Przypomniałam sobie przerażenie i ból uwięzionego w bagażniku dziecka. Poczułam, jak ogarnia mnie wściekłość. To była Gloria – pewność siebie, siła, możliwości. Tamta druga nigdy nie powinna zaistnieć, nie w tym wieku. Nigdy.
Przymglone oczy kobiety nagle rozjaśnił czujny błysk. Coś odczytała z mowy ciała Turnera, coś dostrzegła w wyrazie jego twarzy. Wstała powoli, spięta jeszcze bardziej. Jej mąż również wstał, tylko wolniej i ostrożniej, jakby groziło mu załamanie, gdyby poruszał się szybciej.
– Żyje – powiedziała pani Jensen. Nie zgadywała. Zobaczyłam, jak nagle wypełnia ją radość, niczym fala wypływająca z pękniętej tamy. Już nie wydawała mi się ani krucha, ani zmęczona. Teraz zrozumiałam, po kim Gloria odziedziczyła siłę i energię. – Ona żyje!
Klasnęła w ręce i rzuciła się mężowi w ramiona. Mężczyzna wpatrywał się nad jej głową w agenta Turnera oczami pełnymi nadziei i lęku do chwili, gdy Turner się uśmiechnął.
– Nic jej nie jest. Mamy ją. Jedzie do szpitala w La Jolla. Za pół godziny możecie się znaleźć w samolocie. Wkrótce ją zobaczycie, obiecuję.
Mężczyzna zadrżał i zamknął oczy. Ukrył twarz we włosach żony. Przytulili się do siebie i rozpłakali. Opadli na kanapę, łkając z ulgą. Gdy napięcie minęło, w pokoju zapanowała inna atmosfera. Przypominała czyste, rześkie powietrze po burzy. Chwila spokoju.
Wszystko się zmieniło, a najważniejsze były właśnie takie chwile. Jako dżinn nigdy tego nie rozumiałam. W świecie dżinnów wszystko było odwieczne. Teraz uczyłam się rozpoznawać te niezwykłe momenty, przeżywałam je, jak mogłam najintensywniej.
Czułam się szczęśliwa ze względu na tych obcych ludzi. Po prostu… szczęśliwa.
– Chcę wam kogoś przedstawić – mówił dalej Turner. – To Luis Rocha, cywilny konsultant, współpracujący z nami, a to jego partnerka… – zawahał się na chwilę.
– Leslie – podpowiedziałam. – Leslie Raines.
– Tak, oczywiście. – Zawstydziło go na chwilę to potknięcie. Nie powinien odczuwać wstydu. Zaimponował mi, że nie nazwał mnie bezwiednie Cassiel. – Odegrali rolę narzędzi w bezpiecznym odebraniu Glorii mężczyźnie, który ją porwał.
Narzędzie. Cóż to za dziwna rola – być narzędziem. Uznałam, że chyba miał rację, określając mnie w ten sposób. Wykorzystywano mnie… robił to Ashan, Strażnicy, nawet sam Turner. W jego przypadku, być może chodziło o wyższy cel.
A jednak. Nie podobało mi się, że jestem wykorzystywana, nawet przez Boga.
Luis zerknął na moją lewą dłoń, wypolerowaną i błyszczącą. Wsunęłam ją do kieszeni kurtki, zanim Jensenowie ją mogli zauważyć i zacząć się zastanawiać nad jej odmiennością. Pani Jensen siąknęła nosem, otarła oczy, zmusiła się do uśmiechu i wyciągnęła do mnie rękę. Potrząsnęłam nią z poważną miną, potem wymieniłam uścisk dłoni z jej mężem. Luis zrobił to samo. W ich wdzięczności była jakaś bezbrzeżna bezradność. Trudno mi było spojrzeć w ich przepełnione łzami oczy. Nagle poczułam się niegodna ich szacunku. Przypomniałam sobie propozycję wykorzystania ich dziecka jako przynęty. To wspomnienie wywołało we mnie poczucie winy.
– Dopadliście go? – zapytał Jensen. – Człowieka, który porwał moje dziecko? Policja była przygotowana na to pytanie. Uświadomiłam sobie, że ja nie umiem odpowiedzieć. Spojrzałam na Luisa, a on z kolei zerknął na Turnera. Turner nie zmienił wyrazu twarzy.
– Ścigamy go – powiedział. – Nie umknie nam. Trafi do aresztu, zanim wasz samolot wyląduje w Kalifornii.
– Oddajcie go mnie – zaproponował Jensen. – Oddajcie go mnie, a już nie będziecie musieli się nim przejmować. Niewiele zostanie z niego do pogrzebania.
Wiedziałam, co czuje. Czułam to samo. Zastanawiałam się przez chwilę, zupełnie bez związku z toczącą się rozmową, czy Rashid również zaczął odczuwać nienawiść, gdy trzymał w ramionach płaczącą z bólu dziewczynkę. Jeśli tak, to Jensen nie będzie miał się na kim zemścić.
