Выбрать главу

Oczy Jensena wypełniły się łzami.

– To ktoś stamtąd ją porwał? Tamci ludzie? Na litość boską, to miało miejsce w zeszłym roku, zwyczajny obóz letni dla dzieciaków. To było co innego? Dlaczego? Dlaczego mieliby zrobić coś takiego?

Luis i Turner spojrzeli na mnie. Mogłam mu powiedzieć tylko jedno.

– Bo pańska córka ma potencjalną moc. A oni tego szukają. Od tej chwili trzeba będzie jej strzec. Niech pan porozmawia z żoną. I przyzna, że pan wie, że wasza córka ma zdolności Strażniczki. Żona też będzie miała panu wiele do powiedzenia.

Mówiąc to, musiałam skrzywdzić tych ludzi. Żyli w świecie fałszywym, lecz szczęśliwym. Teraz go zatruwałam prawdą. Ale i tak nie było końca zmianom.

Życie jest zmianą, pomyślałam, ale nie powiedziałam tego na głos. Powoli zwinęłam w pięść chłodne, metalowe palce mojej lewej dłoni. Dłoni, której nie straciłam dla ich dziecka, lecz dla Ibby. Dla dziecka, które… kochałam.

Życie jest zmianą.

– Musi nam pan opowiedzieć o wszystkim z najmniejszymi szczegółami – Turner zwrócił się do Jensena. – Skąd pan otrzymał zaproszenie, żeby przywieźć córkę na ten obóz, gdzie się mieścił, kogo pan tam spotkał, co pan tam robił. Po prostu wszystko. Rozumie pan?

Jansen skinął głową, a łzy spływały mu po policzkach.

– To moja wina – powiedział. – Naraziłem ją na niebezpieczeństwo. Naraziłem ją na niebezpieczeństwo ze strony tych zboczeńców. O Boże!

– Nie – zaprotestował Luis, który odezwał się pierwszy raz. – Gdyby pan jej do nich nie zawiózł, wdarliby się do pańskiego domu i też by ją porwali. Tak właśnie działają. – Ogarnął go gniew, na twarzy pojawiły się ostre linie, a w sferze eterycznej zajarzyły się jaskrawo-czerwone fale. – Właśnie tak zrobili z moją bratanicą, Ibby. Nadal ją mają.

Jensen otarł twarz rękawem koszuli.

– Przepraszam – wymamrotał. – Nic jej nie jest? Patrzyliśmy na siebie z Luisem przez chwilę bez słowa.

– Zrobię wszystko co w mojej mocy, aby nic jej się nie stało. Turner pozwolił Jensenowi pójść do żony. Zostaliśmy we trójkę w milczeniu, w ciepłej pachnącej pralni. Na wierzchu suszarki stał kosz ze schludnie poskładanym praniem. Jasne kolorowe ubrania małej dziewczynki, przygotowane z miłością.

– No cóż – zaczął Turner. – Wybieracie się dokądś?

– Tak – potwierdziłam. – Lecimy z tobą do Kalifornii. Turner uśmiechnął się krzywo, lecz bez zdziwienia.

– Zbierzcie swoje rzeczy. Spotkamy się na lotnisku.

Ze zdumieniem odkryłam, że Turner zażądał samolotu Strażników, z oznaczeniem widocznym jedynie w sferze eterycznej. Tylko Strażnicy mogliby zidentyfikować ukryty, stylizowany symbol słońca na ogonie. Był to mały prywatny samolot, smukły i lśniący, przeznaczony jedynie dla kilkunastu pasażerów, zapewniający im dość luksusowe warunki lotu. Turner dopilnował, żeby Jensenowie wygodnie usiedli, a ich bagaż trafił do luku. Potem zadbał o mnie i Luisa. Nie potrzebowaliśmy pomocy; wzięliśmy po małej torbie, którą łatwo można było schować. Byłam głodna, ale czułam, że nie jest to odpowiednia pora na jedzenie. Luis poprosił o piwo. Widząc moje zdziwione spojrzenie, wzruszył ramionami.

– Posłuchaj, jestem Strażnikiem Ziemi. Nie mam zamiaru się upić. Nie mogę, chyba że na to sobie pozwolę – mówił tak, jakby się bronił. Pokiwałam głową, zamknęłam oczy. Opuściłam głowę na skórzane oparcie fotela. Lot był krótki. Dla odmiany, nic się nie wydarzyło. Nie zanotowano turbulencji ani napastników, którzy by znienacka zaatakowali nas z nieba.

Zaskakująco inaczej.

