Выбрать главу

– Słyszę – odezwałam się jakby z daleka. Luis miał kamienną twarz, ale w jego oczach dostrzegłam zatroskanie. Wydawał się taki bezbronny.

– Nie będę cię okłamywał. To będzie piekielnie bolało, dlatego na chwilę wyłączę nerwy. Trzymaj się, dobrze? Pokiwałam głową spokojnie. Nagle znalazłam się na podłodze. Nie wiem, jak. Tak, jakby życie na krótko wyskoczyło z szyn; jakby kilka najważniejszych sekund mojego istnienia brutalnie usunięto i całkowicie zniszczono.

Nie miało znaczenia, jaki ból poczułam, te sekundy zniknęły, utracone na zawsze. Czasem ludzki mózg tak się broni, że tworzy fałszywy obwód. Tak właśnie postąpił Luis. Uruchomił tę ostateczną ochronę, coś w rodzaju stanu uśpienia, w którym mózg się przeprogramowuje.

Nie miałam żadnych wspomnień, bo dla mnie te chwile nie istniały. Nigdy miały nie istnieć. Ręcznik ciasno owijał koniec mojego ramienia, które kończyło się nagle pustką. Podniosłam rękę do góry, wpatrywałam się dłuższą chwilę, zastanawiając się, co się stało z moją dłonią. Wciąż ją czułam, czułam, jak kurczą się fantomowe mięśnie. Co się wydarzyło? Wiedziałam, a jednocześnie nie miałam pojęcia. W głowie mi się kręciło. Nie mogłam się skupić. Oddychałam głęboko i dygotałam. Czułam ramię obejmujące mnie przez plecy.

– Spokojnie – odezwał się Luis drżącym, zbyt wysokim głosem. Brzmiał fałszywie. – Oddychaj! Proszę oddychaj. Przecież oddycham, pomyślałam, czując, jak nagle ogarnia mnie irytacja. Nawet Rashid przyglądał mi się ze skupieniem. Turner i Luis sprawiali wrażenie wstrząśniętych i przerażonych. Ach, tak, oczywiście. Odrąbałam sobie rękę. Ich reakcja miała więc uzasadnienie.

– Dobrze się czuję – powiedziałam. Rzeczywiście, tak było. Ból minął, a zawroty głowy też zaczynały przechodzić. Odcięcie się od szturmującej ciemności dało mi niczym nieusprawiedliwione poczucie siły. – Udało wam się powstrzymać krwawienie? – Moje słowa zabrzmiały tak, jakbym pytała o samopoczucie dalekiej krewnej albo o pogodę. O coś, co nie miało żadnego wpływu na to, czy przeżyję tę noc.

Luis przełknął ślinę. Jego skóra wydawała się kremowobiała pod brązową opalenizną.

– Nie krwawisz – potwierdził. – Zabezpieczyłem nerwy i posklejałem naczynia krwionośne. Ale nie jest dobrze, Cass. Chryste, dlaczego?

– Perła – odpowiedziałam. – Gdybym nie zareagowała, zniszczyłaby mnie. Musiałam to zrobić.

– Mogłem ci pomóc – wtrącił się Rashid. Rzuciłam mu dłuższe spojrzenie. – Być może.

– Nic by to nie zmieniło – powiedziałam. – Chciałeś zdobyć listę. Nie wolno mi jej dać nikomu. Nie miałam podstaw, by ci wierzyć, Rashidzie. A może chciałbyś powiedzieć, że mimo wszystko rzuciłbyś mi się na pomoc?

Nie odpowiedział. Nie musiał. Wyczuwałam w nim chciwość i czyste, egoistyczne pożądanie. Kiedyś byłam Rashidem, kimś bardzo do niego podobnym.

– To był jedyny sposób – oceniłam i z pewnych powodów zabrzmiało to nawet miło. Celowo nadałam swojemu głosowi twarde brzmienie. – Jeśli chcesz odpokutować swój błąd, Rashidzie, możesz zacząć od razu. Dziewczynka. Gloria. Idź po nią. Nie będziemy się targować. Zrobisz to, bo ja ci każę.

Rashid spojrzał na mnie szeroko otwartymi oczami. Zerknął na stół, na którym moja poczerniała ręka leżała przybita do blatu. Nie była martwa. Czuwała.

– Jeśli uratuję ją teraz – zaczął – zgubicie trop do tych, których szukacie. Mogę ich śledzić i odebrać im dziecko, zanim bardziej je skrzywdzą.

– Jest sama – powiedziałam. – Cierpi z bólu. To dziecko. Każda minuta coraz bardziej ją okalecza. Zrób to, Rashidzie. Jesteś mi to winien.

Namyślał się przez moment, bezwiednie pochylając głowę. A potem zniknął. Po jego zniknięciu zapadła cisza.

– Odrąbałaś sobie rękę. Jezu Chryste! Własną rękę. Odrąbałaś!