Miałam nadzieję, że tak właśnie się stanie. Rashida by to rozbawiło, a Jensenowi oszczędziło… późniejszych kłopotów.
– Skupmy się teraz na Glorii – zaproponował Turner. Jego słowa odwróciły uwagę rodziców od planów zemsty, przynajmniej na jakiś czas. – Proszę się spakować. Zabierzmy też rzeczy Glorii. Dzięki temu poczuje się w szpitalu jak w domu. Proszę wziąć ubrania i zabawki. Sądzę, że lekarze będą chcieli zatrzymać ją na noc na obserwacji.
Oboje kiwnęli głowami. Pragnęli coś robić, nieważne co. Zrobiło mi się przykro, że muszę im przeszkodzić.
– Zanim państwo wyjdą, muszę państwu zadać kilka pytań – zaczęłam. Jensenowie zatrzymali się przytuleni do siebie i utkwili we mnie uważne spojrzenia.
– Czy ktoś z państwa był w miejscu nazywanym Ranczem? Nie spodziewałam się odpowiedzi wprost na pytanie, ale liczyłam, że zauważę w sferze eterycznej ślad zaskoczenia. I tak też się stało. U pana Jensena dostrzegłam słabe, lecz wyraźne zakłócenie wywołane zaskoczeniem.
– Na jakim ranczu? – zapytała pani Jensen, marszcząc brwi. – Mam kuzynów farmerów w Indianie… Spojrzałam w szeroko otwarte jasnozielone oczy pana Jensena.
– Pan chyba wie, o czym mówię. Nie odpowiedział. Zauważyłam błyski paniki w jego sferze eterycznej, jaskrawe gorące gwiazdy wybuchające i rozpryskujące się w jego aurze. Był to dziwnie piękny widok. Czułam, że Luis i Turner też przyglądają się mężczyźnie. Wszyscy, korzystając z superwzroku, nakładaliśmy na świat realny eteryczny wzorzec i szukaliśmy różnic.
– Panie Jensen – powiedział Turner. – Muszę zamienić z panem kilka słów na osobności. Pani Jensen, może pani spakować rzeczy, o których mówiłem? Powinniśmy się pośpieszyć. Chciałbym, aby Gloria mogła się z państwem jak najszybciej zobaczyć.
Pani Jensen najwyraźniej wiedziała, że coś jest nie w porządku, ale skupiła się na jednej rzeczy, która ratowała ją przed zamętem – na pewności, że zobaczy córkę. Mąż patrzył za nią, jak odchodzi. Sprawiał wrażenie zagubionego i bardzo wystraszonego.
Turner zaprowadził nas do małego pomieszczenia tuż obok saloniku. Była to pralnia. Znalazło się tam dość miejsca dla nas czworga. Pachniało proszkiem do prania i płynami zmiękczającymi tkaniny. Dziwne miejsce, aby oskarżyć kogoś o współpracę w porwaniu córki.
– Ranczo – zaczął Turner, kiedy tylko zamknął drzwi. – Rozpoznał pan tę nazwę.
– Może myślałem o czymś innym – odparł Jensen. Wysunęłam z kieszeni lewą dłoń i opuściłam swobodnie. Była brązowa, lśniąca, wyraźnie obca. Zdumiony, przyglądał się jej, a potem zadarł głowę. – Myliłem się. Nie wiem, o co państwu chodzi.
– Naprawdę pan nie wie? – zapytałam i powoli poruszyłam metalowymi palcami. Poczułam fantomowy ruch mięśni. Wrażenie było dziwne. – Pan tam był, panie Jensen, i zabrał pan ze sobą Glorię. Do oceny?
Zaczął się pocić, w blasku żarówki wiszącej u sufitu zalśniły na jego czole drobne kropelki wilgoci. Nagle atmosfera zrobiła się duszna i ciężka.
– To był letni obóz – przyznał. – Obóz dla inteligentnych i utalentowanych. Ale Glorii tam się nie spodobało, dlatego wróciliśmy do domu. To wszystko.
– Nie wszystko – poprawiłam go. – Widział pan różne rzeczy, prawda? Rzeczy, których pan nie potrafił zrozumieć ani sobie wyjaśnić.
Jensen wzdrygnął się i odwrócił wzrok. W końcu zrozumiałam. Ona nigdy mu nic powiedziała – zwróciłam się do Turnera i do milczącego, obserwującego przebieg wypadków Luisa, który oparł się o zlew, a ramiona skrzyżował na piersi. – Żona mu nie zdradziła, że mogła być Strażniczką. Nie wspomniała też, że córka mogła odziedziczyć jej talent. Nie wiedział, co widzi ani co się działo na Ranczu.