Выбрать главу

Zastanawiałam się bardzo poważnie, czy uczyniłam coś dobrego, czy wprowadziłam do świata nowy i wyjątkowo niebezpieczny element, który zagraża równowadze świata.

Odwróciłam się, żeby wyjść z kaplicy. Przy tylnej ścianie stał szczupły ksiądz, schludnie ubrany, miał czarną marynarkę, spodnie i koloratkę.

Patrzył na mnie tak, jakbym była bezbożnicą.

Prawdę mówiąc, niewykluczone, że byłam. – Dziękuję – powiedziałam, przechodząc obok niego. – To błogosławione miejsce. Nic nie odpowiedział, ale odniosłam wrażenie, że uznał, iż beze mnie będzie ono bardziej błogosławione.

6.

Imara nie zwróciła na to szczególnej uwagi, ale nie miałam żadnych wątpliwości, że zwój, który otrzymałam, nie tylko był najlepszym zbiorem danych wywiadowczych, ale w niepowołanych rękach mógł stać się ogromnym zagrożeniem. Powierzyła mi skarb o wiele cenniejszy niż wszelkie bogactwa ludzkości.

Nie byłam pewna, czy sama potrafię go ochronić.

Gdy pędziłam autostradą na harleyu, wykorzystywałam stale strumień mocy, który miał mnie osłonić przed ciekawskimi oczami. Nie wystarczyłby, aby oszukać dżinna, ale mógł mnie ukryć przed zwykłymi szpiegami, ludźmi, których Perła wybrała do swojej służby. Nie miałam pewności co do przeszkolonych przez nią dzieci-Strażników. Ich moce wydawały się znacznie zwielokrotnione. Było więc całkiem prawdopodobne, że zdołałyby mnie wyśledzić bez względu na zastosowane środki osłaniające.

Niewykluczone również, że musiałabym użyć przeciw nim metod… ekstremalnych. Nie myślałam z przyjemnością o takiej perspektywie.

Z Sedony pojechałam inną trasą. Wracałam bocznymi drogami, opuszczonymi, samotnymi nitkami asfaltu, mijając tylko jaszczurki i kojoty. Nie miałam ochoty nawet przypadkiem narażać się stróżom prawa; wypadki ostatniej nocy nauczyły mnie, jak cenna jest anonimowość. Ranek wstał pogodny. W południe na bezchmurnym niebie wisiała tylko paląca, pomarańczowa kula słońca. Wdychałam zapach jałowej ziemi, napawając się wolnością pustej przestrzeni.

Wtedy zadzwonił mój telefon komórkowy, najpierw poczułam jego wibracje. Ukryłam go pod kamizelką na piersi. Chciałam mieć pewność, że go usłyszę mimo ryku silnika.

Zahamowałam na poboczu drogi, zatrzymałam się gwałtownie, z poślizgiem na szutrze i wyłączyłam silnik. Gdy umilkł, ciszę upalnego dnia wypełniły krzyki ptaków i bzyczenie owadów. Prawie słyszałam, jak ziemia upaja się słońcem.

Otworzyłam klapkę komórki i przyłożyłam aparat do ucha.

– Tak? – spytałam.

– Spróbuj kiedyś zacząć od powitania – powiedział Luis. – To by cię nie zabiło.

– Może – odparłam. – Staram się zmniejszać poziom zagrożenia. Westchnął.

– Masz?

– Tak – powiedziałam. – A dziewczynka? – Jesteś mi potrzebna. Nie wygląda to zbyt dobrze. – Przerwał na chwilę, a potem zapytał ostrożnie: – Wszystko w porządku? Masz jakieś kłopoty?

Z ukłuciem żalu przypomniałam sobie o śmierci i zniszczeniu, jakie wczoraj zostawiłam za sobą. O rozbitym victory, chociaż pomyślałam, że nie powinnam przyrównywać utraty motocykla do śmierci ludzi. Ale to był bardzo porządny motocykl.

– Niewielkie – odparłam.

– Jak małe?

– Teraz mam harleya. Wyglądało na to, że Luis bardzo dobrze mnie znał.

– Święci pańscy! – zawołał. – Co się stało?

– Wiele rzeczy – odpowiedziałam. – Ale ja żyję.

– Nie mogę pozwolić, abyś sama wyruszała w drogę. Uśmiechnęłam się, choć może trochę gorzko, na ten dowód nadopiekuńczości.

– Gdybyś był ze mną, mógłbyś już nie żyć.

– Chica, zakładasz, że byłbym kompletnie bezradny. Sprawdź swój program. Nie jestem bezradną damulką. Zastanowiłam się przez chwilę nad jego słowami.

