Выбрать главу

Perła nie potrzebowała listy. Bo tak jak Imara wyczuwała dzieci, których moce zaczynały się dopiero wykształcać. Mogła uderzyć wszędzie, zawsze. Nie dało się przewidzieć jej kolejnych ruchów. Imara znów spojrzała mi w oczy. Zadrżałam.

– Ashan może mieć rację. Kto wie czy jedynym sposobem powstrzymania Perły nie jest usunięcie fundamentów jej mocy. Pozbycie się ludzi ze świata. Rozumiesz mnie? Usunąć ludzi, a świat ozdrowieje. Będziemy po nich rozpaczać. Stworzymy więcej dżinnów. Stworzymy życie, aby zastąpić to utracone, tak jak kiedyś już się stało. Jeśli jednak zgładzisz dżinny, usuniesz Wyrocznie, zaatakujesz serce, mózg i krew Ziemi. Zniszczysz ją. A to właśnie Perła chce uczynić.

Zamierza zostać morderczynią całego tego świata. Jej plan ma niewiele wspólnego ze Strażnikami. Jej chodzi o ciebie, o nią samą i Ashana. I o dżinny. O nienawiść.

Przerażał mnie nacisk, z jakim do mnie przemawiała. Imara pochodziła od ludzi. Jej matka była człowiekiem. Strażniczką. A mimo to w jej głosie zabrzmiał pozbawiony emocji żal, z jakim pogodziła się ze zniknięciem ludzkości jako gatunku.

Była bardziej niewrażliwa na ich los niż ja, mimo mojej całej domniemanej obojętności. Wciągnęłam głęboko powietrze do płuc.

– Nie pozwolę na to – powiedziałam. – Tak jak wcześniej do tego nie dopuściłam. Teraz też nie dopuszczę. Znajdę sposób, żeby ją powstrzymać.

– Tak, to z pewnością dobry pomysł – stwierdziła Imara. – Ale musisz się śpieszyć, jeśli chcesz to zrobić. Jeśli nie zaczniesz działać, Wyrocznie zostaną zmuszone do samoobrony. Sama Ziemia się przebudzi, a ludzkość tego nie przeżyje. Rozumiesz?

Groziła kataklizmem, którego wszyscy Strażnicy się obawiali od czasu, kiedy zaczęli poznawać siłę i potęgę otaczającej ich natury – celowego, przemyślanego planu, aby siłami planety zniszczyć ludzką rasę, usunąć wszelki ślad po niej. Doprowadzić do tego, aby wymarła. Jeśli ja tego nie zrobię… Wyrocznie były gotowe podjąć działanie.

Przełknęłam ślinę.

– Dasz mi tę listę? – zapytałam. – Jeśli nie mogę znaleźć Perły, muszę chociaż spróbować chronić dzieci, które porywa i w ten sposób pokrzyżować jej plany. Do tego celu potrzebuję wykazu dzieci. Musisz dać mi szansę, Imaro. Daj nam szansę. Proszę.

Uśmiechnęła się do mnie ciepło.

– Nam – powtórzyła i roześmiała się lekko. Śmiech przeobraził ją w istotę tak piękną, że musiałam zacisnąć powieki i zwalczyć w sobie drżenie ekstazy. – Och, Cass. Posłuchaj swoich słów. Jak daleko zaszłaś. – Zmieniła ton. Spoważniała. – A jak daleko musisz jeszcze zajść. Ty i ja jesteśmy w tym podobne do siebie. A ja dopiero postawiłam kilka kroków na mojej drodze.

Zgasło opromieniające ją światło. Zamilkła, spochmurniała. Spojrzała mi w oczy, a ja poczułam ogarniający mnie lęk.

– Jeśli to zrobię – powiedziała – dam ci coś, co nie było przeznaczone dla ludzkich oczu. Coś, co jest zbyt potężne nawet dla dżinna. Rozumiesz? Gdy wypuszczę tę moc z moich rąk, na Ziemi pojawi się swobodna, dzika moc. Takie rzeczy mogą zniszczyć, Cassiel. Nawet jeśli chce się ich użyć w najlepszych zamiarach.

Przełknęłam ślinę.

– To jedyny sposób, aby odnaleźć te dzieci.

– Zatem musisz wziąć na siebie całą odpowiedzialność – powiedziała. – Zachowaj ostrożność. Gdy będziesz korzystała z listy, tak jak ja możesz się stać celem ataku.

– Zatem jak powinnam jej używać?

– Lista poda ci nazwiska i lokalizacje – wyjaśniła. – Nie dotykaj powierzchni zwoju. Rób to jedynie w przypadku najwyższej konieczności. Wtedy się włączysz w bieg wydarzeń. Rozumiesz? Dotykanie słów zapisanych na liście jest niebezpieczne. Możesz stać się celem ataku.

Przytaknęłam kiwnięciem głowy.

