Stwierdzał oczywistą prawdę. Popłynęłam w stronę skalistego wybrzeża, od którego bił blask świateł. Ciągle byłam niezdarna, obolała, ale zawzięta, żeby nie dać Rashidowi satysfakcji, że mnie uratował.
Rashid po chwili ruszył za mną, płynąc ze mną ręka w rękę. Wysiłek ogrzał moje ciało, oczyścił umysł i kiedy gramoliłam się w górę po kamieniach, omywana falami, miałam wrażenie, że może jednak przeżyję. Przekonanie to szybko się ulotniło, kiedy mokre ubranie przywarło do mojego ciała, odbierając mi całe ciepło, a do mnie dotarło, że nie mam czym dojechać do Różanego Kanionu, gdzie, jak pokazywała mapa, powinnam znaleźć Alexa, a może też inne dzieci, również Ibby Może zapobiegłabym w ten sposób innym atakom, szerzeniu się śmierci i cierpienia.
Gdybym tylko nie była tak bardzo zmęczona…
Rashid wspiął się na skały zwinnie jak pantera i spojrzał na mnie z góry. Był stuprocentowym dżinnem. Pięknym, doskonałym, butnym. Zaciekawiony przyglądał mi się, przechylając na bok głowę.
W końcu ukucnął i położył mi dłoń na ramieniu.
Ciepło zalało mnie jak powódź, przenikając do każdej komórki, przepływając przez nerwy i układ krwionośny. Budząc we mnie senne wrażenie zaspokojenia i niemal obezwładniające odczucie wyczerpania. Chciałam oprzeć głowę na zimnych skałach i zasnąć.
Jakoś pokonałam tę chęć, zwykłym uporem dżinna, ostatkiem dziedzictwa niekończącego się życia, które nigdy nie poddawało się słabości. Odsunęłam się od Rashida i z trudem stanęłam na nogach. Ubranie miałam suche dzięki jego wysiłkom.
Z przytłaczającym poczuciem przerażenia uświadomiłam sobie, że będę musiała naprawdę mu podziękować. Za to, że mnie uratował. Wydawało mi się to niewiele lepsze niż przegrana z golemem.
Rashid się uśmiechnął i nie wiem, czy celowo, czy nie, uratował mnie przed tą koniecznością.
– Kiedy następnym razem nazwiesz mnie tchórzem, wydrę ci kręgosłup i zbiję cię nim. Żeby była jasność.
– Idź. – Spojrzałam na niego groźnie.
– A ty nie potrzebujesz mojej pomocy.
– Nie.
– Kłamczucha. – Jego oczy były lśniące i radosne. – Gdzie twoja ludzka maskotka? Strażnik?
– Tam, gdzie jest potrzebny. Co cię to obchodzi?
– W zasadzie wcale. Byłem po prostu ciekawy. Wydaje mi się… że jesteś do niego przywiązana. – Niesmak w jego głosie znów sprawił, że się zjeżyłam. – Dziwnie było widzieć cię tu samą.
– Nie jestem przywiązana – warknęłam. – Jestem… – Uśmiechnęłam się promiennie. – Po prostu ciekawa. Wyraz samozadowolenia zniknął z twarzy Rashida, który odsunął się ode mnie. Jego twarz znów wyglądała jak beznamiętna maska, ale oczy nadal mu płonęły.
– Nie widziałem chodzącego po Ziemi golema od kilku tysięcy lat – powiedział. – Ciekawe, że twoi wrogowie mają taką niezwykłą… pamięć, nie uważasz?
Pamięć i moc, pomyślałam, ale nie powiedziałam tego na głos. Stworzenia golema nie wymyśliłoby dziecko, a już z pewnością nie samo; dzieci Strażników wysyłane za mną do tej pory miały moc, ale była to rozproszona brutalna siła, nie precyzja. Nie tego rodzaju subtelna i ukierunkowana moc, niezbędna, żeby stworzyć coś takiego jak golem. Była to manifestacja ziemskiej mocy, ale tak wyjątkowa, tak bardzo drobiazgowa w swojej naturze, że niewielu mogło nauczyć się takiej sztuczki. Na przestrzeni całej historii zaledwie garstka ludzi.
I wszyscy oni, jeśli dobrze pamiętałam, od dawna byli martwi. Nikt już nie żył, nawet Lewis Orwell, który potrafił używać tak ukierunkowanej mocy.
