Выбрать главу

– Nie ostrzegł cię przede mną? Wzruszył ramionami, jednocześnie obiema dłońmi ściskając krwawiącą nogę. Starał się nie patrzeć mi w oczy.

– Ach – powiedziałam, kiedy mnie oświeciło. – Nie słuchałeś. Ostrzegał cię, ale tobie się wydawało, że poradzisz sobie ze mną po swojemu. – Uśmiechnęłam się lekko. – I czym się to dla ciebie skończyło?

Nie był w stanie rzucać przekleństw. Zastanawiałam się, czy nie zostawić go na poboczu, ale wyciągnęłam rękę ponad nim, otworzyłam drzwiczki i rozpięłam mu pas.

– Obejdź samochód i wsiadaj na miejsce pasażera. Wpatrywał się we mnie szeroko otwartymi, dziwnie dziecinnymi niebieskimi oczami.

– Dlaczego?

– Bo jadę do szpitala porozmawiać sobie z agentem specjalnym Tunerem – oznajmiłam. – I mogę cię zabrać ze sobą. Tyle chyba mogę zrobić.

Trzymałam nóż. Chyba dzięki niemu zyskałam przewagę. Mężczyzna patrzył na mnie przez sekundę.

– Nie zabieraj mi samochodu – powiedział w końcu. – