Ale ten sam bezwzględny, zimny instynkt dżinna podpowiadał mi, żebym z broni, która stała się narzędziem mojego ocalenia, zrobiła sobie nową rękę.
Zaczęłam od zbudowania twardych metalowych kości, a potem przykryłam je drobnymi, cienkimi przewodami, układając tak, jakby to było lustrzane odbicie mięśni i ścięgien prawej dłoni. Wszystko osłoniłam lekką, elastyczną skórą z brązu. Palce. Z delikatnie zaostrzonymi paznokciami, nieco spiczastymi jak po starannym manikiurze.
Przyłożyłam skomplikowany mechanizm do odsłoniętego kikuta ręki i połączyłam poszczególne części, nie zwracając specjalnej uwagi, co jest metalem, a co ciałem. Zlały się z sykiem ze sobą. W powietrzu rozszedł się odór palonego mięsa. Zaczęłam poruszać palcami, a Luis patrzył z niedowierzaniem, szeroko otwartymi oczami.
Zwinęłam moją nową brązową dłoń w pięść, rozprostowałam palce i położyłam na kolanach. Dłoń była perfekcyjna w każdym widocznym szczególe. Nawet połysk skóry przypominał żywe ciało. Wyglądało to tak, jakbym zanurzyła rękę w ciekłym metalu.
Usłyszałam szum wody w łazience. Drzwi się otworzyły i do pokoju wszedł Turner, ocierając usta ręcznikiem.
– Musimy wezwać dla ciebie karetkę… Co to jest, do diabła? – powiedział tonem znużonego zrezygnowanego człowieka, którego nic już nie zaskoczy.
Wyciągnęłam przed siebie metalową rękę.
– Nie będzie karetki. Ani szpitala. – Poruszyłam szybko palcami, żeby pokazać mu, że pracują, a potem opuściłam dłoń i zamknęłam oczy. – Teraz chce mi się spać.
Nie wiem tego na pewno, ale wyobrażam sobie, że Turner i Luis wymienili długie spojrzenia. Po prostu odpłynęłam w półprzytomny sen wywołany szokiem, napięciem i autentycznym, prawdziwym wyczerpaniem.
Wydawało mi się, że spałam tylko kilka minut, zanim się ocknęłam. Dygotałam. Spokój i wstrząs minęły. ()puściła mnie również chłodna pewność siebie dżinna. Pozostała tylko świadomość, co zrobiłam ze swoim delikatnym ludzkim ciałem.
Luis siedział naprzeciw mnie na kanapie. Patrzyłam na niego niema, oczy miałam zamglone zimnymi, zapomnianymi łzami. Objął mnie i przycisnął wargi do mojej skroni.
– Dzięki Bogu! Dzięki Bogu, że wróciłaś – wyszeptał. Wróciłam. W chwili, gdy uświadomiłam sobie, że mam wybór, zniknęła osoba, która zamieszkiwała moje ciało. Tamta Cassiel została wypędzona do najdalszych jego zakamarków, gdzie znów się zaczaiła.
– To ona, prawda? – zapytał. – Ta Cassiel, którą byłaś w świecie dżinnów? Ta podła istota, o której mi opowiadałaś. – Ta, która w razie konieczności podjęłaby decyzję o zagładzie całej rasy ludzkiej.
Przytaknęłam kiwnięciem głowy i ukryłam twarz w jego koszuli. Nie mogłam opanować drżenia. Ani powstrzymać łez. Głaskał mnie po włosach, raz za razem, zwierzęcy sposób uspokojenia i bliskości, pragnęłam tylko… zapomnienia. Choćby na krótką chwilę.
– Miałaś rację – powiedział. – Ona jest przerażająca. Dla mnie też.
Następne kilka długich minut milczeliśmy. Słychać było tylko, jak Turner pije wodę, znowu nalewa do szklanki, i znowu pije, jakby chciał opłukać się od środka do czysta. Kiedy się zastanawiałam, czy też nie powinnam poprosić o wodę, Luis podał mi szklankę i delikatnie zachęcił mnie do picia.
Nie zdawałam sobie sprawy, jak jestem spragniona, do chwili gdy woda dotknęła moich warg. Wypiłam ją, duszkiem do dna. Luis dolał mi wody do szklanki, usiadł obok mnie i głaskał nerwowo moje włosy. Piłam już spokojniej.
– Taka jest moc – powiedział. – Odbiera siły fizyczne. A ty… – Zerknął na metalową rękę, leżącą na moich kolanach. – Nie mam pojęcia, jak to zrobiłaś.
– Co takiego?
– Tam, do diabła! Wszystko! Nigdy nie widziałem czegoś podobnego. Zupełnie jak z jakiegoś wysokobudżetowego filmu fantastycznonaukowego. – Wpatrywał się w moją dłoń z hamowaną fascynacją. – Jesteś pewna, że ta dłoń jest dobra?