Osunęłam się w sen, pełen krwi i wijących się czarnych przedmiotów, przemykających w mroku i rzucających mi się do gardła. Kiedy się ocknęłam, zauważyłam, że moja metalowa lewa dłoń jest zaciśnięta jak mocno zawiązany węzeł. Nie budziła żadnych uczuć. Czułam tylko tamtą, fantomową, nieistniejącą dłoń, która jakby wciąż mnie jeszcze bolała. Rozluźniłam metalowe palce, wtedy ból zelżał. Fantomową, czy nie, dłoń bolała naprawdę. Odczucie tkwiło przede wszystkim w głowie. Jeśli mózg wciąż otrzymywał sygnały od nieistniejących nerwów, nie miało znaczenia, jakim sposobem docierały do celu. Ból to ból.

Luis kończył właśnie piwo. Przyglądał się, jak prostuję dłoń.

– Wciąż ją czujesz? Swoją rękę? Odgadł zaskakująco trafnie. Przytaknęłam.

– Nie ma w tym nic niezwykłego – stwierdził. – Ludzie, którzy tracą kończyny w dramatycznych okolicznościach, często mówią, że wciąż je czują. Niekiedy całymi latami po zdarzeniu. Ma to coś wspólnego z postrzeganiem ciała w sferze eterycznej.

Nie mogłam ujrzeć siebie w eterze ze wszystkimi szczegółami.

– Jak wyglądam? – zapytałam go. – Widzisz mnie superwzrokiem? – Zadawanie takiego pytania Strażnikowi było niegrzeczne. Nie wypadało zadawać go wprost. Ale ja bardzo chciałam zrozumieć.

Jego spojrzenie na chwilę straciło ostrość. Dotknął kilkakrotnie szyjką butelki warg, a potem uniósł dnem do góry, żeby spłynęło kilka ostatnich kropli piwa. Wreszcie odstawił butelkę na bok.

– Mówisz o ręce? Wciąż tam jest. Twoja istota eteryczna nadal ma obie dłonie.

– Jaki kształt przyjmuję? Luis lekko się uśmiechnął.

– Piękny! Płoniesz jak reaktor jądrowy. Dżinny nie wyglądają tak dobrze jak ty.

– Bo jestem uwięziona w ciele – przypomniałam. – Bo już nie jestem dżinnem. Pochylił głowę, przyjmując mój punkt widzenia.

– Dosłownie rzecz biorąc, nie. Ale jesteś kimś więcej niż Strażnik lub człowiek. Nie oszukuj się, Cass.

– Cassiel.

– Cass.

– Przestań.

– Zmuś mnie – powiedział niższym i jakby serdeczniejszym tonem. Stwierdziłam, że nie mogę oderwać wzroku od kształtu jego warg, gdy wymawiał te słowa, i nie jest dla mnie istotne to, co mówi. Musiałam się otrząsnąć, odsunąć uczucia, których trudno byłoby uniknąć.

– Nie ten czas, nie to miejsce – przypomniałam mu. – Wątpię, aby w tych warunkach Turner docenił takie przedstawienie.

Moje słowa natychmiast go otrzeźwiły.

– Albo Jensenowie – zgodził się ze mną. Odstawił butelkę na bok. Oparł łokcie na kolanach i pochylił się w moją stronę. – Cass, teraz pytam poważnie. Czy z Ibby wszystko w porządku? Muszę to wiedzieć. Opowiedz mi jeszcze raz dokładnie, co się wydarzyło.

Pragnął wiedzieć, a ja nie chciałam mu tego wszystkiego mówić, choć wyczuwałam jego cierpienie. Już został skrzywdzony, zarażony lękiem i nadmiarem wyobraźni.

– Wyglądała dobrze – powiedziałam i spuściłam wzrok na obie dłonie – tę z metalu i tę z ciała. Bez zastanowienia, w naturalny sposób splotłam palce obu dłoni. – Nie zauważyłam żadnych śladów bicia lub głodzenia.

– Ale? Wzięłam głęboki oddech.

– Ale nie mówiła swoim głosem. Opowiadała o swojej matce tak, jakby Angela nadal żyła. Miałam wrażenie, że Ibby była przekonana, że robi to wszystko dla niej, żeby ją chronić. – Przyszła mi do głowy przerażająca myśl. – Albo… jakby wierzyła, że Perła jest jej matką. – Budziło to grozę.

Luis odchrząknął niewyraźnie. Opuścił głowę, żeby ukryć twarz. Nie powiedział nic wyraźnego.

– Wydaje mi się… – zawahałam się, ale potem gwałtownie wyrzuciłam wszystko z siebie: – Uważam, że Perła wykorzystuje obraz Angeli. Po to, żeby Ibby uwierzyła, że jej matka życzy sobie, aby ona się szkoliła, ścigała, zabijała. Zmusza ją do robienia tego wszystkiego wbrew wrodzonej łagodności Ibby.

Luis uniósł głowę. Miał kamienny wyraz twarzy, tylko w oczach pojawił się mrok.

– Ta suka wykorzystuje zmarłą osobę? – odezwał się nieswoim głosem. Słowa przypominały warkot. Nigdy nie widziałam go tak rozgniewanego. – Wykorzystuje Angie, żeby dopaść jej dziecko?