Выбрать главу

Czułam się teraz niebezpiecznie osłabiona i potrzebowałam uzdrowienia. Energia, którą zaczerpnęłam od Luisa, w normalnych okolicznościach wystarczyłaby, żebym sobie poradziła, ale te okoliczności były dalekie od normalnych. Potrzebowałam większej ilości energii.

Będzie go to bolało, ale musiałam ją mieć. W tej chwili od tego zależało moje życie.

Przystanęłam, oparłam się o ścianę i otworzyłam połączenie między nami, poszerzając je do maksimum. Napłynęła do mnie moc, zalewając moje żyły złotem, wymywając ból i zmęczenie. Rany się zagoiły, ale tylko na tyle, żeby zapobiec utracie krwi. Bliznami trzeba będzie zająć się później. Uniknęłam złamań, ale miałam kilka wewnętrznych urazów. Zrobiłam, co mogłam i zgromadziłam ostatni cenny zapas energii.

Wyczuwałam ból Luisa z powodu tego, co zrobiłam. Przepraszam, wyszeptałam przez połączenie. Zostawiłam go bezbronnego, niemal zniszczonego. Nie mógł mi dać nic więcej. Wykorzystałam następny wybuch mocy, żeby wysadzić w ścianie dziurę mniej więcej moich rozmiarów, potem jeszcze wyważyłam drzwi w kolejnej ścianie i przedarłam się przez chmurę duszącego pyłu, potykając się o jedną z toczących się cegieł, i wyszłam z drugiej strony budynku, na wąską dróżkę na tyłach. Nad drzwiami wisiał odrapany, brudny szyld z nazwą firmy, tuż po lewej stronie stał wielki, zniszczony metalowy śmietnik. Przebiegłam uliczką najszybciej, jak mogłam, pognałam kolejną boczną ulicą niemal w zupełną ciemność. Nie zatrzymywałam się nawet na chwilę.

Słyszałam za sobą bezustanny chrobot golema, wchłaniającego wszystko, co stanęło mu na drodze. Gigantyczny metalowy kontener na śmieci wydał niemal organiczny pisk, kiedy golem rozdzierał go, deformował i wykorzystywał do zbudowania swojego ciała. Z każdą chwilą potwór stawał się coraz większy, silniejszy, cięższy i bardziej niebezpieczny dla mnie oraz dla wszystkiego, co stanie mu na drodze. Pobiegłam w stronę szerszej, oświetlonej ulicy, którą przejeżdżały samochody. Wyskoczyłam na jednię tuż przed nadjeżdżający pojazd. Był to van. Zahamował z piskiem opon, a spod przypalonych opon wydobyła się cienka smuga białego, cierpkiego dymu. Przez szybę dostrzegłam przerażoną twarz dobrze ubranego mężczyzny i o wiele młodszej dziewczyny, która niemal z pewnością nie była jego żoną. Szarpnęłam drzwi od strony kierowcy i otworzyłam.

– Wynocha – zwróciłam się do mężczyzny. Gapił się na mnie z szeroko otwartymi ustami, coś syknął, a ja rozpięłam pas, którym był przypięty, chwyciłam go za kołnierz, wywlokłam z samochodu i posadziłam na chodniku. Podniósł się i biegiem zniknął z drogi; dziewczyna siedząca na miejscu pasażera patrzyła za nim, a potem spojrzała na mnie szeroko otwartymi oczami.

– Wisisz mi pięćdziesiąt dolców, suko – oznajmiła. – Jeszcze mi nie zapłacił.

– Daruję ci życie – powiedziałam. – Możesz uznać to za napiwek, na który nie zasługujesz. Wysiadła, kiedy ja zatrzaskiwałam drzwi kierowcy i zanim oddaliła się o krok, wcisnęłam pedał gazu, przyśpieszając gwałtownie. Opuściłam szyby i patrzyłam we wsteczne lusterko. Widziałam iskry, kiedy waliły się linie wysokiego napięcia, niebieskobiałe płomienie, kiedy wybuchały za mną transformatory.

Golem był czarny, rzucał cień w blasku gwiazd, przerażający tym bardziej, że był taki bezkształtny.

Dojechałam vanem do zakrętu i znów przyspieszyłam, kierując się na północ. Rashidowi najwyraźniej nie udało się wykonać zadania – nie odnalazł i nie zniszczył nasienia, z którego golem czerpał moc, więc musiałam wymyślić plan awaryjny. I to szybko.

