– Nie! – krzyknęłam. – Nie dotykaj!
Znów się zawahał, a po chwili wycofał rękę, pozostawiając zwój na podłodze w miejscu, w którym upadł.
Wpatrywałam się w bezwładną lewą dłoń. Leżała na moich kolanach poczerniała i drętwa. Martwa.
– Mądre – szepnął Luis. Lekko mnie popchnął, a potem uklęknął przede mną. Ujął moją okaleczoną dłoń w obie ręce. Zobaczyłam błysk wychodzącej z niego mocy, szukającej wejścia. Poczułam zwodnicze migotanie ciepła w tkankach.
Coś z nim walczyło. To był gwałtowny atak przeprowadzony z wnętrza mojej dłoni. Zadano Luisowi cios. Oderwał się ode mnie, dysząc ciężko. Spojrzał na mnie przerażony, ogarnięty grozą.
– Nie mogę – wybełkotał. – Nie mogę tego powstrzymać. Nawet nie mogę tego dotknąć. Musisz coś zrobić. I to szybko, Cass.
– Nie mogę. – Mój głos brzmiał równo i spokojnie, jakże nienaturalnie. – Dostała się do mojego wnętrza. Dłużej nie dam rady zatrzymać jej w ręce. Moja moc pochodzi od ciebie. Jeśli ty nie umiesz jej powstrzymać, to ja tym bardziej. Ta bitwa już została przegrana.
Chciałam, aby zrozumiał, że zbliża się moja śmierć. Nic już nie można było zrobić. Żadna magia nie mogła mi pomóc. Turner patrzył wstrząśnięty i zdezorientowany. Nie mogłam liczyć na jego pomoc. Była niemożliwa. Spojrzałam na Rashida.
Uśmiechnął się do mnie. Nadal siedział w kucki w kącie pokoju.
– Nic za darmo, mój balansujący na krawędzi aniele. To cię będzie kosztować.
– Czego chcesz? – zapytałam. Zaschło mi w ustach. Moja skóra napięła się i zwilgotniała. Bałam się, ale wiedziałam, że okazanie rozpaczy może być niebezpieczne.
– Naprawdę masz tyle czasu, żeby się targować? – Zadarł głowę do góry i wpatrywał się we mnie nieludzkimi, bezdusznymi oczami. – Moim zdaniem twój czas się skończył. Mogę ten proces zatrzymać. Powiedz, że się zgadzasz.
– Na co?
Jego uśmiech stał się brutalny.
– Na wszystko, co tylko zechcę, oczywiście. – Jego ton zdradzał wszelkie możliwe lubieżne aluzje, ale oczy… zerkały w stronę promieniującego mocą zwoju. Bezpośredni kontakt z Wyroczniami. A może z samą Ziemią. Niezmierzona potęga, zwłaszcza w posiadaniu dżinna.
Obiecałam Imarze, że nigdy nie wypuszczę zwoju z rąk.
Westchnęłam ciężko i zadrżałam.
– Nie – powiedziałam. Nie miałam ochoty podejmować tego konkretnego ryzyka. Nawet za cenę mojego życia. Rashid był dziki i nieobliczalny Lista w jego rękach mogła równie dobrze przynieść niezmierzone zło, jak i ogromne dobro.
Poczułam, jak bariera, którą zbudowałam, aby odgrodzić moją zatrutą rękę, pęka niczym tama pod naporem czarnego przypływu. Coraz większa ciemność rozlewała się po mojej ręce i zaczynała się rozszerzać.
– Tak – zawołał Luis. – Do cholery, zrób to, Rashid! Zrób to! Ratuj ją! Rashid uniósł pytająco brwi i nie odrywał ode mnie wzroku.
– Ona musi to powiedzieć – stwierdził. – Nikt inny nie może jej w tym zastąpić. No i jak, Cassiel? Umowa stoi? Oblizałam wargi. Czułam, jak ciemność zaczyna się burzyć pod moją skórą, bulgocząc jak jakiś lepki kwas. Nie bolało, jeszcze nie, ale tylko dlatego, że trucizna po drodze zniszczyła już nerwy. Kiedy jednak w końcu dotrze do ośrodków mocy, czeka mnie męka nie do opisania. Wtedy mnie pożre i całkowicie zniszczy moją duszę, usuwając mnie ze świata.
Gdzieś, w głębi mnie, poruszyła się tamta Cassiel. Lodowato zimny rdzeń mnie – moja nieludzka istota, która przyglądała się płonącym gwiazdom, widziała śmierć miliardów, była świadkiem okrucieństwa i cudów z tym samym całkowitym brakiem zainteresowania.
Tamta Cassiel wiedziała, co zrobić, gdy zwykły człowiek zawiódł. Poczułam jej chłód w moim sercu, zaczęłam myśleć tak jasno jak ona. Miałam wybór. Ale moje ludzkie ja nie potrafiło go dokonać.
