Выбрать главу

Mówił… jakoś inaczej. Zmarszczyłam czoło.

– Luis – powiedziałam powoli. – Wiesz, że masz do mnie w ten sposób nie mówić.

– A co mnie obchodzi, czego ty chcesz? Jesteś pijawką! Trzymasz się mnie tylko po to, żeby móc wysysać moc za każdym razem, kiedy potrzeba ci sił. Nie przejmujesz się tym, że mało mnie nie załatwiłaś, wyciągając tyle mocy. Nie obchodzili cię Manny i Angela, nie obchodzi cię Ibby ani ja… – mówił, jakby… był pijany. Na granicy szaleństwa. Był wściekły, rozumiałam to, chociaż to bolało. Bardzo. Czy naprawdę tak o mnie myśli w mrocznych, sekretnych zakamarkach serca? Sądzi, że jestem zwykłym pasożytem, który udaje, że należy do jego świata?

Stało się to powodem niepokojącego, zimnego pytania. A jestem? Celowo trzymałam się z daleka. Celowo uważałam się za inną, lepszą, ważniejszą. Czy jednak przez to nie stałam się kimś gorszym?

Wysiliłam umysł – mój ludzki mózg, podlegający wszystkim zdradzieckim więzom uczuć i bólu – żeby się skupił. Luis nie był okrutny. Nie zrobiłam nic, żeby go aż do tego stopnia rozzłościć. Owszem, zostawiłam go, zrobiłam to bez uprzedzenia, ale jego reakcja wydawała mi się nieadekwatna do całego zdarzenia.

Zostawiłam go z Brianna. Małą Strażniczką, tą, którą Perła tak bardzo otumaniła. Kolejną napaloną małą zabójczynią, pozbawioną prawdziwego życia i celu.

Brianna. Ale Brianna była Strażniczką Ognia, nie Pogody, mogła sprawić, by stanęło w płomieniach pół szpitala, ale to, co słyszałam w głosie Luisa, wydawało mi się zupełnie innym rodzajem ataku.

Takiego, który zdradziecko wdarł się do jego wnętrza.

Strażnik Ziemi stworzył nasienie golema i powołał go do życia, a potem postawił go na mojej drodze.

Miałam wroga, który jeszcze się nie ujawnił. Takiego, który był na tyle blisko, żeby dotknąć i wypaczyć Luisa. Na tyle subtelnego, żeby Luis nawet tego nie zauważył.

Turner? Ale Turner był Strażnikiem Ognia. Tylko Strażnikiem Ognia? Nie, niemożliwe, żeby to Turner. Patrzyłam na niego w sferze eterycznej. Widziałam jego prawdziwe „ja”. Nie znalazłam w nim oszustwa. Jedynie wyczerpanie.

Chyba że był bardzo dobry. Na tyle dobry, żeby oszukać w sferze eterycznej moje ograniczone ludzkie zmysły. Z pomocą Perły…

Sięgnął po pudełko z listą, kiedy upadło na podłogę. To mógł być zwykły odruch.

Ale mógł to być też przemyślany plan. Perła wysłała go, żeby wykradł mi listę. Powstrzymałam go. Kiedy zobaczył, do czego jestem zdolna, nie odważył się na kolejny krok, nie wtedy.

Luis ciągle mówił, ale ja go już nie słuchałam. Nie wiedziałam, czy to prawdziwa złość, nie miałam też pewności, że zostawiłam go w bezpiecznym miejscu.

Nie wiedziałam już w ogóle, gdzie znajdę bezpieczne miejsce.

Wspięłam się po skałach, a potem przeskoczyłam przez barierkę i znalazłam się na promenadzie. Ruszyłam biegiem w stronę pobliskiej ulicy.

Musiałam znaleźć jakiś środek lokomocji i nie miałam zamiaru zbytnio przejmować się tym, jak to zrobić.

8.

Zastanawiałam się, czy nie ukraść kolejnego pojazdu, ale wszystkie były zajęte; kiedy myślałam nad tym, jak zmusić któregoś z kierowców, żeby się zatrzymał i żebym mogła go wywalić – nie robiąc mu krzywdy – ku mojemu zaskoczeniu, po cichu przy krawężniku tuż obok mnie zatrzymał się biały sedan. Przyciemniona szyba się opuściła.

– Hej, masz na imię Cassiel? Zajrzałam do środka, marszcząc czoło. Nie znałam kierowcy.

– Wsiadaj – rzucił. Zamki otworzyły się, a on pochylił się ponad siedzeniem, żeby otworzyć drzwi. – Powiedziałem, żebyś wsiadała. Twoi przyjaciele przysłali mnie, żebym cię zabrał.

