– Cassiel – powiedziała Imara spokojnym, lekko rozbawionym tonem. – Nie miej takiej zmartwionej miny. Nie odgryzę ci głowy.
Imara była teraz bardziej pewna siebie, niż kiedy widziałyśmy się ostatnim razem. Przedtem z trudem radziła sobie z tak ogromną mocą przepływającą w tym tak ważnym miejscu. A teraz, nieoczekiwanie, wbrew ostrzeżeniom Rashida, potraktowała mnie prawie jak człowieka.
Prawie tak, jak postąpiłaby jej matka. Jak kiedyś postąpiła.
– Wyrocznio – powiedziałam. Wokół nas tłoczyli się śmiertelnicy, podążając dokądś w swoich nieważnych sprawach. Można by odnieść wrażenie, że żaden z nich nas nie zauważył, nawet mojego nagłego zniknięcia ze świata, w którym jeszcze przed chwilą tak bardzo się wyróżniałam. – Dziękuję, że zechciałaś się ze mną zobaczyć.
– Jak mogłabym cię nie zauważyć? Nie rozpływasz się w tłumie. – Jej słowa przywodziły na myśl jej matkę: uszczypliwą, z poczuciem humoru, a jednocześnie unikającą obrazy wprost. – Cieszę się, że zwracasz się do mnie. Przykro mi, że poprzednim razem nie mogłam ci pomóc, ale wtedy znalazłam się… w trudnej sytuacji. – Znów zaczęła mówić, a potem przerwała i pokręciła głową. Piasek na jej sukni przesunął się i poruszył, ukazując kryjący się pod spodem wąski pasek jasnej skóry. – Ashan jest naprawdę na ciebie zły. Nigdy jeszcze nie widziano go tak rozgniewanego.
Bezwiednie wykrzywiłam wargi.
– Zdaję sobie z tego sprawę.
– Byłam tego pewna. Nakazał wszystkim dżinnom, nad którymi sprawuje władzę, aby cię unikały. Gdybyś się do nich zwróciła, mają cię ignorować. Bardzo go zabolała utrata Gallana. Ogromnie.
Rozumiałam to, choć jednocześnie czułam odrazę. To Ashan zmusił mnie do morderstwa, a teraz nawet nie chciał mi pomóc. Na pewno, patrząc z jego perspektywy, postępował logicznie. Wciągnęłam do gry Gallana, a Perła go zniszczyła. Ashan nie mógł sobie pozwolić na podobne straty.
A co się dzieje z Davidem? – zapytałam i ośmieliłam się spojrzeć w dziwne, mieniące się oczy Ich moc była tak potężna, iż wydawało mi się, że zaglądam w sam środek stosu atomowego, w którym wszelkie barwy nikną. – Czy może mi pomóc? Zapytam inaczej, czy mi pomoże?
– Tata – powiedziała Imara i westchnęła. Odwróciła głowę, w kierunku okna, choć nie byłam pewna, co ona tam naprawdę widzi. – Mój ojciec znalazł się w kłopotliwym położeniu, podobnie jak ty. Nie wiem, czy długo wytrzyma w tym miejscu. Przewodzenie innym nie leży w jego naturze. Woli zajmować się osobami z najbliższego kręgu. Nie jestem też pewna, czy wszystkie nowe dżinny są wobec niego naprawdę lojalne. Trudno stwierdzić, którym z nich ojciec lub ty możecie do końca ufać.
– A Rashidowi? – zapytałam. – Mogę mu ufać? Imara uśmiechnęła się ponuro.
– Jest dżinnem tak jak ty kiedyś – odparła. – Bardziej niż ja kiedykolwiek byłam. Postąpi tak, jak postępują dżinny.
– Odpowiedź zatem jest przecząca.
– Odpowiedź jest taka sama dla wszystkich, nad którymi będziesz się zastanawiała. Nieograniczone zaufanie nie istnieje. W pewnym momencie wszystkie istoty obdarzone wolną wolą mogą cię zdradzić i zdradzą cię, kiedy przestaniecie dążyć do tych samych celów.
– Niezbyt mi pomogłaś. – Po chwili uświadomiłam sobie, że w moim głosie dało się słyszeć urażoną dumę. Ta dziewczynka pouczała mnie, choć byłam potęgą na Ziemi, zanim jeszcze ona jako Wyrocznia zaistniała w formie myśli. A może ta dziewczynka była wyjątkowo potężna. Obdarowana niezwykłymi mocami. Ale… mimo wszystko… – Perła ma plan. Do jego realizacji wykorzystuje dzieci Strażników. Widziałam… – Nieoczekiwanie mój głos się załamał. Zmusiłam się, żeby mówić dalej. – Po drodze do ciebie widziałam Isabel Rochę.
Ona…
– Wiem – przerwała mi łagodnie Imara. Dotknęła ręką mojej dłoni. Jej dotyk był ciepły, uspokajał. – Czuję ją. Czuję je wszystkie.
– Wszystkie dzieci?
