Выбрать главу

To była Isabel. Ibby Córka Manny'ego i Angeli.

Moje dziecko, usłyszałam cichy szept.

Ibby przestała być słodką, uśmiechniętą dziewczynką, jaką zapamiętałam. Nie przypominała też tego zrozpaczonego dziecka, które patrzyło na śmierć rodziców, drżało i płakało w moich ramionach. Sprawiała wrażenie starszej, chociaż fizycznie pozostała pięcioletnią dziewczynką. Było w niej coś nienaturalnego. Patrzyła z chłodnym, dalekim wyrazem twarzy osoby dorosłej. Poruszała się sprawnie, z pewnością siebie i wyrachowaniem, chociaż się bała.

Ale wyglądała jak Isabel.

Perła. Perła ją tak zmieniła. Ogarnął mnie gniew, eliminując strach. W tym momencie mogłabym zniszczyć świat ludzi, co Perła z nim zrobiła, gdyby nie to, że oznaczałoby to także śmierć Isabel.

Puściłam przepustnicę motocykla. Ibby stała na poboczu drogi. Przyglądała mi się w napięciu. Gotowa do ataku. Gotowa do ucieczki.

Dlaczego? Dlaczego była właśnie tutaj?

Perła. Znowu. Perła potraktowała Ibby jako broń. Nie mogła z niej zrobić lepszego użytku niż wykorzystać ją przeciwko mnie.

Oh, Ibby! Nie zaatakowała mnie. Znalazła się tu jako zakładniczka lub uczennica, ale nie była jeszcze gotowa do walki z kimś takim jak ja. Była przecież jeszcze dzieckiem.

Została we mnie tylko wściekłość i rozpacz.

– Ibby – powiedziałam. Nie miałam wątpliwości, że mnie usłyszy mimo głuchego pomruku harleya. – Ibby, to ja. Cassiel.

Cóż za idiotyczne słowa. Wiedziała, kim jestem. Dostrzegłam prawdę w jej spojrzeniu, w ostrożnych ruchach i napięciu, w jej strachu. Jej strach przede mną rozdarł mi serce. Przedtem mnie lubiła, a nawet… kochała.

Postawiłam motocykl na nóżkach, zsiadłam i ruszyłam w jej stronę. Musiałam wyglądać przerażająco, brudna od dymu i krwi. Przypominałam jej zapewne ten straszny dzień, w którym straciła oboje rodziców. Nie zareagowała, tylko przymrużyła oczy. – Ibby – wyszeptałam. Podeszłam bliżej. Poruszałam się powoli. – Och, moja dziewczynko.

Prosty brązowy strój służył za kamuflaż, był to żołnierski mundur, przerobiony tak, aby pasował na dziecko. Powinien wyglądać śmieszne, jak przebranie. Ale nosiła go ze straszliwą pewnością siebie.

Ma dopiero pięć lat, uświadomiłam sobie nagle i to uderzyło mnie mocno, poczułam się tak, jakbym dostała cios pięścią. Zapragnęłam zatrzymać czas, odwrócić wszystkie krzywdy, jakie jej zadano, wziąć ją w ramiona i kołysząc, ukoić ból i strach.

Nawet gdybym tylko ja je odczuwała. – Mogę ci pomóc – powiedziałam miękko. Postąpiłam kolejny krok w jej stronę. Zobaczyłam, jak się przygotowuje do skoku. Zatrzymałam się. Rozluźniłam dłonie i opuściłam swobodnie wzdłuż ciała. Spróbowałam się uśmiechnąć. – Chcę ci pomóc, Ibby. Nie wierzysz w to?

Poczułam ciche tchnienie w sferze eterycznej, muśnięcie mocy. Ona mnie czytała. To było… niemożliwe. Isabel była małym dzieckiem. Jeszcze wiele lat powinna dojrzewać, aby dysponować taką mocą i operować nią z taką dokładnością, nawet gdyby urodziła się z tak niezwykłymi zdolnościami. Czytanie prawdy należało do mocy Ziemi, podobnie jak uzdrawianie.

Wyczułam w niej jeszcze jedną moc, delikatną i znajomą. Ogień.

Pięciolatka, a już obarczona dwoma rodzajami mocy Strażników. Mogło ją to zniszczyć, rozbić jak szkło. Albo jeszcze gorzej, zdeformować, przeobrazić w potwora nie do rozpoznania, bez nadziei na odwrócenie zmian.

W tamtej chwili znienawidziłam Perłę tak czystą i gorącą nienawiścią, z tak całkowicie bezradną pasją, że zaczęłam drżeć i zamknęłam oczy, aby ta nienawiść się ze mnie nie wylała. Proszę, pomyślałam. Proszę, pozwól mi znaleźć sposób, żeby zgładzić Perłę, zetrzeć ją z powierzchni Ziemi. Ona niszczy wszystko, czego dotyka. Ibby wybrała tę chwilę, żeby odpowiedzieć.

– Moja mamusia chce, żebym to robiła – powiedziała z przekonaniem. Otworzyłam szeroko oczy. Poczułam, jak braknie mi tchu.

