Выбрать главу

Nie miałam wątpliwości, że mnie zna. Nienawiść w jej oczach była zdumiewająca. Wykrzywiała jej twarz, wyginała ciało tak, jakby chciała się na mnie rzucić.

– Nienawidzę cię! – Jej przerażająco głośny krzyk odbijał się echem od surowych ścian i płytek, jakby co najmniej gromada dzieci wykrzykiwała te słowa. – Nienawidzę cię!

Pościel zaczęła dymić i agent Turner pojawił się, żeby zdusić ogień. Jego siła z pewnością nie dorównywała sztucznie wywołanej sile małej Brianny, ale był w stanie poradzić sobie z ubocznymi skutkami złości dziewczynki. Na razie.

– Wiem, że mnie nienawidzisz – kontynuowałam. – Nienawidzisz mnie, bo powiedziano ci, że dopuściłam się potwornych rzeczy.

– Zabiłaś ich! – krzyknęła i opadła na poduszki pod uspokajającym wpływem Luisa, rzucając się w niekontrolowany sposób. – Zabiłaś moich rodziców! Widziałam to!

Aha. To w ten sposób Perła zapewniała sobie lojalność swoich żołnierzy, przynajmniej tych skierowanych przeciwko mnie; pokazywała im przerażający obraz ze mną jako czarnym charakterem w roli głównej. W rzeczywistości to Perła, a raczej któryś z jej zaufanych podwładnych zabił rodziców Brianny, upodabniając zabójcę do mnie. Całkiem możliwe, że Briannie pokazano odpowiednio zmontowane zdjęcia albo film, z których wynikało, że to ja jestem wszystkiemu winna. Dzieci przyjmowały wszystko bardzo dosłownie. Nie miała powodu sądzić, że ktoś ją okłamuje.

Nie było najmniejszego sensu przekonywać Brianny, a raczej usiłować jej przekonać, że to nie ja zabiłam jej rodziców. Przerwałam rozmowę i spojrzałam na Luisa i Turnera.

– Pójdę – powiedziałam. Skinęli głowami. Tunerowi najwyraźniej ulżyło, Luis miał zawziętą minę, ale przecież skupiał prawie wszystkie wewnętrzne siły na dziewczynce.

Słyszałam jej krzyki, idąc przez korytarz, później jednak umilkła. Oparłam się o ścianę z zamkniętymi oczami i nasłuchiwałam jej głosu, łez i złości.

Nie jestem twoim wrogiem, posłałam do niej myśl, chociaż Brianna ani jej nie usłyszała, ani nie chciała usłyszeć. Została dogłębnie zraniona, jeżeli nie fizycznie, to psychicznie. Jej ból był ceną za determinację Perły, aby usunąć mnie ze swojego równania.

Uśmiechnęłam się dziko. Zobaczymy, siostro, pomyślałam. Zobaczymy, kto wygra.

Wyjęłam szkatułkę z listą z kurtki i przytrzymałam ją w prawej dłoni. Tym razem zaskakująco trudno było ją otworzyć protezami palców lewej dłoni. W końcu mi się udało, chwyciłam listę i zaczęłam przeglądać rząd nazwisk. Tylu nazwisk. Tylu dzieci, z których każde narażone było na wielkie ryzyko.

Na pewno jest coś, co mogę zrobić. Kiedy dotykałam nazwisk metalowym palcem, poczułam odległe echo. Nie był to ten sam intensywny kontakt, jakiego doświadczyłam wcześniej, przypominał bardziej szept, coś na krawędzi świadomości.

Metal wytwarzał barierę obojętności pomiędzy mną a mocą listy. Poczułam przypływ zainteresowania, niemal nadziei i z trudem nad nim zapanowałam. Nie ma dowodów, pomyślałam. Dopóki Perła nie zaatakuje i nie uda jej się mnie dotknąć.

Usiadłam na pobliskiej ławce i spróbowałam jeszcze raz, dotykając pierwszego nazwiska, a potem kolejnego. Doświadczyłam pogmatwanych, niewyraźnych odczuć. Zwykłe życie, pomyślałam. Nic, co mogłabym bez trudu wychwycić. Przesuwałam palcem po liście, dopóki nie wyczułam czegoś niezwykłego.

Intensywne, dzikie wrażenie. Zawładnęło mną na chwilę, a później poczułam wyraźnie. Wściekłość. Strach. Przerażenie.

Zerknęłam na nazwisko pod palcem.

Alex Carter. La Jolla, Kalifornia. Działo się to tutaj, dokładnie tutaj.

Wzięłam oddech i położyłam palec wskazujący prawej, cielesnej ręki na nazwisku Alexa i wzdrygnęłam się, kiedy przetoczyła się przeze mnie fala odczuć, przenikając moje nerwy do żywego. Wraz ze strachem i bólem przyszła świadomość, pewna i instynktowna.