– Wszystkich ludzi na tej planecie – odpowiedziała ze smutnym uśmiechem. – Wszystkich, którzy żyją, cierpią, cieszą się, umierają. Wybranie jednego spośród tak wielu jest prawie niemożliwe. Jeszcze mi się to nie zawsze udaje, ale poczułam to, co ty czułaś. Wiem, jak jesteś rozgniewana. Jak bardzo czujesz się winna.
Nie zasugerowała mi, że powinnam się przestać gniewać albo się nie obwiniać. Bez wątpienia, wiedziała, że gdyby nawet chciała mi to nakazać, nie miało to żadnego znaczenia.
– Przychodzisz po co innego – powiedziała Imara, a jej delikatnie ironiczny ton znów zabrzmiał echem głosu jej matki, Joannę Baldwin. – Nie chodziło ci o pocieszenie i pogaduszki, Cassiel. – Ludzkie słowa dziwnie brzmiały w ustach Wyroczni i to wydawało mi się zrozumiałe. Nie rozumiałam natomiast, dlaczego Imarę wybrano na Wyrocznię.
Poruszyłam się, próbując się skupić na celu, w jakim przybyłam do kaplicy. Promieniowała spokojem tak subtelnym i uwodzicielskim, że rozpraszała uwagę. Poczułam, że tylko tutaj mogę zapomnieć o swoich lękach, poczuciu winy i troskach.
To było złudzenie. Jeślibym odsunęła się o metr od niej, odczułabym znów to samo. Gdyby działo się inaczej, oznaczałoby to, że jest ze mną coś nie tak. Imara ofiarowywała spokój przeznaczony dla dżinnów. Nie dla mnie. Już nie dla mnie.
Rashid powiedział mi, że masz listę – zaczęłam. – Wykaz dzieci obdarzonych uśpionymi mocami, dzięki którym pewnego dnia będą mogły zostać Strażnikami.
Pokiwała powoli głową, ale na jej twarzy pojawił się wyraz zamyślenia i powątpiewania.
– Istnieje lista – potwierdziła. – Ale nie w formie, w której mogłabyś jej użyć. – Co to znaczy?
– To znaczy… – Imara przerwała, jakby szukając odpowiedniego słowa, a potem oparła się o ławkę, układając jedną rękę na drugiej. Piasek zadrżał, zaszeptał w otaczających jej postać, mieniących się jedwabistych fałdach. – Sporządzono ją na materii świata. Ja ją widzę. Nie została spisana tak, jak ty to rozumiesz.
– Możesz ją przepisać? Imara ze zdziwieniem zamrugała. Zaskoczyłam Wyrocznię. To wydawało się… niezwykłe.
– Chyba tak – odrzekła, a potem spochmurniała. – Wiąże się z tym jednak duże ryzyko.
– Ryzyko?
– Taka lista powinna być uniwersalna, zmienna. Jeśli ją sporządzę, musi pozostać odbiciem rzeczywistości. Nie jest trwała w danym punkcie czasu. Będzie się zmieniać wraz ze zmianą okoliczności. Może się też stać celem… interwencji. Rozumiesz?
– W czasie rzeczywistym – powiedziałam. – Rozumiem.
– Nie, nie rozumiesz – Imara przerwała mi i na chwilę zamknęła oczy. A kiedy znów je otworzyła, zapytała: – Znasz Księgę Przodków?
Był to kodycyl wszystkiego, co dotyczy dżinnów, przechowywany przez Wyrocznie, rzadko pokazywany w formie fizycznej. Ale powstały nielegalne kopie. Konsekwencje tego były… przykre. Prawie katastrofallic. Gdyby dzieła Wyroczni trafiły w niepowołane ręce, mogłyby stać się śmiertelnym zagrożeniem. Zrozumiałam, dokąd zmierza.
– Jeśli sporządzisz listę, będzie ona miała osobną moc.
– Pozostanie połączona bezpośrednio ze mną – powiedziała. – A przeze mnie z materią rzeczywistości. Inaczej nie mogę tego zrobić. Nie da się chwycić za pióro i spisać wszystkich nazwisk; tę planetę zamieszkują miliardy ludzi, nawet jeśli niewielu z nich rodzi się obdarzonych mocami… Lista nie jest statyczna.
– Rozumiem. – Wzięłam głęboki oddech. – Skąd Perła wie, które dzieci wybrać, jeśli nie ma tej listy?
– Perła upodobniła się do mnie – stwierdziła Imara. – Przypomina Wyrocznię, choć nią nie jest. Jest… okaleczona, ale natrafiła na źródło obcej mocy, pochodzącej nie z tego świata, lecz mimo to do niego należącej. Stała się o wiele potężniejsza od dżinnów. Ma dostęp… do różnych sił. Nie możemy jej powstrzymać. Nie możemy jej przeszkodzić, nie uciekając się do bezpośredniego starcia. Jeśli do niego dojdzie, ona może postąpić z nami tak, jak postąpiła z Gallanem. Może zniszczyć Wyrocznie.