Выбрать главу

Rashid spojrzał na mnie z góry. Powoli uniósł brwi i otworzył szerzej oczy. – Od ciebie? – spytał i ziewnął, ukazując ostre jak igły zęby. – Ja miałbym potrzebować pomocy? Nie. Nigdy.

– Ktoś do mnie zadzwonił – wytłumaczyłam. – Ktoś, kto podszywał się pod ciebie. Dostałam mapę. Przyjechałam, żeby cię ratować.

– Zabawne – skwitował. – Ale bez znaczenia. Nie jestem aż tak przeczulony, żeby się tym przejmować, żeby obrażać się o coś, co nawet mnie nie dotyczyło.

– A powinieneś – powiedziałam. – Jeżeli nie zostałeś stworzony przez Perłę. Wykorzystuje cię, żeby mnie do siebie zwabić. Czy to cię nie obraża?

Ciężar jego buta na moich plecach zelżał. Rashid niemal kocim ruchem przysiadł na piętach obok mnie i wpatrywał się we mnie z nieludzką intensywnością.

– Nie jestem przez nikogo stworzony.

– Tak mi się właśnie wydawało – podjęłam. – A jednak mnie zaatakowałeś. – Byłam ranna, co prawda nie śmiertelnie, ale nie chciałam, żeby zobaczył jak bardzo. – Skoro nie należysz do niej, to dlaczego mnie zaatakowałeś?

– Nie zaatakowałem cię. – Rashid wzruszył ramionami. – Tylko zobaczyłem twój wypadek. Dlaczego miałbym na ciebie napadać? Co ja mam z tym wspólnego?

Przewróciłam się na bok w miazdze potłuczonego szkła i spojrzałam na niego w górę. Uniósł brew.

– W takim razie, czyja to sprawka?

– Masz naprawdę imponującą liczbę wrogów – zauważył. – Jednak ja niekoniecznie się do nich zaliczam. Przyszedłem zobaczyć, czy jesteś martwa, to wszystko. Byłem ciekaw.

Ciekawy. Akurat. Poczułam przypływ zimnej, chorobliwej złości, ale stłumiłam ją. Złość nie pomoże mi poradzić sobie z Rashidem ani z żadnym innym dżinnem, chyba że mogłabym walczyć.

– Dziękuję, że sprawdziłeś – powiedziałam, nie mogąc ukryć sarkazmu w głosie. – Skoro nie ty…?

– Jakiś człowiek – powiedział to tak, jakby wszyscy byli jednakowi. Z jego punktu widzenia najprawdopodobniej tak to właśnie wyglądało.

– Pomóż mi wstać – poprosiłam.

– Będzie boleć.

– Wiem, dziękuję. Pochylił się, wsunął mi rękę pod ramię i podciągnął mnie, żebym mogła stanąć. Przytrzymałam się ściany. Krew ciekła ze mnie i plamiła podłogę. Skupiłam się mocno na tym, żeby powstrzymać krwotok z ran – z setek ran, małych i śmiertelnych nacięć, od których mogłabym wykrwawić się na śmierć.

– Stoisz – zdumiał się Rashid. Był najwyraźniej zaskoczony. Otworzyłam oczy i spojrzałam na niego. – Cóż, być może chwilowo.

– Posłuchaj mnie – powiedziałam. – Ta wojna nie toczy się przeciwko ludziom, rozumiesz? To wojna przeciwko dżinnom. Przeciwko tobie. Możesz walczyć teraz albo później, kiedy Perła będzie o wiele silniejsza. Wybór należy do ciebie.

– Proponujesz mi, żebym walczył po twojej stronie? Biorąc pod uwagę, jak dobrze ci idzie do tej pory? Jestem zaszczycony. – Spojrzał w ciemność, jakby nasłuchiwał czegoś w oddali. – Coś po ciebie jedzie. Powinnaś uciekać.

– Rashid – prychnęłam. – Walcz ze mną albo zejdź mi z drogi raz na zawsze. Nowe dżinny muszą być zawstydzone, że jest wśród nich taki tchórz.

Zamarł, twarz mu znieruchomiała, oczy zapłonęły, a później usłyszałam głuche warknięcie, które narastając, odbiło się echem od ścian. Szkło, które jeszcze się nie roztrzaskało, pękło w tej chwili z ostrym, głośnym brzękiem.

Później Rashid odwrócił się i oparł przy mnie plecami o ścianę.

– Jeżeli zginiesz – odezwał się -… nie będzie mi zbyt przykro. Ale nie pozwolę, żebyś przeżyła i opowiadała swoje kłamstwa o moim tchórzostwie.

– Uwierz, że mnie też nie będzie przykro, jeżeli ty zginiesz – powiedziałam i zakaszlałam. Krew zrosiła powietrze delikatną mgłą, ale poczułam się lepiej. – Kto po nas jedzie?

– Nie kto, tylko: co – sprostował.

Ulica eksplodowała z hukiem rozpadającej się skały. W gejzerze dymu oraz pyłu fruwały kawałki metalu i kamienia, i coś… podniosło się z gruzów.

