Luis wysunął kartkę spod mojej drżącej dłoni i przeczytał. Turner wstał i spojrzał mu przez ramię.
– La Jolla – przeczytał Luis. – To lista przecznic. Daje nam wyraźne wskazówki.
Możesz mi podać markę samochodu? – zapytał Turner, sięgając po komórkę. Pokręciłam przecząco głową. – Ale ma bagażnik. – Duży?
– Mały – odpowiedziałam. Dziewczynka leżała skulona i przerażona, walczyła o każdy oddech. Było jej gorąco, spociła się i jęczała z bólu. – Ma złamaną rękę.
– Chryste! – powiedział Luis. – Wezwij Rashida. Może będzie mógł…
– Co będzie mógł? – Rashid stanął bez ostrzeżenia za nami, przykucnął przy ścianie. W sztucznym świetle jego skóra straciła dymny odcień, a nabrała koloru indygo. Wyglądał nienaturalnie, ale bardzo pięknie. Pod powierzchnią skóry połyskiwało srebro, poświata przypominała blask księżyca. – Pomóc ci? Mógłbym. A co dasz mi w zamian?
Turner wzdrygnął się, ale trzeba mu przyznać, że się nie cofnął.
– To zależy. Czego chcesz?
Rashid rozchylił wargi w prawdziwym uśmiechu.
– Za uratowanie dziecka Strażnika od jej dręczyciela? Czy za przyniesienie wam dręczyciela całego i zdrowego?
– Jedno i drugie! – zawołali Turner i Luis jednocześnie. Nic nie odpowiedziałam. Przyglądałam się uważnie Rashidowi. Obaj mężczyźni wymienili spojrzenia, a Turner mówił dalej. – Twoja pomoc nie będzie nic warta, jeśli się nie pośpieszysz. Za dziesięć minut dotrą tam gliniarze.
– Ale możecie oszczędzić dziecku dziesięciu minut bólu i strachu – stwierdził Rashid z jakąś straszliwą satysfakcją. – W tym czasie może się tak wiele wydarzyć, prawda? Niedawno okaleczyłem człowieka w niecałą sekundę. Wyobraźcie sobie, co on mógłby zrobić, gdyby miał tak dużo czasu i tak wiele możliwości. Zwłaszcza gdyby go ostrzeżono, że nadchodzicie.
Czas zwolnił, czołgał się jak po lodzie. Czułam każde wolne uderzenie serca. Całą uwagę skupiłam tylko na nim. Na tym dżinnie, który ośmielił się mówić takie rzeczy.
Ty też byś tak postąpiła, kiedyś, usłyszałam szept w głębi ducha. W każdym razie mogłabyś tak postąpić. Ich ból, ich płacz, ich strata, przez tysiące lat nic dla ciebie nie znaczyły… A teraz wiesz, co czują.
Tak. Ale stworzono mnie dżinnem, nie pochodziłam z ludzkiej rasy tak jak Rashid. Rashid powinien wiedzieć lepiej. Nie mogłam do tego dopuścić.
– Jeśli zrobisz to – wyszeptałam – nad czym się teraz zastanawiasz, rozerwę cię na strzępy. Przysięgam. Spojrzał na mnie z kpiącym uśmieszkiem, nieporuszony.
– Jak to ludzie mówią? Ty… a gdzie twoja armia? – Przytoczył to wyrażenie nie jak gość nieznający języka, ale jak ktoś z obcej planety. Tak właśnie było: nie znał ludzi i kompletnie go nie interesowali. Dlatego miało to znaczenie dla przebiegu naszej rozmowy.
– A co ze mną? – zapytał Luis wprost. – Co ze Strażnikami? Ze wszystkimi cholernymi Strażnikami na Ziemi? Chcesz iść z nami na wojnę, Rashid, to zacznijmy od razu! Wykręcisz taki numer, to sam David ci nie pomoże. Nikt palcem nie kiwnie. Będziesz tylko ty i my. Jak teraz ocenisz swoje szanse?
Nie podobała mu się taka perspektywa. Zauważyłam, że się nie boi, tylko jest ostrożny. Nie był do końca pewny, czy David, który został przywódcą nowych dżinnów, za takie postępowanie nie zwróci się przeciw niemu.
Ja byłam pewna. Znałam dostatecznie dobrze Davida, żeby wiedzieć, że taki postępek Rashida nie pozostanie bez kary. Nie miało znaczenia, co Rashid przejął od dżinnów. Nie mógł mieć wątpliwości, że gdyby dopuścił się czegoś takiego, Strażnicy zaczęliby na niego polować. Potrafiłam sobie wyobrazić furię Lewisa Orwella. Albo Joannę. Rashid nie miał dużych szans. Kiedy to sobie uświadomił, wzruszył ramionami.
– To tylko pomysł – stwierdził. – Czysto teoretyczny. Chcecie, żebym uratował dziecko i powstrzymał zbrodniarza? Mogę to zrobić, ale nie za darmo. Wybierajcie, co chcecie.