– Co? – wyszeptałam. Mamusia mówi, że muszę być silniejsza – odparła Isabel. – Inaczej źli ludzie zwyciężą. Źli ludzie, którzy ją skrzywdzili, tacy jak ty. – W jej ciemnych, szeroko otwartych oczach pojawił się błysk. Coś okropnego. – Nie pozwolę ci znów skrzywdzić mojej mamusi, Cassie. Nie pozwolę.

Gdy dotarło do mnie znaczenie jej słów, omal nie przewróciłam się na ziemię. Perło, coś ty zrobiła? Nie potrafiłam ocenić, czy to pod ciężarem nadnaturalnych mocy Isabel już traciła zmysły, czy to był skutek podłych manipulacji Perły, ale uświadomiłam sobie z przerażeniem, że Isabel sądziła, iż chroni swoją zmarłą matkę. Matkę, którą uważała za żywą. Żadne dziecko nie cofnie się przed tym. A na pewno nie zrobi tego dziecko takiej wojowniczej pary jak Manny i Angela.

Rozłożyłam szeroko ręce i uklęknęłam na zakurzonej drodze. Od pustyni powiał gorący wiatr, ale ja nie odrywałam wzroku od Isabel.

– Możesz mnie zabić – powiedziałam. – Ibby, jeśli naprawdę myślisz, że mogłabym kiedyś skrzywdzić ciebie, twoją matkę lub ojca, to powinnaś mnie zabić. Ale ja bym tego nie zrobiła. I nigdy nie zrobię. – Nie mogłam ich skrzywdzić. Oboje, Manny i Angela, byli już na zawsze uwolnieni od wszelkiego bólu, jaki mogłabym im zadać.

Wciąż mnie czytała. Czułam delikatne, złote dotknięcia i wiedziałam, że pozna prawdę moich słów. Nie do końca panowałam nad strachem i usprawiedliwionym gniewem.

– Ktoś cię okłamuje – dodałam. – Ale nie ja. Proszę, zastanów się nad tym. Jeszcze przez kilka długich sekund zastanawiała się nade mną, a potem przechyliła głowę na bok i wyciągnęła w moim kierunku pulchną rączkę.

– Śpij – powiedziała. Ciemność ogarnęła mnie, uderzyła jak spadający młot. Walczyłam z nią, sięgnęłam po swoje zapasy mocy, ale gdy to zrobiłam, uświadomiłam sobie, że Ibby w ten sposób okazuje mi łaskę. Gdybym z nią walczyła, skorzystałaby z innych środków, a wtedy musiałabym zabić albo zginąć.

Lepiej przegrać. O wiele lepiej.

Zsunęłam się pod powierzchnię ciemności. Pomyślałam o Luisie, co by zrobił, gdybym nie dotrzymała obietnicy i nie wróciła.

Rozpaczałam nie nad swoją śmiercią, lecz nad jego żalem.

Kiedy się ocknęłam, leżałam na szutrze na poboczu drogi, a Isabel zniknęła. Nigdzie wokół nie było jej śladu. Wydarłam się z ludzkiej powłoki, aby poszukać jej w sferze eterycznej, ale i tam nie znalazłam żadnych tropów, nawet najlżejszego cienia jej obecności.

Objęłam ramionami obolałe żebra. Czułam pustkę i zamęt. Tak blisko, byłam tak blisko. Widziałam ją. Mogłam ją ocalić.

Albo ją zabić. Nie do końca był oczywisty wynik tego starcia.

Niewiele czasu upłynęło, może kilka chwil. Gwiazdy nadal świeciły nad głowami. Ogień wciąż płonął. Ludzie jęczeli i wołali o pomoc.

Gdzieś daleko rozległo się ciche wycie policyjnych syren. Bez wątpienia przyciągnęły je śmierć, dym i płomienie wciąż szalejące za moimi plecami. Jak mogłabym to wytłumaczyć? Poczułam przypływ frustracji i bezradności, z największym trudem wstałam.

W rowie zaryczał motocykl i wyjechał na drogę. Przywódca grupy opuścił pokonanych towarzyszy, otworzył przepustnicę i przemknął obok mnie w niewyraźnym błysku inclulu i skóry, nie zatrzymał się nawet na chwilę, żeby mnie zabić, choć bez wątpienia bardzo tego pragnął. Nie winiłabym go, gdyby podjął taką próbę. Znalazł jeszcze jeden niezniszczony motocykl. Ten, który zabrałam wcześniej, wciąż stał na nóżkach na środku drogi, kilkadziesiąt metrów ode mnie i pracował na jałowym biegu. Podeszłam do niego, wsiadłam, stanęłam na podpórkach, żeby zrównoważyć dużą masę pojazdu, a potem odpaliłam silnik. To nie była victory, harley warczał w zupełnie innym tonie, dudnił basem przy zmianie biegu. Zgubiłam kask, ale teraz to nie miało żadnego znaczenia. Musiałam zadbać o to, abym nie spędziła reszty dnia, a może życia, w pokoju przesłuchań, na udzielaniu odpowiedzi na pytania policji. Musiałam dotrzeć do Sedony. Skierowałam harleya na właściwą drogę i pozwoliłam mu frunąć, ścigałam tylne światła motocyklisty jadącego przede mną. Oboje, choć z odmiennych powodów, uciekaliśmy przed stróżami prawa.