Wiedziałam, gdzie jest. I nie był wcale daleko.

Zatrzasnęłam listę, zamknęłam szkatułkę i wsunęłam do kieszeni kurtki. Ciągle słyszałam zaspany, wściekły głos Brianny, przerywany głosem Luisa albo Turnera.

Nie, pomyślałam. Ta sprawa należy do mnie, do mnie.

Jak na zawołanie, kiedy kierowałam się do wyjścia, zadzwonił mój telefon komórkowy. Odebrałam, nie patrząc na wyświetlacz.

– Rashid – powiedziałam. Żadnej reakcji. – Rashid, gdzie jesteś? Cały czas śledzisz faceta, który uprowadził Glorię? Przywitał mnie szum zakłóceń, zakłóceń wśród których usłyszałam głos dżinna.

– …pomocy… – Nie był już dumny. Nie był już pewny siebie. Bał się. A w każdym razie takie sprawiał wrażenie.

– Powiedz mi gdzie. Nie odezwał się, ale na wyświetlaczu pojawił się plik danych z mapą i pulsującym punktem.

– Jadę – powiedziałam i wybiegłam w ciemność. Na specjalnym parkingu przed szpitalem stało kilka motocykli. Włożyłam do stacyjki kawałek drutu i roztopiłam go, po chwili płynna masa zastygła, zamieniając się w idealny kluczyk.

To był harley – najwyraźniej bardzo popularna marka. Wydawał mi się jeszcze większy niż ten, którym jechałam ostatnio, cały chromowany, z ciężkimi sakwami z czarnej skóry. W jego liniach dostrzegłam agresję. Złość.

Od razu go polubiłam. Pasował do mojego nastroju.

Otwarłam przepustnicę i motocykl rykiem ruszył sprzed szpitala. Skierowałam się w stronę, gdzie według maleńkiej mapy znajdował się Rashid. Różany Kanion – nie przypadkowo, nie miałam wątpliwości – w tym samym miejscu wyczułam obecność męczonego dziecka Strażników, aleja Cartera. Naciskałam gaz coraz mocniej i mocniej. Światła wokół mnie zlały się w jedną smugę. Pędziłam niebezpiecznie szybko, za szybko nawet jak dla dżinna, którym już nie byłam. Ale rzeczywistość była nieubłagana – Rashid znalazł się w pułapce, a Alex Carter cierpiał. Groziło mu niebezpieczeństwo. A ja byłam przekonana, że jeśli się pośpieszę, mogę im pomóc.

Nie udało mi się.

Skręciłam w boczną uliczkę, skupiona całkowicie na mapie, na tym, żeby znaleźć jakąś drogę na skróty. Ciemne budynki migały obok mnie jak czarne plamy.

I nagle coś uderzyło mnie od tyłu. Było to jak silny cios pięści giganta. Motocykl ruszył do przodu w niekontrolowanym poślizgu, potem poczułam, że lecę w powietrzu, a świat zawirował wokół mnie. Usłyszałam brzęk tłuczonego szkła i rozbijanego metalu i zobaczyłam odbicie swojej twarzy w lustrze. Nie, nie w lustrze, w szybie okiennej ciemnego budynku, w który wbiłam się z prędkością niemal stu pięćdziesięciu kilometrów na godzinę, rozbijając szybę z taką siłą, że duża jej część zamieniła się niemal w proch. Krawędzie szklanej tafli okazały się jednak śmiertelnie ostre i poczułam, że szarpią moje ciało jak zęby rekina, tyle że przez jedną krótką chwilę. Potem uderzyłam w ścianę i poleciałam do tyłu. W miejscu, w które wcześniej uderzyłam, dostrzegłam plamę krwi… a potem leżałam na ziemi, nieruchomo, widziałam tylko w górze kołyszące się światła. Usłyszałam odgłos butów miażdżących szkło.

Spoglądał na mnie dżinn. Rashid. Przystojny, egzotyczny i zupełnie beznamiętny.

– Jesteś ciężko ranna – stwierdził. – Co obetniesz sobie tym razem, żeby się uratować, Cassiel? Głowę? Byłoby zabawnie.

Odwróciłam się na brzuch i próbowałam powoli wstać, podpierając się na rękach i kolanach.

Ciężki but Rashida wbił mi się w plecy, wgniatając mnie twarzą w potłuczone szkło. Być może krzyknęłam. Czułam jednak spokój i usiłowałam logicznie myśleć. Ale nie mogłam się podnieść.

– Rashid – powiedziałam i odwróciłam twarz na bok, spoglądając na niego przez splamione krwią jasne włosy. – Wcale nie wyglądasz, jakbyś potrzebował pomocy. – W moim głosie było coś dziwnego. Lekkość, beztroska, niemal obojętność. Mój wewnętrzny dżinn wyłaniał się jak potwór z ciemności.