– Zaczekaj – powiedziałam. – A skąd możemy wiedzieć, czy porywacz dziewczynki nie jest wysłannikiem Perły? Jeśli podejmiemy interwencję natychmiast, możemy stracić szansę na ustalenie celu jego podróży.
Luis patrzył na mnie oszołomiony.
– Chcesz użyć dziecka jako przynęty? Jezu, Cassiel! Jesteś równie podła, jak on. To zabolało.
– Nie – odparłam. – Po prostu stawiam pytanie. – Jak Rashid, pomyślałam, ale nie powiedziałam tego głośno. – To może być nasza jedyna szansa na znalezienie Ibby oraz innych dzieci. Nie musielibyśmy czekać na kolejne porwanie.
– Jesteś pewna, że nie możesz znaleźć Ibby lub innych za pośrednictwem listy? – chciał wiedzieć Luis. – Próbowałaś? Spojrzałam na zwój i znów poczułam ten niemal zwierzęcy strach. Dotknięcie zwoju uczyniło w moim wnętrzu jakąś wyrwę, którą chciałam jak najszybciej naprawić. Czułam się bezbronna, a tacy jak ja nienawidzą czuć się w podobny sposób.
Luis musiał dostrzec moje zaniepokojenie, a może wyczuł je przez łączące nas więzi. Jego twarz złagodniała, pochylił się w moją stronę.
– Pozwól mi spróbować – powiedział cicho. Pokręciłam przecząco głową.
– Nie, nikomu poza mną nie wolno dotknąć zwoju, a zwłaszcza nie może tego zrobić człowiek. Nie wiem, jakie poniósłby konsekwencje. Nie wolno nam ryzykować.
– Ale musimy się dowiedzieć. Jeśli w ten sposób uda nam się ją znaleźć, powinniśmy spróbować. Natychmiast – Luis mówił niepewnie, przepraszająco, ale miał rację. Musieliśmy wiedzieć. Jeśli mogłam zakończyć tę sprawę, to bez względu na ból, nie wolno mi się było uchylać od podjęcia działania.
Rozwinęłam zwój, żeby znaleźć Isabel Rochę.
Obok jej nazwiska nie było adresu. Już to samo w sobie wydawało mi się dziwne. Wyczuwałam, że coś jest nie w porządku. Dodatkowo zaniepokoiło mnie naprzemienne pulsowanie i zanikanie liter składających się na jej imię i nazwisko. Jakby coś usiłowało je bezskutecznie zatrzeć. Do chwili, gdy dotknęłam jej imienia czubkiem palca. Łuna zapłonęła, lecz nie dotarły do mnie, tak jak przedtem wiadomości o miejscu pobytu dziecka, przerażenie i strach. Po dotknięciu imienia Ibby poczułam tylko żarłoczną, wygłodniałą ciemność. Zawyła w moim wnętrzu jak wicher.
Pułapka. Imara mnie ostrzegała. Jeśli dotkniesz słów zapisanych na liście, możesz stać się celem ataku. Powiedziała mi, że Perła stała się kimś w rodzaju najwyższej władzy, Wyroczni, kimś, kto ma moc bezpośredniego dotykania biegu czasu, przestrzeni i rzeczywistości. I ma moc zakłócania tego biegu. Głośno wciągnęłam powietrze do płuc. Usiłowałam oderwać rękę od zwoju, ale ciemność runęła na mnie, lizała nerwy, żyły, mięśnie. Zobaczyłam, jak czernieje mi paznokieć, a potem na palcu pojawiają się linie w kolorze indygo. Szybkie jak oddech ogarnęły moją lewą dłoń, tworząc ciemnogranatowe ażurowe wzory, przynoszące ze sobą lodowate, śmiertelne odrętwienie.
Perła wlała swe szaleństwo, potęgę i zapiekłe pragnienie zemsty w czarną truciznę, którą sporządziła, dla mnie. Imara o tym wiedziała. Znała ryzyko, a mimo to pozwoliła mi je podjąć. Próbowała tylko mnie ostrzec, że może być niebezpieczne.
Zacisnęłam zęby i skupiłam się, usiłując zablokować atak Perły. Wyczuwałam jej mroczną radość, jej triumf! To działo się szybko, przerażająco szybko. Wszystkie inne bodźce docierały do mnie jakby z dużej odległości. Luis jęknął ze zgrozą i szybko ruszył w moim kierunku, gdy się zorientował, że dzieje się coś złego. Za późno. Już nie mógł mi pomóc.
Wtem moja dłoń została odepchnięta od zwoju. Papier upadł na podłogę i potoczył się, zwijając się i zamykając w ciasnej ochronnej szkatule, która wyglądała jak wypolerowana kość. Gładka i delikatnie połyskująca. Turner zawahał się, a potem sięgnął po nią.