– To Perła – powiedziałam. – Zbiera te wszystkie zapomniane talenty, zapomniane sposoby użycia, zbiera je przez dziesiątki tysięcy lat. Dzisiejsi Strażnicy posługują się mocą, która ma korzenie w nauce, w zrozumieniu otaczającego ich świata. Strażnicy przeszłości; nie mogli podeprzeć się nauką, ich moc miała swoje źródło w legendach, folklorze, religii. To zupełnie co innego. – Golem wywodził się ze wszystkich trzech źródeł. Były też inne zjawiska, których nie widziano na Ziemi od setek, jeśli nie od tysięcy lat. Giganty i potwory. Strażnicy nie są przystosowani do walki z nimi, jeżeli Perła posłuży się tymi zjawiskami jako bronią. – Ona uczy porwane dzieci, jak kierować takimi zjawiskami.
Rashid nic na to nie odpowiedział, ale wyczuwałam, że jest zakłopotany. Podobnie jak Gallan, mój przyjaciel dżinn i czasami kochanek, nie wierzył mi, kiedy ostrzegałam, że grozi mu niebezpieczeństwo. Musiał je zobaczyć, doświadczyć na własnej skórze.
I w przypadku Gallana była to śmiertelna pomyłka. A ja nie mogłam go przed nią powstrzymać.
– Dość już zrobiłeś – powiedziałam łagodniej i wstałam. – Zadzwonię… – Głos mi zamarł, kiedy wyciągnęłam z kieszeni telefon komórkowy, otworzyłam go i zobaczyłam pusty wyświetlacz. Z obudowy jednostajnym strumieniem ciekła woda.
Nienawidzę wody.
Rashid westchnął, wyciągnął rękę i pstryknął telefon jednym palcem. Woda przestała kapać, usłyszałam radosny muzyczny sygnał, a wyświetlacz błysnął kolorami, restartując.
– Zadzwonię do Luisa – powiedziałam, jakby nic się nie stało. – Poradzimy sobie z tym w gronie Strażników. Idź, Rashid.
– Poproś ładnie – wymruczał. W jego oczach lśnił szaleńczy błysk, uczucie dżinna, które rozpoznawałam i pamiętałam aż za dobrze.
Po prostu odwzajemniłam groźne spojrzenie w milczeniu, aż się wzdrygnął, odsłonił ostre zęby i zniknął, zostawiając mnie samą na skałach.
– Halo? – Głos Luisa w słuchawce był cichy i daleki. – Cass? Do cholery, gdzie jesteś? – Słychać było, że jest niespokojny. Właściwie przerażony.
– Nic mi nie jest – odpowiedziałam, biorąc głęboki oddech. Dźwięk jego głosu wypełnił we mnie małą, mroczną przestrzeń, która, chociaż sobie tego nie uświadamiałam, opróżniła się. Pragnienie. To była ludzka rzecz, pragnienie. Miałam wrażenie, że w każdej chwili życia odkrywałam w sobie coraz więcej ludzkich odczuć.
Co ciekawe, w dużym stopniu przypominały odczucia dżinnów. – Nie o to pytałem – warknął Luis. – Gdzie?
– Na wybrzeżu – odpowiedziałam. – Potrzebuję cię tutaj.
– A ja potrzebuję cię tutaj. Dios, kobieto, nie znika się tak bez słowa, zwłaszcza kiedy mamy tu dzieci w kłopotach! Co ty sobie wyobrażasz? – Wyczułam napięcie w jego głosie; miało dla mnie ogromne znaczenie, bo był to ten sam spięty, wściekły ton, jakim odzywał się po tym, jak zastrzelono jego brata i szwagierkę. Kiedy postanowiłam polować na zabójców, zamiast robić wszystko, żeby chronić życie Manny'ego i Angeli. – Jesteśmy Strażnikami. Naszym najważniejszym zadaniem jest ochrona życia! Tak trudno ci to zapamiętać?
– Nie – zaprotestowałam. Podmuch mokrego wiatru odgarnął mi włosy z twarzy. Uniosłam głowę, spojrzałam w księżyc i westchnęłam. – Z Brianna mogłeś poradzić sobie sam. Pomyślałam, że zrobię coś pożytecznego. Na przykład odnajdę Isabel.
Puścił stek siarczystych przekleństw po hiszpańsku, sugestywnych z powodu furii, z jaką je wypowiadał, i precyzji określeń. Czekałam ze słuchawką odsuniętą od ucha, dopóki nie ucichł.
– Skończyłeś? – spytałam chłodno. – Bo nie pozwolę, żebyś się do mnie odzywał w ten sposób.
– Boże, czasami przypominasz moją nauczycielkę z liceum! – Niemal się roześmiał, ale w jego głosie nie było wesołości. – Nienawidziłem tej suki.