– Następnym razem pozwolę ci toczyć za mnie bitwy. – Wtedy nagle z przerażeniem przypomniałam sobie pyzatą buzię Isabel i jej nienaturalne spojrzenie. – Luis?

– Tak, wciąż tu jestem – odrzekł. – Słucham? Nie chciałam mu powiedzieć wszystkiego, ale jakoś udało mi się znaleźć odpowiednie słowa.

– Widziałam Isabel – oznajmiłam. – Była tu, z jednym z agentów Perły, który mnie zaatakował.

Przez długą, lodowatą chwilę Luis nic nie mówił. Kiedy wreszcie się odezwał, jego głos był cichy i niezwykle napięty.

– Powiedz, że nie zaatakowałaś jej w odpowiedzi na atak.

– Nie – odparłam. – Nie skrzywdziłam jej, ale…

– O Boże! Ale co? Co? Teraz ja zamilkłam, szukając znowu odpowiednich słów.

– Perła ją wykorzystuje – powiedziałam w końcu. – Isabel jest za młoda. To ją okaleczy bez względu na to, co zrobię. Nie chcę tego, Luisie. Proszę, uwierz mi. Pragnę oszczędzić jej bólu, ale nie jestem pewna, czy mi się to uda. Czy komukolwiek to się uda.

– Cholera! – Luis splunął, a potem popłynął strumień hiszpańskich przekleństw, płynny ogień w słowach. – Widziałaś ją? I pozwoliłaś jej odejść? Co ci się, u diabła, stało?

– Nie miałam wyboru – tłumaczyłam się. – Przepraszam. – Trudno mi było się nie bronić. I trudno też nie mieć poczucia winy. – Nie skrzywdziłam jej.

Milczał tak długo, że nie byłam pewna, czy po prostu nie przerwał połączenia.

– Czy dostałaś to, po co tam pojechałaś? – zapytał nagle wprost.

– Tak.

– To migiem zbieraj się do nas, słyszysz? Migiem! Kopnięciem przywróciłam harleya do życia. Rozległ się głuchy warkot.

– Już jadę – powiedziałam, przerwałam połączenie, wsunęłam telefon z powrotem za kamizelkę na piersi. Tym razem, gdy otworzyłam przepustnicę, wsparłam ją ładunkami mocy, zmuszając maszynę do największego wysiłku.

Gdy dotarłam do Albuquerque, motocykl był wykończony prawie tak jak ja. Zwolniłam, ponieważ nawet w osłonie z mocy, którą zachowałam, zwyczajna jazda w ruchu miejskim wymagała ostrożności także i wtedy, gdy już przestałam się obawiać, że policja zwróci na mnie uwagę.

Wyciągnęłam telefon, wystukałam numer jedną ręką.

– Przyjechałam. Gdzie jesteś?! – krzyknęłam.

– Chryste? Czym ty teraz jeździsz? Czołgiem? Przyjedź do domu. Dom nie był bezpieczny, ale Luis dobrze o tym wiedział. Może oczekiwał z nadzieją na następny atak. Wyczułam, że jest wściekły, a więc nie było to takie nieprawdopodobne.

– Ruszam – odpowiedziałam i wyłączyłam telefon. Kierowanie ciężkim motocyklem w nocnym ruchu było dość proste, bo drogę oświetlała łuna sodowożółtych i krzemowobiałych latarni. Dotarłam na cichą uliczkę, przy której stał dom Manny'ego i Angeli, a obecnie Luisa. Wyłączyłam silnik i dotoczyłam się do chodnika. Zsiadłam z motocykla i byłam już w połowie drogi do domu ze zwojem w ręku, zanim nóżki maszyny dotknęły betonu.

Luis natychmiast otworzył drzwi. Obrzucił mnie szybkim spojrzeniem od stóp do głów. Zrobiło mi się ciepło na sercu, gdy w jego oczach mignął wyraz zatroskania. Kiwnął mi głową na powitanie i stanął z boku, żeby mnie wpuścić do środka. Zamknął drzwi za moimi plecami.

Na zniszczonej wygodnej kanapie siedział agent Ben Turner. Był chyba bardzo zmęczony. Trzymał w ręku kubek z parującym płynem, który sądząc z rozchodzącego się po pokoju zapachu, musiał być kawą. Podobnie Luis miał kubek stojący na stoliku, a trzeci kubek już nalano dla mnie. Wzięłam go i usiadłam na przeciwnym końcu kanapy i z wdzięcznością upiłam łyk. Kofeina pomogła mi stłumić fizyczne potrzeby, choć nie zaspokoiła żadnej z potrzeb, ukrytego w ludzkim ciele osłabłego dżinna.