Выбрать главу

– Wspomniałaś, że widziałaś Ibby – zaczął Luis, wbijając we mnie uważne spojrzenie ciemnych oczu. – Co się stało? Opowiedz o wszystkim.

Zerknęłam na agenta Turnera.

– O wszystkim? Turner westchnął.

– Niczego nie ukrywaj ze względu na mnie. Tkwię w tym łajnie po uszy, to pewne jak śmierć i podatki.

– Możesz odmówić płacenia podatków – skwitowałam. – A śmierć rzadko pyta o zdanie. Luis żachnął się ze zniecierpliwieniem. Podniosłam rękę, żeby go powstrzymać.

– Wiem – powiedziałam. – Zaraz wszystko ci opowiem. – Nie przyniosło to ulgi żadnemu z nas, ale niczego nie zataiłam. Turner zakrztusił się kawą, gdy usłyszał o jatce wśród motocyklistów, ale nie odezwał się ani słowem.

Luis poruszył tę sprawę.

– Będziesz miał problemy? – zapytał.

– Chodzi ci o to, czy będę musiał coś z tym zrobić? Nie – odparł Turner. – To sprawa lokalna, nie federalna. Dopóki federalni jej nie przejmą, jestem tylko… zainteresowanym widzem.

– Nawet jeśli to działanie przestępcze?

– Na czym polega to przestępstwo? Na tym, że ktoś wyszedł z opresji żywy po zaatakowaniu przez uzbrojony gang? – Pokręcił przecząco głową. – Nie moja sprawa. Mnie to nie dotyczy.

Ja też niezbyt się tym zmartwiłam, ale Luis musiał się przejmować, skoro po słowach Turnera rozluźnił się, usiadł wygodnie w fotelu z wytartą tapicerką i spokojnie zaczął popijać kawę.

– Ale nic jej nie jest? – zwrócił się do mnie. – Ibby? Fizycznie? – Szukał cienia nadziei, którego mógłby się trzymać. Chętnie mu go wskazałam.

– Wyglądała zdrowo – odpowiedziałam. – Nie była ranna. Uświadomiłam sobie, że nie mogę mu powtórzyć słów Ibby o matce. To niepotrzebnie by go zraniło; bo w tej chwili nic nie mógł poradzić. Nie mógł zmniejszyć ani udręki Ibby, ani własnej. Postanowiłam dłużej ponieść za niego ten ciężar.

– Powiedziałaś, że dostałaś to, po co tam pojechałaś – podjął Turner, odstawił kubek z kawą na stoliku, pochylił się do przodu, wbijając łokcie w pogniecione spodnie na kolanach. – Listę?

– Dostałam. – Nie poruszyłam się jednak, żeby mu ją pokazać. Najpierw szybko złączyłam się z ciepłą, spokojną istotą wewnętrzną Luisa i uniosłam w sferę eteryczną. Tam zaczęłam się przyglądać Turnerowi.

Nie miałam powodu, żeby mu nie ufać. Przeciwnie. Ale zapamiętałam słowa Wyroczni, że nikomu nie mogę ufać do końca.

Na niewyraźne kontury kształtu fizycznego nakładały się linie eteryczne, napędzane podświadomymi pragnieniami oraz potrzebami serca i umysłu. Czasem ludzie mieli kształty eteryczne zupełnie inne od fizycznych. Niekiedy okaleczone i spotworniałe tak, jak niektórzy z motocyklistów, którzy zginęli na drodze.

Istota duchowa agenta Turnera była… zwyczajna. Sprawiała wrażenie identycznej z fizyczną. Może był nieco wyższy i szerszy, potężniejszy duchem niż ciałem. Jak większość Strażników, promieniował falami energii, chociaż były one słabe w porównaniu z bogatym, lśniącym promieniowaniem istoty Luisa.

Przyglądałam się uważnie. Czasem w sferze eterycznej można było wykryć kłamstwa, przekręty i lęki. Ale nic nie zauważyłam.

Agent Turner sprawiał wrażenie zwyczajnie… zmęczonego.

Powróciłam do mojej cielesnej powłoki i skinęłam głową Luisowi. Sięgnęłam do wewnętrznej kieszeni ciężkiej skórzanej kurtki i wyjęłam ciepłą ciężką szkatułę ze zwojem.

– To jest to? – Turner pochylił się jeszcze bardziej, prawie przyciskając klatkę piersiową do kolan. – To lista wszystkich dzieci z mocami Strażników?

– Tak – potwierdziłam. – Na całym świecie. Bez przerwy aktualizowana. – Wyciągnął rękę, by wziąć zwój ode mnie. – Nie. Nikt nie może go dotknąć oprócz mnie.

Spochmurniał i przez chwilę pomyślałam, że każe mi, abym mu go oddała. On jednak tylko wzruszył ramionami i rozparł się wygodnie w fotelu.