Był dość młody, pewnie w wieku Luisa, chociaż w oczach miał coś, przez co wydawał się dużo starszy. Może ciężkie doświadczenia. Samochód był czysty, schludny, pachniał dymem i narkotykami. Mężczyzna skinął do mnie głową, kiedy wsuwałam się na siedzenie pasażera i zapinałam pas bezpieczeństwa, a potem zatrzasnęłam drzwi. Szyba podniosła się, zamykając mnie w dymie o zapachu narkotyków. Włączył się w ruch i niespiesznie skierował na północ.

– Nie zapytasz mnie, dokąd trzeba mnie zawieźć? – Obserwowałam nieruchomo jego profil.

– Nie – odpowiedział. – Bo jedziesz tam, gdzie ja ci powiem. – Spod fotela kierowcy wyciągnął z pochwy nóż długości swojego przedramienia i położył go sobie na nodze. – Po prostu siedź cicho, dobra? Nie rób kłopotów.

– Kto cię przysłał?

– Zawsze na widok noża zadajesz tyle pytań? Zamknij się, do cholery i daj mi to.

– To? – powtórzyłam.

– Wiesz, o czym mówię. Nieznajomy chciał, żebym dała mu listę. Na ułamek sekundy stanął mi przed oczami zniszczony telefon komórkowy, kapiąca woda, zanim Rashid zechciał go naprawić. Czy lista też się zniszczyła? Nie zwracałam uwagi na człowieka z nożem, chociaż mówił coś jeszcze, pewnie groźby, żebym nie miała wątpliwości, dlaczego muszę być mu posłuszna. Sięgnęłam do kieszeni i wyjęłam szkatułkę ze zwojem listy. Nie nosiła śladów najmniejszych zmian. Nie kapała z niej woda. Przejechałam palcem po krawędzi i otworzyłam ją. Odetchnęłam powoli z ulgą. Lista była sucha.

– Powiedziałem – odezwał się kierowca. – Daj mi to, bo inaczej cię skaleczę, suko. Twój wybór. Był nerwowy. Nieprzewidywalny. Zaciskał palce na kierownicy tak, że kostki miał białe.

Zamknęłam listę, włożyłam ją z powrotem do kurtki z uczuciem chłodnej ulgi i oparłam głowę o pachnącą narkotykami tapicerkę, a on przyśpieszył, pewnie po to, żeby przekonać mnie, że nie mam szans na bezpieczną ucieczkę. Uniósł groźnie nóż. Chwyciłam jego dłoń, wykręciłam ją i wbiłam ostrze w jego prawą nogę.

– Kto cię przysłał? – spytałam. – Kto ci powiedział, gdzie mnie szukać? Kto ci powiedział, jak mam na imię? Kto wie, że mam listę? Czy to Turner?

Wrzasnął, a twarz zrobiła mu się śmiertelnie biała. Lewą stopą nacisnął pedał hamulca, z hukiem i piskiem zatrzymując samochód na środku skrzyżowania. Ponad nami kołyszące się światła zmieniły się z zielonych, przez pomarańczowe na czerwone. Jęknął i wypuścił nóż, wpatrując się we mnie głupawo.

Pochyliłam się i wyciągnęłam go jednym, szybkim, skutecznym ruchem. Natychmiast zaczęła płynąć krew, która przesiąknęła przez dżinsy. Rana była głęboka, ale nóż ominął większe żyły. Nie planowałam tego zupełnie.

– Ty suko – zajęczał. – Ty suko, dźgnęłaś mnie!

– Z technicznego punktu widzenia, to nieprawda. Sam się dźgnąłeś. – Przyglądałam mu się bez najmniejszego współczucia. Być może jednak pozostałam dżinnem w większym stopniu, niż sądził Rashid. – A teraz odpowiedz mi na pytanie. Kto cię tu przysłał?

– Pieprz się.

Luis byłby pod wrażeniem, ale go tu nie było. Zareagowałam na chamstwo mężczyzny, wciskając mu w ranę stalowy palec. Zawył na całe gardło i zaczął mnie okładać. Powstrzymałam go jednak, wciskając głębiej palec w ranę.

– Dalej – odezwałam się dokładnie tym samym tonem. – Do kości jest jeszcze centymetr. Powiedz, kto cię przysłał.

– Turner! – wrzasnął. Jego twarz nabrała koloru zepsutego mleka. – Ben Turner. Wisiałem mu to! Oparłam się, otarłam krew z mojej metalowej dłoni o tapicerkę jego samochodu i zastanowiłam się nad tym, co przed chwilą powiedział.

– Wysłał cię, żebyś mnie śledził.

– Tak. – Oddech miał krótki. – Miałem cię porwać i zabrać ci listę. To proste.

– A co się okazało? – zapytałam żartobliwie, nie oczekując odpowiedzi. – Skąd znasz agenta Turnera?

– Parę miesięcy temu odkrył tu wytwórnię amfy. Powiedział, że muszę wyświadczyć mu drobną przysługę, jeżeli nie chcę iść do paki. – Mężczyzna zachichotał szyderczo. – Drobną przysługę, niezłe.