– Czy jest dobra? – Zaskoczona, podniosłam ją do góry i zaczęłam zginać metalowe palce. – Dlaczego miałaby być zła?
– Chyba żartujesz. Przecież to metalowa ręka.
– Uważam, że moja poprzednia dłoń była o wiele gorsza. – Złączyłam palce. Panowałam nad nimi, ale kiedy metal się zetknął z metalem, rozległ się dziwny brzęk.
Luis nie odrywał ode mnie spojrzenia.
– Czujesz coś przy dotknięciu?
– Tak.
– Jak?
Zaskoczona, spojrzałam na niego. Takie pytanie w ogóle nie przyszło mi do głowy. Przesunęłam metalowymi palcami po tkaninie kanapy, po gładkiej skórze mojej kurtki, a potem delikatnie dotknęłam skóry Luisa.
Wszystkie wrażenia były odmienne. Takie, jakie powinny być. Takie, jakie znałam z doświadczenia.
– Metal – odpowiedziałam zdziwiona – jest składnikiem żywej Ziemi. Twoje moce kontrolują metal, dlatego potrafię zinterpretować wrażenia.
– Czy to boli?
– Nie – odparłam. Przyłożyłam metalową dłoń do jego ciepłego policzka. – Czy czujesz się dziwnie? Miał zaskoczoną minę. Podniósł rękę i przykrył nią moją dłoń z brązu. Nie zdążył mi odpowiedzieć, gdy nagle rozdzwonił się mój telefon komórkowy, dygotał tuż przy mojej skórze jak uwięziony w siatce owad. Wysunęłam go i otworzyłam. Na wyświetlaczu nie pojawiło się nic prócz przypadkowych smug światła. Przyłożyłam słuchawkę do ucha.
– Ludzka technologia. – To był Rashid. W jego głosie usłyszałam niesmak i odrobinę zadowolenia z siebie. – Marnotrawstwo, ale ciekawe.
– Nie wszyscy możemy być tacy jak ty – powiedziałam. – Czy znalazłeś dziecko?
– Oczywiście. I zanim zapytasz, odpowiem, że mężczyzna kierujący pojazdem jeszcze nie wie, że dziewczynka zniknęła. Zabrałem ją, gdy stanął na światłach.
– Widział cię?
– Oczywiście, że nie. Jest przekonany, że ona nadal jest zamknięta w jego bagażniku. – Głos Rashida zabrzmiał ostrzej. – Zanim zapytasz, tak, śledzę go.
– Co z dziewczynką? Na pewno nic jej nie jest?
– Czyż nie powiedziałem…
– Tak. – Zamknęłam oczy i spróbowałam się skoncentrować. Widząc ponaglający gest Luisa, przełączyłam telefon na tryb głośnomówiący, żeby wszyscy mogli słyszeć naszą rozmowę. – Co z nią zrobiłeś?
– Nie jestem bez serca. Nie porzuciłem jej na poboczu drogi. Znalazłem policjanta i przekazałem ją, jest bezpieczna. Poczułam gwałtowną ulgę. Dopiero teraz uświadomiłam sobie, jak się niepokoiłam.
– Gdzie teraz jesteś? W bagażniku jego samochodu – odparł Rashid. – Pomyślałem, że to byłoby niegrzecznie odebrać mu coś i niczego nie zostawić w zamian.
– Musisz się stamtąd wynieść! – warknął Turner. – Wysiadka! Jeśli zabrałeś dziewczynkę, to skończyłeś robotę! Zostaw to!
– Nie! Turner nie ma racji! – krzyknęłam. – Zostań z nim, Rashidzie. Ale pamiętaj, jeśli jedzie do Perły, musisz uważać, żeby się wycofać na czas. Nie wolno ci się za bardzo do niej zbliżyć. Widziałeś, co potrafi.
– Widziałem – zgodził się ze mną. – Będę się do was odzywał.
Zerwał połączenie bez pożegnania, ale go się nie spodziewałam. Turner już wystukiwał numer w swojej komórce, odwracając się do nas plecami. Mówił szybko i niecierpliwie. Po pięciu minutach wrócił do nas. Był blady i wyczerpany, ale chyba odczuł ogromną ulgę.
– Mają dziewczynkę – powiedział. – Jest pod opieką policji. Wiozą ją do szpitala z uzbrojoną eskortą. Na miejscu spotka się z nią Strażnik. Będą jej pilnować.
– A jej rodzice?
– Właśnie do nich jadę – rzucił. – Takie dobre wieści lubię przekazywać sam. – Podniósł marynarkę od garnituru, która była równie pognieciona, jak spodnie i koszula. Włożył na siebie, unikając naszych spojrzeń. – Chcecie pojechać ze mną? – zapytał.