– Przysięgnij na swoje życie, Cassiel, na swoje życie, że nikomu nie pozwolisz dotknąć listy. Zniszcz ją, zanim ktokolwiek jej dotknie.

Zaszeptał piasek, poczułam jakiś ruch. Zaskoczona, otworzyłam szeroko oczy i zauważyłam, że Imara zniknęła z ławki. Trwało to sekundę, może mniej. Oprócz kilku ziarenek czerwonawego piasku na drewnie nie było żadnych śladów jej obecności. Poza tym, że teraz stała na tle okien, na odległym krańcu kaplicy. Turyści podświadomie odsuwali się od niej, wychodząc grupkami z kaplicy. Nie bali się, nie… tylko nagle postanowili pójść inną drogą. Po krótkiej chwili w kaplicy było pusto. Pozostałyśmy w niej tylko ja i Imara, która szeroko rozłożyła ramiona.

Piasek spiralami osypywał się z jej ciała, tworząc gęstą zasłonę czerwonego dymu, zakrywając, a potem odsłaniając jasną nieskazitelną skórę. Długie, ciemne włosy powiewały w podmuchu niewidocznego wiatru. Odwróciła twarz w kierunku wschodzącego słońca. Ogarnęła ją łuna, a po chwili przeświecała przez jej skórę, zamieniając biel w złoto, w jarzący się płomień energii.

Piasek nagle wybuchnął z głośnym hukiem. Upadłam na podłogę, gdy ziarna sypnęły się w moją stronę. Przez krótką chwilę Imara stała przede mną, naga i płonąca. Wtem powoli opadła na kolana, złożyła dłonie razem, a potem je rozsunęła tak, jakby coś rozwijała.

Między jej dłońmi ukazał się zwój, ciągnąca się długa płachta czystej bieli. Po chwili dostrzegłam na niej drobne, czarne litery. Nagle z trzaskiem zwój się zamknął w lewej dłoni Imary i utworzyła się szkatuła. W Kaplicy zabrakło powietrza, zrobiło się duszno, jakby na skutek gwałtownego wydatku mocy, ale już przy następnym oddechu, wrażenie minęło.

Imara klęczała na podłodze, przyciskając zwój mocno do siebie. Dłuższą chwilę pozostawała w bezruchu. Potem zamknęła płonące oczy. Ziarenka piasku pośpieszyły z szelestem ze wszystkich kątów kaplicy, otoczyły ją wirem i znów utworzyły poruszające się fałdy jedwabiu.

Czułam się tak, jakby świat na chwilę wstrzymał oddech.

Imara wstała z kolan i stała nieruchomo. Zrozumiałam, że to ja muszę do niej podejść. Podniosłam się i ruszyłam środkiem kaplicy, aby pokonać dzielące nas kilka metrów.

Było to… o wiele trudniejsze, niż powinno. Jakbym musiała się przedrzeć przez kilka poziomów sfery eterycznej, choć przecież w obecnej postaci nie mogłabym tego uczynić. Imara trzymała zwój w obu dłoniach, a kiedy w końcu do niej dotarłam, bezwiednie opadłam na jedno kolano, zanim wyciągnęłam do niej ręce.

Ceremoniał. Był chyba nawet ważniejszy dla dżinnów niż dla ludzi.

Ciepły ciężar zwoju opadł w moje dłonie. Poczułam błysk ognia, który ledwie zdołałam wytrzymać. Przeniknęła mnie fala wewnętrznego przymusu, ale tak intensywna, że pozbawiona kształtu. Moje palce zacisnęły się konwulsyjnie na szkatule. Zadrżałam.

Imara puściła zwój. Usłyszałam, jak wzdycha głęboko i nierówno. Podniosłam wzrok w górę i zobaczyłam, że patrzy na mnie zamglonymi, prawie ludzkimi oczami.

Dotknęła mojej twarzy palcami, pogładziła na pożegnanie i nagle… rozsypała się w wirujący słup pyłu. Zniknęła. Zostałam w kaplicy sama.

Klęczałam na jednym kolanie, ściskałam zwój w drżących dłoniach. W końcu wstałam. Otworzyłam szkatułę i rozwinęłam kawałek zwoju, zobaczyłam gęsto zapisane linijki nazwisk i adresów. Dotknęłam jednego. Zapłonęło i natychmiast zrozumiałam, jak odnaleźć to dziecko. Nie musiałam myśleć o poszukiwaniach. Dziecko po prostu tam było. Kiedy odsunęłam palec, blask zniknął i zapomniałam wszystko, czego się dowiedziałam.

Wyrocznia mnie ostrzegała, ale rzeczywistość oszałamiała. Zwój był nie tylko listą, ale też łącznikiem z poziomem rzeczywistości, do którego nie miałam dostępu nawet wtedy, gdy byłam dżinnem. Skrót do świata Wyroczni.