Metalowe kolce wielkości dźwigarów przebiły dach vana i przyszpiliły samochód do skały. W unieruchomionym vanie silnik zawył, opony płonęły, a ja uświadomiłam sobie, że to koniec. Nie przeżyjemy tego.
– Uciekaj! – krzyknęłam do Rashida i wyskoczyłam drzwiami po mojej stronie. Nie czekałam, żeby sprawdzić, czy mnie posłucha, wiedziałam, że nie mam czasu. Golema dzielił ułamek sekundy od tego, by osiągnął swój cel i nie miał zamiaru się poddać. Nie teraz.
Pięść z kamienia i metalu uderzyła w samochód, zrównała go z chodnikiem i zniszczyła jakikolwiek ślad po nim.
Od skalistej krawędzi klifu dzieliło mnie półtora metra. O skałę poniżej uderzały fale.
Biegłam.
Golem – zmieniająca się nieustannie niszczycielska masa – ukucnął i pochłonął wrak samochodu. Nie widziałam Rashida, kiedy golem miażdżył i deformował metal, plastik i szkło, ale wiedziałam, że nie mam czasu, żeby się gapić. Albo przeżyje, albo nie. I tak nie byłam mu w stanie pomóc.
Zebrałam resztki sił i puściłam się pędem do krawędzi klifu. Kiedy dotknęłam stopą ostatniej skały, pozwoliłam, żeby moja siła eksplodowała, wyskoczyłam w górę, by po chwili runąć w stronę oceanu.
Przebiłam się przez powierzchnię wyciągniętymi w przód rękami i zanurzyłam się głęboko w wodzie. Szok wywołany zimnem był na tyle duży, że przez kilka sekund przestałam myśleć, kiedy pęd niósł mnie głębiej, a wokół mnie rosło ciśnienie. Pod powierzchnią fal było tak ciemno, że poczułam się zagubiona, zawieszona w mroźnej nocy, a moje ciało niemal natychmiast zaczęło głośno protestować. Za zimno, zbyt duże ciśnienie, brak tlenu. Nie byłam Strażniczką Pogody, woda to nie moje środowisko. Miałam poczucie, że osaczają mnie pierwotne złe moce.
Nagle potężna fala wzburzyła wodę wokół mnie, sprawiając, że zaczęłam koziołkować w srebrzystym wirze pełnym bąbelków powietrza.
Na dno zaczęło opadać coś olbrzymiego i ciemnego. Co ciekawe, niosło ze sobą światło – były to reflektory samochodów, nadal zasilane akumulatorami, uwięzione w ogromnym, lepkim ciele golema.
Golemy są przerażająco silnymi bestiami, których nie można pokonać, ale mają jedną słabość.
Nie potrafią pływać.
Kończyny golema machały bezużytecznie, rozbryzgując wokół wodę. Olbrzymia ilość metalu i kamienia, która go utworzyła i trzymała przy życiu, i dzięki której stał się taki niepokonany, w wodzie była jak kotwica, a ja unosiłam się w wodzie, przyglądając się, jak mija mnie i opada coraz niżej i niżej, w głębię pode mną. Światłą samochodów cały czas świeciły, oświetlając jego zmagania.
Zebrałam siły i zaczęłam płynąć ku powierzchni. Lodowata woda pozbawiała mnie sił, a brak tlenu wkrótce wprawi w dezorientację i każe mi oddychać, chociaż tu nie ma czego wdychać. Golem został unieszkodliwiony, pewnie na dobre, jeśli nie uda mu się wydostać z pułapki, zanim nasienie pod wpływem działania słonej wody się nie rozpuści. A wtedy golem zmieni się w bezkształtną masę odpadów porozrzucanych na dnie oceanu, stanowiąc zagadkę do rozwiązania przez przyszłych archeologów.
Ale znajdowaliśmy się blisko wybrzeża i mimo wszystko golemowi mogło się udać wydostać, gdyby ruszył dnem oceanu, wspinając się po skałach, zanim korozyjne działanie soli dotrze do jego serca.
Biała kometa siły rozdarła wodę i zdmuchnęła mnie na bok. W nieskoordynowanej plątaninie kończyn przyglądałam się, jak opada leniwym spiralnym ruchem w ciemność, gdzie słabo odbijał się blady blask oświetlenia golema. Nie miałam pojęcia, co to jest. Już mnie to nawet nie obchodziło.
Płuca zaczęły mnie boleć i kurczyć się, łaknąc powietrza. Nie mogłam czekać, nawet gdybym chciała. Wybiłam się w stronę powierzchni, z całych sił przedzierając się przez ciemność, nie widziałam nic, co mogłoby mnie poprowadzić. W końcu namierzyłam blade światło księżyca przebijające się przez fale i wystrzeliłam w stronę powierzchni, gnana ostatnim rozpaczliwym przypływem energii.
Myślałam, że się wynurzyłam i otworzyłam usta.
