Motocyklista jadący blisko mnie, po prawej stronie, nie miał szczęścia. Jego maszyna po prostu eksplodowała. Szczątki rozleciały się na wszystkie strony, tworząc przerażająco piękną kulę jak kwiat o sercu z metalu, rozkwitający zabójczymi, skręconymi płatkami. Człowiek kierujący motocyklem… po prostu przestał istnieć jako zwarta całość. Poczułam szarpnięcie, gdy wybuch rozdarł powietrze, ale nie miałam czasu, aby się temu przyglądać. Zeskoczyłam z chwiejącego się victory w chwili, gdy obok eksplodował kolejny motocykl. Upadłam płasko na ziemię: smuga gorąca przetoczyła się nade mną. Rozchodząca się szeroko fala uderzeniowa wcisnęła mnie na chwilę w pobocze, a potem minęła. Miałam odrobinę szczęścia. Victory wziął na siebie impet uderzenia. Latające kawałki metalu rozszarpały piękną konstrukcję mojego motocykla i zniszczyły go. W krytycznej chwili ochronił mnie od najgorszego ciosu, przeleciał nade mną, kilkakrotnie przekoziołkował i rozbił się w rowie po przeciwnej stronie drogi. Zwinęłam się w kłębek. Dobrze zdawałam sobie sprawę z zagrożenia, gdyż wszędzie wokół mnie kolejni motocykliści tracili panowanie nad swoimi maszynami; grube koło przemknęło centymetr od mojej twarzy, ale nie zrobiło mi żadnej krzywdy poza zostawieniem tłustych śladów na rękawie. Metal łamał się ze zgrzytem, ludzie krzyczeli, czułam woń płonącej gumy i odór poparzonych ciał.
Eksplodował kolejny zbiornik paliwa. Rozległ się głośny krzyk.
Przetoczyłam się na wolną przestrzeń. Poruszałam się szybko, wskoczyłam do rowu, w którym wylądował mój victory, tworząc smutny, poskręcany stos metalu. Postąpiłam słusznie, bo rozległy się kolejne wybuchy. W powietrzu nade mną latały na wszystkie strony kawałki metalu i ludzkie szczątki.
Ktoś jeszcze wylądował w rowie obok mnie… przywódca motocyklistów, w poszarpanej i porozdzieranej skórzanej kamizelce. Skóra lśniła od krwi, szeroko rozwarte oczy patrzyły nieprzytomnie. Nie był martwy. Nawet nie został ciężko ranny, był tylko obryzgany krwią. W przeciwieństwie do niektórych jego ludzi nadal miał wszystkie kończyny.
– Jezu – wychrypiał zadyszany, podczołgał się i oparł plecami o brzeg rowu. – Jezu! Jezu! Jezu! Co to jest, u diabła?
– To nie na was polują – powiedziałam. Spojrzał na mnie zaskoczony, niczego nie rozumiejąc. – Radziłam, żebyście zostawili mnie w spokoju.
– Niech to szlag! Kogo tak strasznie wnerwiłaś? Cholerną piechotę morską?
– Chciałabym. – Nauczyłam się tego wyrażenia od Luisa, ale sądząc z zaskoczonej miny mężczyzny, nie byłam pewna, czy zastosowałam je właściwie. – Nie ruszaj się stąd.
– Na pewno się ruszę! Tam są moi bracia! Nie wiedziałam, czy rozumie te słowa dosłownie i mówi o swoich krewnych, czy przenośnie; nawet w bardziej sprzyjających okolicznościach z trudem orientowałam się w relacjach między ludźmi.
– Nie ruszaj się! – Tym razem prawie warknęłam na niego, chwyciłam go za poszarpaną skórzaną kamizelkę i ściągnęłam w dół, gdy próbował wychylić głowę ponad poziom drogi. – To ciebie nie dotyczy!
Spojrzałam na żałosne szczątki mojej pięknej victory, westchnęłam i przygotowałam się, żeby wyskoczyć z rowu na drogę.
Motocyklista z zaskoczenia uderzył mnie błyskawicznie hakiem w bok. Zrzucił mnie w dół, na ubitą ziemię, między rzadko rosnące chwasty w chwili, gdy kolejny motocykl, zataczając się jak pijany, ześlizgnął się z drogi i rozbił dokładnie w miejscu, w którym przed I chwilą stałam. Eksplozja rozdarła go na strzępy. Huk wybuchu dotarł do mnie stłumiony, co oznaczało, że mój słuch zaczął się wyłączać, aby mnie odizolować od dramatycznych wydarzeń.
