy pożądanie? A może jedno i drugie. Zaskoczył mnie, odzywając się niskim, chrapliwym głosem:
– Gdybyśmy nie musieli być teraz zupełnie gdzie indziej, zabrałbym cię do środka i wziąłbym się do roboty. Zamrugałam gwałtownie. – Nie rozumiem. Odetchnął głęboko, po chwili westchnął ciężko. W końcu rozpoznałam falę płynących od niego emocji, wywołujących we mnie drżenie. Były po prostu… niespodziewane.
– Nie – powiedział. – Tak mi się wydawało. Uważaj na siebie, Cassiel. Mówię poważnie. Nadal trzymaliśmy się za ręce, spletliśmy palce z czystej, pierwotnej potrzeby.
– A ty… – zaczęłam, ale nie wiedziałam, co mam dalej powiedzieć. – Będę wiedziała, czy mnie potrzebujesz. – Natychmiast uświadomiłam sobie, że Luis może sobie różnie tłumaczyć moje słowa i od razu się poprawiłam. – Czy potrzebujesz mojej pomocy.
Roześmiał się, i tym razem cicho, lecz bardziej radośnie.
– Tak, z pewnością – stwierdził. – Będę utrzymywał psychiczne połączenie ratunkowe. Jaki to numer? Trzeba wykręcić 666?
Podniósł moją dłoń do góry, jakby to był najbardziej naturalny gest na świecie. Przez krótką chwilę poczułam na skórze delikatny dotyk jego warg. A potem puścił moją rękę, cofnął się o krok i ruszył do sedana Turnera, pracującego na jałowym biegu.
Oparłam się plecami o nierówną, ciepłą ścianę i oddychałam, oddychałam, oddychałam.
Potem weszłam do domu, wzięłam kask, wsiadłam na motocykl i ruszyłam do Sedony.
5.
Jako człowiek nie doświadczyłam niczego bardziej wyzwalającego od szybkiej jazdy na motocyklu o dużej mocy. Taka jazda przypomina w pewnym sensie istnienie w postaci dżinna; jest w niej pęd, moc, poczucie ledwie kontrolowanej dzikości. Połączenie wiatru na przemian bijącego i pieszczącego; Ziemi ukrytej pod warstwą powierzchni zbudowanej przez człowieka, a mimo to zachowującej własną moc, własny związek z życiem.
Jazda jest hałaśliwa i męcząca. Zanim przebyłam długą drogę międzystanową autostradą numer 40 biegnącą na zachód do Flagstaff, najadłam się tyle pyłu i kurzu, że wystarczyłoby na kilka ludzkich żywotów. Był środek nocy, prawie nic nie jechało oprócz wielkich ciężarówek, kursujących bez przerwy z towarami.
Zatrzymałam się na odpoczynek. Odczuwałam ludzkie potrzeby. Mogłam się obyć bez jedzenia, ale bez wody nie. Musiałam się jej napić i skorzystać z toalety. A te na stacji benzynowej sprawiły mi nieprzyjemną, szokującą niespodziankę. Nigdy przedtem nie zastanawiałam się nad wadami tak nieporządnie sprzątanych pomieszczeń. Nie tolerowałam brudu, dlatego zanim skorzystałam z toalety, zmarnowałam ładunek energii, aby umywalki, podłogi i porcelanowy sedes lśniły nieskazitelną czystością. Uznałam, że to o wiele mniej radykalna reakcja od prostego starcia tego budynku z powierzchni Ziemi. Przyznaję, że odczułam silną pokusę, aby tak postąpić, zwłaszcza po tym, jak sprzedawca zażądał słonej ceny za butelkę zimnej wody. Mimo to zapłaciłam bez słowa skargi. Nauczyłam się powściągliwości po naszych wcześniejszych kłopotach ze stróżami prawa. Mogłabym ich pokonać lub im umknąć, ale prościej było unikać zwracania na siebie uwagi.