Świeża bryza przyniosła zapach oceanu i odgłos fal uderzających o brzeg.

Woda. Oczywiście.

Na pierwszym możliwym zakręcie na zachód ruszyłam w stronę wybrzeża. Na szczęście znajdowałam się blisko. Zerkając we wsteczne lusterko, zorientowałam się, że choć obszar poza mną spowijała ciemność, czarna jak atrament i nieprzenikniona, jednak widać było ruch. Błysk metalu. I nieustanny metaliczny zgrzyt, jakby potężny silnik za mną bez przerwy rozdzierał świat.

Nagle na siedzeniu pasażera pojawił się Rashid. Wiedziałam, że nie jest związany fizycznym ciałem. Jeśli dżinn został zraniony zbyt głęboko, aby to zranienie mogło zostać uleczone w eterycznym ciele, pozostawało ono widoczne w każdej fizycznej postaci, jaką przybierał.

Rashid wyglądał na… pokonanego. Na nagiej piersi w kolorze indygo zobaczyłam długie rozcięcie, krew miał na twarzy, na dłoniach, rękach… i nie była to krew golema. Golem nie krwawi.

Siedział przez chwilę nieruchomo, z trudem łapiąc oddech, a w końcu odchylił głowę i oparł o zagłówek.

– Nie mogę się do niego przebić. Jest za silny.

– Poddajesz się – skwitowałam. – Ty. Rashid potężny. Rashid butny.

– Daruj sobie – powiedział i poirytowany otarł krew z twarzy, a później zrobił zniesmaczoną minę i wyczyścił purpurowe plamy z siedzenia vana. – Masz potężnych wrogów jak na kogoś, kto już odpadł. Dlaczego tak strasznie chcą cię zabić?

– To cały mój urok.

– Ach, to wiele wyjaśnia. – Rashid lekko zadrżał, a ja dostrzegłam, że rozcięcie na jego piersi zrasta się w paskudną bliznę. Zdrowiał, ale niezupełnie w takim tempie, w jakim powinien zdrowieć dżinn. Rana, którą odniósł, musiała być głęboka i sięgać poziomu eterycznego. – Musisz opuścić to miejsce. Golem będzie miał ograniczony zasięg. Jeżeli odjedziesz…

– Pójdzie za mną, będzie coraz większy i zniszczy wszystko, na co się natknie – powiedziałam. – Nie jestem dżinnem. Nie mogę przeskoczyć z jednego miejsca w drugie, żeby zakłócić ślad. Wcześniej czy później mnie znajdzie, a im więcej czasu mu to zajmie, tym silniejszy się stanie.

– W takim razie nie masz szans, żeby wygrać. – Rashid na chwilę zamknął oczy.

– Nie poddam się.

– To jak zamierzasz… – Rashid zamilkł, kiedy skręciłam kierownicą, a samochód z piskiem opon niemal rozbił się o bok budynku, gdy pędziłam kolejną boczną uliczką. Była to ostatnia z przemysłowych dzielnic. Za nią, wzdłuż morza, ciągnął się długi pas równego asfaltu. Dalej znajdowały się już tylko parkingi, metalowe barierki i skaliste wybrzeże z szalejącym, mrocznym oceanem w tle, rozświetlonym blaskiem księżyca. – Nie mówisz poważnie.

– Trzymaj się – powiedziałam do Rashida i z głośnym hukiem i odgłosem ocierającego się metalu wjechałam na krawężnik, żeby dostać się na jeden z opustoszałych parkingów. Pomiędzy parkingiem a promenadą, po której w słoneczny dzień zapewne spacerują ludzie, napawając się pięknymi widokami, znajdowała się solidna metalowa barierka.

Wcisnęłam gaz do dechy, zwiększyłam prędkość, aż silnik zawył. Samochód przyśpieszył, podskoczył, a jego masa i pęd pokonały metalową barierkę. Opony zaskoczyły i pchnęły nas do przodu, ponad zgniecioną stalą. Poczułam, że jedna pęka i wybucha, ale pozostałe wytrzymały. Za nami z ciemności wyłonił się golem, czaił się o krok za nami. Był teraz wysoki jak budynek w centrum miasta – chwiejąca się masa zdartej nawierzchni jezdni naszpikowana pochłoniętymi odpadami, samochodami i pechowcami, którzy weszli mu w drogę. Koszmar wyciągał rękę w stronę vana i wymachiwał kończyną, która w niewielkim stopniu przypominała dłoń.