Tylko dżinn mógł to zrobić.
– Nie – powtórzyłam, bardzo dobitnie. – Nie przyjmuję twojej propozycji, Rashidzie. Nie, nie za taką cenę. Podeszłam kilka kroków do małego stolika, na którym stała rzeźba z brązu przedstawiająca dwie złożone do modlitwy dłonie. Należała do Angeli, była to pamiątka droga dla niej przez całe życie. Wzięłam rzeźbę do ręki i usłyszałam szept modlitw Angeli i jej próśb, które spłynęły w ten metal. Jej historię.
Pomóż mi, dodaj mi sił, wyszeptała ludzka część mojej osoby. Pomóż mi postąpić właściwie. Pomóż mi pokonać strach.
Dżinn we mnie w ogóle nie odczuwał strachu, tylko zimną, pozbawioną uczuć konieczność działania.
Zwiększyłam ładunek mocy i przeobraziłam metal. Stopił się w mojej prawej dłoni w lśniącą kałużę, która po chwili się wydłużyła i stwardniała.
Uformowała w topór o długim ostrzu.
Zanim Luis lub Ben Turner mogli mnie powstrzymać, położyłam dłoń na drewnianym blacie stołu, uniosłam topór do góry i uderzyłam z całej siły w przegub ręki. Musiałam to zrobić za pierwszym razem.
Dla umysłu dżinna było to czysto akademickie ćwiczenie – obliczanie wszystkich kątów i niezbędnej siły.
Ludzka część mojej natury zniknęła. Tak było najlepiej. Usłyszałam krzyk Luisa, ale już było za późno. Teraz.
Ostrze uderzyło prosto w niezakażone ciało, o dwa centymetry powyżej miejsca, w którym zatrzymała się trucizna. Przecięło skórę, mięśnie i grubą kość. Zatopiło brzeg w drewnianym blacie.
Po wykonaniu pracy ukryty we mnie dżinn wycofał się w czujne milczenie, usatysfakcjonowany precyzją i silą swoich dokonań.
Ludzka część mojej natury obudziła się ze zgrozą. Krzyknęłam. Ból był prawie nie do zniesienia, gorący, czerwony podmuch, który groził, że przewróci mnie nieprzytomną na ziemię. Musiałam skupić wszystkie swoje siły, aby zachować świadomość. Natychmiast doznałam wstrząsu. Krew z kikuta przestała nagle płynąć strumieniem, zmieniła się w cienkie strużki. Odrąbana dłoń wyglądała dziwnie obco, jakby nigdy przedtem do mnie nie należała, jakby tylko mi się śniło, że coś podobnego może być przymocowane do mojego ciała.
Rashid przed chwilą obojętnie stwierdził, ile strasznych rzeczy może się wydarzyć w ciągu kilku sekund. Miał rację.
– Nie! – krzyczał Luis. Chwycił mnie, wytrącił mi topór z ręki i rzucił na podłogę. Narzędzie poleciało z poślizgiem, rozpryskując krople krwi. – Dios, nie!
Wysyczał coś jeszcze, czego zupełnie nie rozumiałam otulona mgłą, która zasnuła mi oczy. Ujął mocno kikut ręki. Może zamierzał spróbować przyłączyć dłoń. Strażnicy Ziemi słynęli z podobnych cudów. Dłoń miała jednak inne zamiary.
Odrąbana ręka konwulsyjnie się rozkurczyła, a po chwili zaczęła się ruszać jak osobna, żywa istota. Początkowo niepewnie i sztywno poruszyła poczerniałymi palcami, nagle wbiła paznokcie w drewno i się zwinęła. Przypominała pająka przygotowującego się do skoku.
Rashid, który nie zareagował, gdy odrąbywałam sobie rękę, teraz kiedy poczerniała dłoń ruszyła w moją stronę po stole, nagle wstał szybko, wyprostował się i wyciągnął rękę. Nóż o szerokim ostrzu pofrunął z kuchennego blatu i wpadł w jego palce. Rashid w trzech susach znalazł się obok stolika i błyskawicznym ruchem wbił nóż w wierzch mojej odrąbanej, pełzającej ręki, przygważdżając ją do blatu. Walczyła przez chwilę, drapała czarnymi paznokciami, a potem znieruchomiała. Nie zwiotczała.
Po prostu… znieruchomiała. Czekała.
– Niech to szlag! – wyszeptał Turner i wzdrygnął się nagle. – Trzeba zatamować krwawienie i to szybko. Luis oderwał wzrok od dłoni przybitej nożem do stołu. Zobaczyłam, jak ogromnym wysiłkiem woli się opanowuje.
– Rozumiem – powiedział. – Cass? Słyszysz mnie?