– Znajdź dziecko, którego właśnie szukamy. To ostatnia zaginiona – powiedział. – Gloria Jensen. Rozwijałam zwój, dopóki nie znalazłam litery J. Były dwie Glorie Jensen.

– Kalifornia? – zapytałam. Turner pokręcił przecząco głową. – New Jersey? Na jego twarzy pojawił się wyraz rozczarowania.

– Tylko tyle masz?

– Tak – przytaknęłam i puściłam zwój tak, że się zwinął. – Dwie o tym nazwisku; jedna w Kalifornii, a druga w New Jersey.

– Tę dziewczynkę porwano stąd, z Nowego Meksyku.

– Chwileczkę – wtrącił się Luis. – Czy lista pokazuje miejsce, z którego dzieci pochodzą, czy miejsce, w którym przebywają? Postawił znakomite, zaskakujące pytanie. Imara mi tego nie wyjaśniła. Nie wiem.

– To do czego ta lista służy, do cholery? – warknął Turner.

Istniał sposób, dzięki któremu mogłabym się co do tego upewnić, ale Imara mnie ostrzegła i to bardzo wyraźnie, że mogę się odsłonić i stać się celem ataku. Tak naprawdę nie było żadnego wyboru, jeśli lista miała się nam na coś przydać. Wzięłam głęboki oddech, otworzyłam zwój, przesunęłam czubkiem palca po nazwisku pierwszej Glorii Jensen.

Była w szkolnej sali gimnastycznej. Miała na sobie strój gimnastyczny, krzyczała, gdy piłka przelatywała przez obręcz kosza; widziałam ją wyraźnie, słyszałam echo jej młodzieńczego entuzjazmu i radości.

– To nie ona – powiedziałam. – To nie New Jersey. Przesunęłam palcem po drugim nazwisku. Ciemność. Lęk. Ból.

Gwałtownie wciągnęłam powietrze i cofnęłam palec, bezwiednie podnosząc go do ust, jakbym się oparzyła. Serce zaczęło mi bić. Poczułam gwałtowny impuls, żeby odrzucić zwój i więcej tego nie czuć.

– Cass? – Luis położył ręce na moich ramionach, mocne i uspokajające. – Wszystko w porządku? Skinęłam twierdząco głową, wciąż oddychałam za szybko, ale jeszcze raz rozwinęłam zwój. Ciemność. Lęk. Ból. Samotność. Dudnienie silnika, ciągłe podskoki, drżenie. Zapach rdzy i benzyny.

– Jest w samochodzie – oznajmiłam. – W bagażniku. Samochód znajduje się w Kalifornii. To ta, którą porwano.

– Gdzie?! – krzyknął Turner ostrym, pełnym napięcia głosem. – Potrzebuję dokładnych szczegółów, do cholery!

– Wiem – wyszeptałam i gestem pokazałam, że chcę pisać. Luis zniknął na chwilę i wkrótce wrócił. Wcisnął mi w prawą rękę pióro. Palcem wskazującym lewej dłoni utrzymywałam nadal kontakt z Glorią Jensen. Notowałam wszystkie informacje, które docierały do mojej świadomości, choć nie rozumiałam, ani skąd tam się wzięły, ani skąd pochodzą. Było to szaleńcze, nie do opanowania uczucie wywołane przez strumień danych. Miałam wrażenie, jakbym chwyciła za ogon tornado, ogarnęło mnie coś, nad czym nie potrafiłam zapanować. Nade wszystko pragnęłam stamtąd uciec, ale zmusiłam się do zachowania koncentracji. Utrzymać kontakt. Pióro skrzypiało, poruszało się bez mojego świadomego udziału, a potem się zatrzymało i wysunęło się z mojej dłoni, a wtedy palec odskoczył od zwoju. Nie potrafiłam się zmusić do zachowania kontaktu z dzieckiem, choćby jeszcze przez chwilę. – Nie mogę jej pomóc – usłyszałam, jak mówię bez udziału własnej woli. – Mogę tylko czuć. Tylko czuć. – Palce paliły mnie, jakbym je poparzyła, ale to było tylko wrażenie, tak właśnie moje nerwy interpretowały psychiczny ból, jaki sama sobie zadałam. W głębi ducha słyszałam krzyk przerażenia. Czy coś takiego czuła Wyrocznia? Imara powiedziała, że czuje ich wszystkich… ich radość, ból, lęk. To samo razy miliard. Razy sześć miliardów.

A ja nie potrafiłam znieść podobnych uczuć tylko jednego dziecka. Poznałam, czym zajmuje się Wyrocznia. I choć trwało to tylko chwilę, uświadomiłam sobie, ile trudu ją ta praca kosztuje i jakiej wymaga odpowiedzialności. Do tego jest niezbędna siła charakteru.