Выбрать главу

– Tak sądzę – odparłam. – Wydaje mi się, że Isabel chce sprawić satysfakcję matce, bo z całego serca pragnie ją odzyskać. Perła może to wykorzystać przeciwko niej. Nie sprawi jej to trudności.

Położyłam prawą dłoń na zaciśniętej pięści Luisa. Starałam się, aby dotyk był jak najdelikatniejszy.

– Nie – powiedziałam. – Posłuchaj mnie uważnie. Jeśli zetrzesz się bezpośrednio z Perłą, Ibby będzie walczyła dla niej. Będzie musiała, żeby bronić matki. Rozumiesz? Musimy pójść inną drogą. Lepszą.

Pokręcił mocno głową, aż rozsypały się ciemne włosy. Na chwilę znów ukrył twarz w dłoniach. Kiedy po jakimś czasie się wyprostował, wziął głęboki oddech. Zapanował nad wzburzeniem. Nadal gniew w nim kipiał, ale Luis go kontrolował.

– W porządku – powiedział. – Czy mam pozwolić, aby ta sytuacja trwała dalej, do cholery? Najchętniej od razu rozwaliłbym tej suce łeb i odebrał Ibby. Brakuje mi jednak pomysłu, jak to zrobić.

– Tak jak mnie – przyznałam. – Ale jeśli zetrzemy się z nią bezpośrednio, Ibby ucierpi, a my nie osiągniemy naszego celu. Dlatego proszę, nie pozwól Perle wykorzystać dziecka, żeby cię wciągnąć do walki na jej warunkach.

Wpatrywał się we mnie dłuższą chwilę bez słowa.

– Mówisz teraz o taktyce? – zapytał.

– Mówię o wyborze.

– O takim wyborze jak odrąbanie sobie ręki? – mówił rozgniewanym głosem. Jego gniew nie był skierowany we mnie. Po prostu… nie potrafił znaleźć dla niego ujścia.

– Coś w tym rodzaju – przytaknęłam. – Perła myślała, że dała mi wybór: albo, albo. Umrzeć od trucizny płynącej przez ogniwo albo przyjąć propozycję Rashida. Ja jednak wybrałam zmianę gry.

– Myślisz, że Rashid jej w tym pomaga? – zapytał Luis…

– Myślę, że Rashid jest dzikim, nieoswojonym dżinnem. I jeżeli jest przekonany, że może coś dla siebie ugrać, bez żadnych ludzkich skrupułów podejmie się działania. Chciał zdobyć listę. Nadal będzie usiłował znaleźć sposób, żeby ją przejąć, bo jest w niej wielka moc, a żaden dżinn nie potrafi się jej oprzeć. – Uśmiechnęłam się mimowolnie. – Czy ucięłabym sobie rękę? Gdyby znowu zaistniała taka okoliczność, zaryzykowałabym. Wierzcie mi.

– Więc nie możemy ufać Rashidowi? Przypomniałam sobie, co powiedziała mi Wyrocznia.

– Nie ma czegoś takiego jak bezgraniczne zaufanie – odparłam. – Możemy ufać mu do momentu, w którym stanie się to niemożliwe. Jak każdemu innemu.

Luis wskazał brodą Turnera, siedzącego z Jensenami.

– Jak jemu?

– Jak każdemu – powtórzyłam. – Nawet tobie. Nawet mnie. Bo przy końcu gry, Luis, mnie też nie będziesz w stanie zaufać. Ani ja tobie.

Pokręcił głową, jakby nie potrafił się z tym pogodzić, ale ja wiedziałam, że mu się to uda. W głębi duszy był pragmatyczny. Znał ludzką naturę.

Reszta podróży upłynęła w pełnym zamyślenia milczeniu.

Wylądowaliśmy w Kalifornii wcześnie rano. Było cicho, chociaż miałam wrażenie, że rasa ludzka nigdy na długo nie milknie. Światła migotały, samochody poruszały się po drogach. Tu i ówdzie sklepiki były otwarte. Wzięliśmy bagaże i z Jensenami wysiedliśmy za agentem Tunerem z samolotu do czekających na nas dwóch czarnych sedanów FBI. Jeden z ubranych na czarno kierowców sprawdził nasze dokumenty i zaprosił Jensenów do pierwszego samochodu, a agenta Turnera i nas dwoje – do drugiego. Ku mojemu zaskoczeniu samochód FBI pachniał nowością, która lekko drażniła powonienie, jak większość innych pojazdów, z których dotąd korzystałam. Czułam się mniej klaustrofobicznie niż zwykle. Przejażdżka niemal sprawiła mi radość. Niemal.