– To nie była już moja ręka – stwierdziłam. – Już nie należała do mnie. Nie można jej było ocalić. Turner miał taką minę, jakby mu było niedobrze. Wpatrywał się uważnie w nieruchomy czarny przedmiot, który skulił się, przygwożdżony do blatu stołu. Nie sprawiał wrażenia martwego. Wyglądał tak, jakby czekał na okazję, na chwilę naszej nieuwagi. Nie do końca byłam przekonana, czy przy odrobinie wysiłku z jego strony nóż go przytrzyma, chociaż Rashid wbił go głęboko w drewno.

– Tak – zaczął cicho Turner. – Rozumiem, o co ci chodzi. A więc… Co z tym teraz zrobimy?

– Jesteś Strażnikiem Ognia, prawda? – zapytałam. – Spal to. Proszę. Spojrzał na mnie z ukosa, z niedowierzaniem, a potem po cichu spytał Luisa o zgodę. Luis krótko, w milczeniu skinął głową. Turner wziął głęboki oddech, skupił energię. Drewno stołu w sporej odległości wokół odrąbanej dłoni wybuchnęło płomieniem.

Dłoń zaczęła walczyć z nożem, próbując uciec, szarpała się i kaleczyła na ślepo. Wspólnie z Luisem otworzyliśmy śluzy mocy i zalewaliśmy nią drewno, którego dłoń dotykała. Część jeszcze nie płonęła, lecz skręcała się, zawijała wokół palców, więżąc je jak w pułapce. Ogień, metal, ziemia. Dłoń krępowały połączone siły, prócz powietrza, które zasilało ogień.

Próbując się uwolnić, dłoń podskakiwała szaleńczo, a wreszcie, z trzaskiem pękających kości i skwierczącego mięsa, zwiotczała i opadła. Była martwa.

Z odrąbanego nadgarstka popłynęła czarna, lepka maź, zmieniając drewno w pylisty, cuchnący popiół wszędzie tam, gdzie go dotknęła. Zgasiła płomienie. Ale nie żyła długo poza ciałem swojego gospodarza i zmieniła się w czarny, tłusty dym, który szybko rozwiał się w powietrzu.

Turner podtrzymywał ogień tak długo, aż z dłoni pozostała tylko koronka jaskrawobiałych, kruszących się kości. Dopiero wtedy pozwolił płomieniom zgasnąć.

Zerwał się i niepewnym krokiem pośpieszył do łazienki. Zatrzasnął za sobą drzwi. Patrzyłam bez słowa, jak wychodzi. Luis, poruszając się jak człowiek postrzelony w brzuch, minął mnie, wszedł do kuchni, otworzył lodówkę i wyjął piwo. Zerwał kapsel, wciąż patrząc ze zgrozą przed siebie, podniósł butelkę i pił, dopóki na dnie nie została tylko piana. Potem pochylił się do przodu i przyłożył do czoła zimne, puste szkło.

Stałam, chwiejąc się z utraty krwi i wstrząsu. Podniosłam brązowy topór z karminowej kałuży na podłodze. Wytarłam go starannie o ręcznik owinięty wokół mojego lewego przegubu, a potem usiadłam na kanapie i zaczęłam rozwiązywać ciasne węzły bawełnianego sznurka, którym obwiązano ręcznik, żeby się nie zsunął.

– Co ty, do diabła, wyrabiasz? – zapytał Luis ze znużeniem w głosie. Próbował mnie powstrzymać. Odepchnęłam go zdrową ręką, przytrzymałam; szarpałam postrzępiony sznurek zębami, aż rozluźniłam go na tyle, by zsunąć ręcznik z ręki.

Kontrolowałam swoje ciało na tyle, żeby utrzymywać zamknięte naczynia krwionośne, a nerwy znieczulone. Owinęłam rękę dwukrotnie sznurkiem i przyglądałam się uważnie brązowemu toporowi leżącemu w prawej dłoni.

– Cass! – Głos mu się załamywał. – Cass, co ty wyrabiasz, do diabła? – Uświadomiłam sobie, że się boi, że kompletnie oszalałam i że za chwilę znów bez powodu zacznę się okaleczać.

– Ciii… – Uciszyłam go i wysłałam ładunek energii. Metal topora zmiękł, roztopił się, uformował w złożoną i delikatną konstrukcję. Zbudowałam ją, posługując się instynktownym rozumieniem świata dżinnów, mojego pięknego, precyzyjnie zaprojektowanego ciała i wzajemnych połączeń wszystkich rzeczy. Sądzę, że Luis do pewnego stopnia miał rację. Ogarnęło mnie dziwne szaleństwo. Moje postępowanie wydawało mi się całkowicie racjonalne od chwili, kiedy uświadomiłam sobie, że mam wybór, którego nikt, nawet Perła, nie przewidział. Odrąbać dłoń. Spalić szczątki.