Выбрать главу

– Nie jestem pewien. Ona nadal nie wygląda najlepiej – stwierdził Luis z powątpiewaniem w głosie, ale ja już zaczęłam się podnosić. Podtrzymał mnie, ujmując jedną ręką za łokieć. Poczułam tylko lekki zawrót głowy. Rzeczywiście, wstrząs mijał.

Na pewno dotyczyło to wstrząsu fizycznego. Nie potrafiłam jeszcze powiedzieć, jakie emocje czuję ani co będę czuła jutro. Tak głębokie okaleczenie było dla mnie nowym, nieznanym doświadczeniem. Zwłaszcza że okaleczyłam się sama, z własnego wyboru.

– Chcę z tobą jechać – powiedziałam. – Jeśli się na to zgodzisz. Wszyscy spojrzeliśmy w tym samym kierunku, na wypaloną na stole plamę, pokryty sadzą nóż i białe kości, które były jedynymi szczątkami, jakie pozostały z mojej dłoni. Turner zadrżał.

– Tak – zaczął. – Chyba masz prawo w tej chwili zrobić, co zechcesz. W porządku. Luisowi się to nie spodobało, ale tylko pokręcił z niezadowoleniem głową. Dotknął mojego ramienia, dając mi do zrozumienia, że chce, abym się do niego odwróciła.

– Hej! Chcesz więcej? – pytał, czy potrzebuję więcej mocy. Nie miałam odwagi sprawdzić jej poziomu, a w tej chwili uświadomiłam sobie, że potrzebuję tak samo energii, jak przed chwilą potrzebowałam wody.

Kiwnęłam głową. Westchnął i ujął moją prawą dłoń. Stanął przede mną.

– Gotowa? – zapytał. Spojrzałam na niego i znowu skinęłam twierdząco.

Wpłynęła we mnie jego energia. Strumień powiększył się, rozlewając się i pulsując w moich żyłach. Moja skóra zaczęła płonąć. Poczułam, że – przez kontrast – połączenie metalu z ciałem staje się zimniejsze, moja nowa ręka była jak fantomowa kończyna z lodu. Moc krążyła we mnie, naprawiając uszkodzenia, a potem zgromadziła się w moim wnętrzu. Odsunęłam się od Luisa, lecz najpierw posłałam impuls wdzięczności i dopiero wtedy zobaczyłam znużenie na jego twarzy, a w oczach cierpienie.

Zadawałam mu ból. Był bardzo zmęczony i niespokojny; widział, jak robię coś strasznego, i nie mógł mnie ani powstrzymać, ani uratować przed konsekwencjami. Przecież tyle już przeżył. A teraz na dodatek zabierałam resztki jego cennych zapasów sił. Ale się nie cofnął. Ani na chwilę. Pocałowałam go. Nie wiem dlaczego. Popełniłam błąd. To była niewłaściwa chwila, niewłaściwe miejsce. Musiałabym uznać moje postępowanie za całkowicie irracjonalne i błędne, gdyby nie gwałtowne zawirowanie, które ogarnęło mnie, gdy poczułam delikatnie dotknięcie warg Luisa. Napięcie jego ciała i pochylenie w moją stronę, sposób, w jaki przesunął dłońmi po moich ramionach, sprawiły, że zadrżałam.

Luis odsunął się nagle ode mnie, a jego policzki zapłonęły czerwienią. Rzucił spojrzenie w stronę Turnera, który się zatrzymał z ręką na klamce i stał, wpatrując się w nas.

– Na co się gapisz? – zapytał Luis. Turner pokręcił przecząco głową. – Wynoś się stąd, do cholery! Nigdy nie widziałeś, jak się ludzie całują? Ruszaj!

Turner gwałtownie zamknął usta i wyszedł z domu. Luis wyciągnął lewą rękę i ujął moją prawą dłoń. Przycisnął na chwilę czoło do mojej głowy.

– Hej! – powiedział. – Później, dobrze? Musimy o tym porozmawiać.

– Tak – zgodziłam się. – Później. Jeśli istniało jeszcze jakieś „później”. Wzięłam zwój, zamknęłam w emaliowanej szkatule, która wydawała się ciepła. Wsunęłam ją pod kurtkę i wyszliśmy.

Wnętrze sedana FBI nie było tym razem przyjemniejsze niż przedtem, ale na szczęście nie jechaliśmy zbyt długo. A może byłam za bardzo zmęczona i oszołomiona, aby zwracać uwagę lub koncentrować się na różnych przykrych woniach i niewygodach. Zaczęły mnie boleć wszystkie mięśnie, był to efekt niekończącego się napięcia wywołanego strachem. Uświadomiłam sobie, że potrzebuję wypoczynku. Snu. Jedzenia. Podstawowych rzeczy podtrzymujących ludzkie życie.

Ale najpierw musiałam doprowadzić tę sprawę do końca. Takie postępowanie nie było logiczne, lecz niezbędne.