Harley poza powierzchownymi wgięciami i odpryskami nie miał żadnych poważniejszych uszkodzeń. Wpatrywałam się przez chwilę w maszynę, a potem, nie zwracając uwagi na głośne protesty motocyklisty, zepchnęłam go z siodełka. Odwróciłam się w jego stronę, sięgnęłam do paska niebieskich dżinsów i wyciągnęłam z ukrytej kabury półautomatyczny pistolet. Sprawdziłam magazynek. Był pełen, naładowany pociskami z wydrążonym wierzchołkiem. Wepchnęłam magazynek na miejsce i odbezpieczyłam pistolet.
– Zostań tam, na dole – powiedziałam miękko, lecz wyraźnie. Wsiadłam na harleya, który nie wiadomo dlaczego wciąż pracował. Drżenie silnika ogarnęło mnie ciepłą falą. Odczucie było tak intensywne, że przypominało erotyczne spełnienie. Wzięłam głęboki oddech i wycofałam harleya wzdłuż rowu, wyjechałam na górę i znów cofnęłam się o kilka metrów.
Na drodze była jatka. Leżały zmiażdżone ciała, niektóre jeszcze słabo się poruszały. Porozbijane maszyny. Krew i kości.
I nic więcej. Nie było wroga. Nie dostrzegłam twarzy mojego niedoszłego zabójcy.
Bez wsparcia Luisa trudno mi było dotrzeć do sfery eterycznej, w której zwyczajna rzeczywistość fizyczna nabierała zupełnie innego charakteru. Moje próby dotarcia do sfery eterycznej przypominały chęć latania z betonowym klocem w rękach. Udawało mi się to zaledwie na kilka sekund. Na płonące wraki motocykli, trupy i pogodny, oświetlony promieniami księżyca krajobraz nałożyłam fale i strumienie intencji, mocy i prawdy.
Większość leżących na drodze ludzi nie zyskała, gdy oświetliłam ich dusze. Zbrodnie, jakie popełnili, zniekształcały ich ciała, nadając im odrażające kształty, a spotworniałych twarzy nie można było rozpoznać. Nie zatrzymałam się zbyt długo na ich samookaleczeniu. Nad zniszczonymi motocyklami unosił się słup energii, połyskujący bladymi barwami. Odnalazłam tam coś jeszcze.
Gorącą, aż palącą obecność dwóch Strażników, gromadzących właśnie moc.
Dostrzegłam, jak coś przebija się prosto przez eter w moim kierunku. Było tak silne, że przecinało wszystko na swojej drodze. Przypominałoby promień lasera, gdyby nie upiorna czerwona barwa, nieistniejąca w rzeczywistym, fizycznym świecie.
Pośpiesznie zrobiłam barykadę z połamanych motocykli, budując stalową tarczę, która odgradzała mnie od pędzącego w moją stronę promienia. Uderzył w zaimprowizowaną osłonę i rozbił ją na drobne kawałki. Tarcza wchłonęła energię i rozproszyła ją tak, że się rozprysła na wszystkie strony i tylko stopiła oraz spaliła szczątki metalu w jedną kulę.
Otworzyłam przepustnicę pożyczonego harleya, aż zaryczał z potężną mocą. Opony wbiły się w piasek, a potem w szuter. Nagle wyleciałam w powietrze, gdy impet jazdy wyniósł mnie w górę, ponad rowem, prosto na powierzchnię drogi. Objechałam największe skupisko wraków i skierowałam motocykl prosto w miejsce, w którym wziął początek promień.
Tym razem miałam do czynienia z dorosłym Strażnikiem, lecz młodym, choć już dojrzałym mężczyzną, prawdopodobnie tylko kilka lat młodszym od Luisa. Był wystraszony, lecz zdecydowany. Gdy podjeżdżałam do niego, przygotowywał się do obrony. Nie zatrzymałam się. Przewróciłam go na plecy, a wtedy otworzyła się pod nim ziemia. Spadł kilkanaście metrów w dół. Gdy znalazł się na dnie, ściany szczeliny zamknęły się nad nim. Pogrzebały go żywcem. Przygniotły tonami ciężkiej ziemi. Zmiażdżyły go.
Umierał przez minutę, dusił się przysypany piachem, ale nie czekałam, żeby się temu przyglądać. To była wojna. Natura dżinna znów wzięła we mnie górę. Ta część mojej natury, którą niewiele obchodziło życie istot ludzkich.
Szukałam drugiego gorącego źródła mocy.
Postać w brązowym ubraniu wyskoczyła z kryjówki za niskimi skałami, oświetlona światłem płonących na drodze maszyn. Zamarłam na chwilę, ale gdy podjeżdżałam coraz bliżej, uderzyło mnie podobieństwo. Było za daleko, żebym mogła rozpoznać jej twarz, ale odkryłam znajome eteryczne odbicie jej obecności. Uczucie ciepła. Nie wiedziałam, że za nim tęsknię, dopóki nie powróciło, nie ogarnęło mnie, przynosząc ulgę.