Nie. Powstało z gruzów. Kawałek po kawałku, kamień po kamieniu. Z bardzo niewyraźnie przypominającym głowę głazem. Ze straszliwie powykręcanym metalem w miejsce rąk, zakończonych ostrymi pazurami, które iskrzyły od przepływającego prądu elektrycznego z podziemnych linii napięcia. Ciało ukształtowane z gorącego asfaltu naszpikowanego śmieciami, metalem i krzycząca twarz wtopiona w tors, była to twarz pechowego przechodnia schwytanego w to szaleństwo w chwili śmierci. Kolejna dusza na moim sumieniu.

Bestia odwróciła głowę w naszą stronę. Kiedy zaczęła się toczyć z łoskotem w stronę budynku, uderzyła w poskręcany wrak harleya, którym wcześniej jechałam, odkształciła go jeszcze bardziej i zdeformowała, a potem pochłonęła, wzmacniając swoją zbrojną szatę.

Bestia przypominała golema, którego ktoś wskrzesił. A golem będzie się odradzał bez przerwy, dopóki nie zostanie zniszczone nasienie, z którego powstał.

Ale szukanie nasienia przypominałoby szukanie igły w stogu siana.

– Nie jest dobrze – powiedział Rashid. – Wiesz, jak to powstrzymać?

– Teoretycznie.

– Poza teorią nie masz nic – prychnął. – Przyjdzie po jedno z nas i nie zwróci uwagi na drugie; niezależnie od tego, które z nas wybierze, drugie musi podjąć działania. I żadnego gadania o tchórzostwie czy hańbie, bo inaczej odetnę ci drugą rękę i cię nią nakarmię.

Miałam wrażenie, że nie żartuje.

– Jeżeli upadnę… – zaczęłam.

– To nie żyjesz – odpowiedział. – A ja mogę odejść, nie dając powodu do dalszych obelg na temat mojej odwagi. Wydaje mi się zatem, że byłoby lepiej, gdybyś nie umarła, jeżeli chcesz, żebym walczył z tobą przeciw twoim wrogom.

Uśmiechnęłam się do niego, pokazując zakrwawione zęby.

Rashid, z powodów, których nie byłam w stanie pojąć, roześmiał się i odsunął ode mnie, wychodząc naprzeciw czekającego potwora. Z każdym krokiem robił się coraz większy. Rósł w oczach, mając za nic jakiekolwiek ludzkie zasady.

Kiedy znalazł się tuż obok golema, był mu prawie równy.

Uchylił się przed nikczemnymi, wyszczerbionymi szponami bestii, przystawił mu ramię do piersi i pchnął go w tył z ogłuszającym zgrzytem metalu trącego o kamień. Golem cały czas się formował, cały czas uczył się siły i równowagi, które zmieniały się, gdy pochłaniał coraz nowsze szczątki, nową masę ze zniszczonej ulicy. Kiedy uderzył o smukły metalowy słup latarni, światło rozbłysnęło, zamigotało i cała konstrukcja zgięła się i skręciła, oplatając golema jak winorośl. Przez sekundę myślałam, że jest w pułapce, że to Rashid go spętał, ale golem po prostu wchłonął metal, wyrywając słup z betonowych fundamentów.

Zmylił Rashida ogłuszającym hukiem, jakby walącej się budowli, a kiedy Rashid się cofnął, golem odwrócił się i podbiegł do mnie wstrząsającym ziemią truchtem. Jednak to ja byłam jego prawdziwym celem. A golema nie dało się po prostu zabić.

Jak powiedział wcześniej Rashid: ponieważ to mnie chciał zniszczyć golem, jedynym moim zadaniem było przeżyć. Rashid natomiast miał tak wykorzystać nastawiony na jeden cel umysł golema, żeby go zniszczyć. Teoretycznie powinnam doznać ulgi na myśl o tym, że kiedy uciekałam i walczyłam o życie, był ktoś, kto wysilał się, żeby zapewnić mi przeżycie.

A ponieważ tym kimś był Rashid, nie miałam żadnej gwarancji, że podejdzie do tego zadania z pełnym zaangażowaniem. Nie zachęcało mnie to do ryzyka.

Typowa obrona, jaką mógłby zastosować człowiek, żeby odeprzeć atak, wobec golema byłaby bezużyteczna. Wszystko, czym rzuciłabym w golema, zostałoby przez niego wchłonięte i przyczyniłoby się do tego, że urósłby jeszcze bardziej w siłę. Dlatego postanowiłam, że będę uciekać. Wysadziłam dziurę w ścianie na tyłach zdemolowanego sklepu z ciuchami, jak sobie później uzmysłowiłam. W sklepie stały upiornie nieruchome figury manekinów, zamarłe w dziwacznych pozach. Wywołałam już spore zniszczenia, które jednak były niczym w porównaniu z tym, co zaraz miał zrobić golem, a ja nie mogłam zrobić nic, żeby temu zapobiec, nawet gdybym chciała.