– Dlaczego napadła na ciebie? – zapytał Luis. – Atakuje cię coraz częściej, wciąż próbuje. Jakby chciała cię zabić, ale niezbyt się starała.

Postawił znakomite pytanie. Miałam zamknięte oczy, poprawiłam się na siedzeniu, aby złagodzić ból krzyża.

– Widziałeś kiedyś walkę byków?

– Rany, to, że jestem Latynosem, nie oznacza…

– Mówię o pikadorach – przerwałam mu. – Byka trzeba rozwścieczyć przed walką. Dlatego pikadorzy dręczą zwierzę, kłują je, wywołując jego furię, dopóki nie będzie gotowe do szarży. Dzięki temu przedstawienie jest lepsze.

Milczał przez chwilę. Czułam, że patrzy na mnie uważnie. Nie spojrzałam na niego.

– Jestem bykiem – wyjaśniłam. – Ofiarą. Ona chce stoczyć ciekawszą walkę.

– A jaką funkcję w tej walce pełnią Strażnicy? Wzruszyłam ramionami.

– Zabije każdego, kto stanie jej na drodze. Ale nie zamierza walczyć z wami. Chodzi o mnie. O dżinny.

– Sądziłem, że to ty jesteś matadorem, chica. Uśmiechnęłam się leniwie.

– Czasem jesteś matadorem, a czasem bykiem – powiedziałam. Przespałam się krótko w czasie drogi. Ocknęłam się, kiedy Turner zwolnił na ulicy na przedmieściu, przed domem jakich wiele. Podobnym do domu Luisa, tylko że trochę starszym. Uliczkę wypełniały zaparkowane samochody, policyjne radiowozy i duże przemysłowe ciężarówki, dźwigające niezgrabne anteny. Było też pełno zwyczajnych gapiów, których przyciągały niezwykłe wydarzenia, jeśli tylko nie dotyczyły ich bezpośrednio. Turner machnął ręką i wjechaliśmy za bariery. Tu wskazano mu puste miejsce na podjeździe.

– Drzwi kuchenne – powiedział. – Idźcie za mną. Nie podchodź do tłumu. Kamery wszystko rejestrują. Stałabyś się sensacją dnia.

Odwracałam się plecami do zgromadzonych dziennikarzy. Błyskały flesze, zapłonęły białym światłem reflektory kamery, wykrzykiwano za nami pytania. Szybko obeszliśmy róg domu, zostawiając za sobą reporterów i gapiów. Ruszyliśmy wąską ceglaną ścieżką przez zadbane, nieduże podwórko. Dotarliśmy do drzwi z siatki, a za naszymi plecami nagły wybuch hałaśliwego zainteresowania zgasł, słychać było tylko pomruk rozczarowanych.

Dom był oświetlony ze wszystkich stron, bez wątpienia po to, żeby zniechęcić ciekawskich lub najbardziej zdeterminowanych. Na ganku leżał przewrócony na bok dziecinny rowerek, a obok wrotki, ochraniacze na kolana i łokcie, różowy kask. Rękawica bejsbolowa i kij. Piłka nożna. Gloria była aktywnym dzieckiem. Turner nie zwrócił uwagi na sprzęt. Pewnie już go wcześniej widział. Musiał tu być.

W środku, gdy wszedł Turner, policjanci znieruchomieli i spojrzeli na niego wyczekująco. Było ich trzech: dwóch w zwykłych garniturach, jeden w mundurze. Nie rozpoznałam żadnego z nich, ale oni najwyraźniej rozpoznali mnie i Luisa. Popatrzyli na nas z kamiennymi twarzami i kiwnęli krótko głowami.

Na kanapie siedziało dwoje ludzi, z dala od siebie, a jednak bez wątpienia razem. W ich oczach była… pustka. Udręka i zagubienie, wywołane strachem i napięciem. Kobietę otaczało migotanie mocy jak mgła w sferze eterycznej; przypomniałam sobie, jak Turner mówił o niej, że chciała być Strażniczką. Straciła moc, którą kiedyś posiadała, lub przynajmniej wolę jej używania. Była chudą kobietą w średnim wieku, pochodziła z Afryki. Miała delikatne, wysoko osadzone kości policzkowe i skórę koloru ciemno palonej kawy. Piękna, lecz znużona i pod wpływem strachu krucha.

Mężczyzna był wyższy, o nieco jaśniejszej cerze i oczach uderzającej jasnozielonej barwy. Spojrzał na nas bez słowa. Żałośnie. Z błyskiem nadziei.

Na stoliku przed nimi leżało kilkanaście fotografii, wyjętych z ramek, które bezładnie zrzucono w jednym miejscu na dywan. Na każdej fotografii widniało ich dziecko – Gloria – uśmiechnięta, nieustraszona, silna. Życie rozłożone w schludny ciąg ujęć.