Oddech, który wzięłam, składał się w równej części z wody i powietrza, a ja zaczęłam pluć, krztusić się, kaszleć. Spróbowałam jeszcze raz, wiedząc, że jeżeli i tym razem mi się nie uda, nie starczy mi sił, by zachować przytomność.
A to oznaczałoby śmierć.
Do płuc napłynęło mi ciepłe, słodkie powietrze. Unosiłam się na powierzchni, kaszląc i nabierając niepewnie powietrza. Wokół mnie burzyła się woda, ciemna i zimna. Po golemie nie było śladu. Zniknął, jakby nigdy nie istniał. Nie pozostały po nim nawet bąbelki.
I nagle, głęboko pode mną, dostrzegłam jasne białe światło, które rozbłysło niczym wybuch, któremu nie towarzyszyła siła. Było tylko światło, które nie gasło – rozprzestrzeniło się i zniknęło w dole jak mały jasny punkcik. Zamieniło się w jasną kropeczkę. Błysk komety, gnającej w moją stronę.
Płynęłam z całych sił, doskonale zdając sobie sprawę z tego, że jestem skazana na niepowodzenie już w chwili, kiedy podjęłam się wysiłku. Woda pozbawi mnie moich ziemskich możliwości, nawet jeżeli posiadałam jeszcze energię do przygotowania obrony. Poruszałam się zaledwie z prędkością zmęczonego człowieka, nie miałam szans z tym, co mogłoby wystąpić przeciwko mnie, zwłaszcza jeśli byłby to Strażnik Pogody, który ma władzę nad samą wodą.
Woda dookoła mnie przybrała kolor lśniącego błękitu, a później płomiennej bieli, kiedy gnający kształt się zbliżał. Przebił powierzchnię wody trzy metry od mnie, a światło zamigotało, zblakło, a w końcu zgasło.
Na powierzchni wody leżał Rashid, a w jego oczach odbijał się księżyc. W jego blasku skóra Rashida, która zwykle miała barwę indygo, wyglądała blado, a jego ciało pokryte było ranami ciętymi, które się nie zabliźniły.
Podpłynęłam do niego, czując, że woda i chłód obezwładniają mnie jak czyjeś dłonie. Nogi miałam jak z waty, bezsilne, powoli traciłam czucie w rękach i dłoniach, które niezdarnie odgarniały wodę.
– Bestia nie żyje – powiedział Rashid i rozpostarł lewą dłoń. Spoczywała w niej lśniąca metalowa kula. Wypaliła na jego dłoni czerwony krąg. – Nasienie. Trzeba je zniszczyć. Nie może tego zrobić dżinn.
Wzięłam je od Rashida, a on łapczywie zaczerpnął powietrza, co dobitniej niż jego mina powiedziało mi, jakiego cierpienia przysporzyło mu trzymanie nasienia golema. Rany zaczęły się powoli zasklepiać.
Nasienie było ciepłe w mojej dłoni i czułam jego wibracje, czułam, że jego moc znów się odnawia. Będzie nieszkodliwe tylko przez krótki czas.
Zamknęłam je w dłoni i zacisnęłam pięść.
Roztrzaskało się jak szkło, rozlewając na mojej dłoni coś ciepłego i śliskiego, podobnego do oleju. Kiedy znów rozpostarłam palce, zobaczyłam tylko maleńką kropelkę i skrawek przesiąkniętego olejem papieru z kilkoma niewyraźnymi znakami.
Chwyciłam go dwoma palcami i zanurzyłam w wodzie. Błyskawicznie rozpuścił się, zamieniając się w pianę.
Zniknął.
Nie widziałam zniszczenia golema, ale pewnie nie było wcale dramatyczne – spójność rzeczy po prostu… ustała, a części składowe porozrzucała siła grawitacji. Możliwe, że główny rdzeń istoty pozostał, ciężki i bezwładny, ze wszystkimi pochłoniętymi, oświetlonymi samochodami i martwymi ludźmi uwięzionymi wewnątrz. Wzdrygnęłam się lekko, myśląc, że to okropne mieć taki grób i zanurzyłam całą dłoń w wodzie, zmywając pozostałości oleju. Szczękałam zębami.
– Jedno ci powiem – oznajmił nieobecnym głosem Rashid. – Nie jesteś najnudniejszą ludzką istotą, jaką w życiu poznałem.
– Nie jestem ludzką istotą.
– Z każdą chwilą coraz bardziej się do niej upodabniasz – stwierdził i wzdychając, wyprostował się w wodzie. Woda spływała po jego ciele i włosach srebrzystymi strugami, podkreślając nieskazitelny kształt torsu i linię mięśni poniżej. Jak na kogoś, kto zdecydowanie nie jest człowiekiem, całkiem nieźle udało mu się skopiować formę, by człowieka przypominać. – Nie przeżyjesz długo w tej wodzie. Jest ci zimno.