Wóz FBI krążył po śpiącym mieście, a mnie migał przed oczami przepastny, ciemny ocean, niestrudzone fale dopływające do brzegu. Zatrzymaliśmy się przed olbrzymim, dobrze oświetlonym, starym budynkiem szpitala.

– Chodź, w którymś pokoju jest Gloria – oznajmił Turner. Wysiedliśmy z samochodu i ruszyliśmy do wejścia do szpitala. Usłyszałam zbliżające się wycie syren – karetka, przewożąca chorego na oddział ratunkowy na tyłach budynku. Źródłem nieustannego zadziwienia było dla mnie to, że ludzie, mimo całej swojej skłonności i talentu do stosowania przemocy, potrafili zbudować coś tak rozsądnego jak system ochrony chorych czy rannych i poświęcić temu tyle czasu i energii.

Usłyszałam nagły pisk opon, kiedy karetka zmieniła kierunek. Rozejrzałam się i zobaczyłam masywny metalowy pojazd wpadający na chodnik, dziko podskakujący, kierujący się wprost na nas.

Mocno odepchnęłam Luisa i Turnera na bok. Nie miałam nawet czasu zerknąć, gdzie wylądowali, bo karetka gwałtownie skręciła i ruszyła w moją stronę. Za szybą widziałam kierowcę, który szaleńczo starał się zatrzymać samochód albo skręcić kierownicą, ale nie panował nad pojazdem. Podobnie jak pasażer z tyłu i drugi ratownik był zdany całkowicie na łaskę siły, która zawładnęła jego samochodem.

Odwróciłam się i puściłam pędem po czarnym asfalcie. Na szczęście nie było po drodze samochodów, a ja, kiedy nie miałam wyjścia, potrafiłam osiągać prędkości, które nawet dla mnie samej były zaskakujące. Karetka została w tyle, ale nagle usłyszałam ryk silnika, kiedy zaczęła przyspieszać. Dzieląca nas odległość zmniejszała się. Słyszałam ponury huk oceanu i jeszcze głośniejsze dudnienie mojego serca. W biegu dmuchnęłam mocą we wszystkie cztery koła. Rozległo się potworne „bum!” Karetka w jednej chwili wylądowała z hukiem na nagich metalowych felgach, a popękana guma rozprysnęła się we wszystkie strony pod wpływem siły pędu. Auto straciło prędkość, ale wyczuwałam, że to, co gna je do przodu, nie podda się łatwo.

Ja też nie.

Dotarłam do końca parkingu. Znajdowało się tam ogrodzenie z siatki, na szczycie stromego stoku porośniętego kocim pazurem; wspięłam się na trzymetrowe wzniesienie i zaczęłam się wspinać na płot.

Kiedy znalazłam się na jego szczycie, karetka wjechała na krawężnik i siłą ruszyła na wzgórze w moją stronę. Jednak bez opon metalowe felgi zaryły w ziemi. Nie znajdując oparcia, samochód zaczął się ześlizgiwać w dół. Słychać było tylko ryk silnika.

Zeskoczyłam z płotu na dach karetki. Ukucnęłam i z tego dogodnego punktu obserwacyjnego rozejrzałam się w ciemności.

– Jesteś blisko – wyszeptałam. – Wiem to.

Wystawiając się na cel, miałam nadzieję, że namierzę atak, zanim nastąpi. W ułamku sekundy poczułam, jak eter zaczyna zalewać siła, czerwono-czarny puls, kierujący się w moją stronę i z całych sił starałam się określić rodzaj ataku. Tym razem nie były to ziemskie siły.

Ogień.

Pojawił się jako gorący strumień światła, wielki jak ludzka głowa, lśniący rozpaloną bielą, niosący płomienie i dym. Prawą dłonią wyczułam miejsce, gdzie dach karetki łączył się z przednią szybą i go oderwałam. Następnie zeskoczyłam na ziemię przy tylnych drzwiach. Zdarłam dach całkowicie, otwierając karetkę jak wielką puszkę sardynek. Dach karetki spadł na ziemię z donośnym hukiem. Nadal był jednak połączony z karetką u samej góry, tworząc osłonę nad moją głową.

Wzmocniłam tę osłonę, zanim w sam jej środek zdążyła uderzyć ogniowa kula. Dwadzieścia centymetrów od mojej twarzy metal zalśnił przytłumioną błotnistą czerwienią, a ja wyczułam przepływające fale gorąca. Ponieważ zdawałam sobie sprawę, że metalowa osłona nie powstrzyma takiego ataku, wzbiłam w górę fontannę wilgotnej ziemi, która opadając, najpierw stłumiła ogniową kulę, a potem ją zasypała.

Usłyszałam syk, kiedy ogień zaczął wygasać.

Wyłoniłam się zza barykady i spojrzałam w stronę, z której nadszedł atak.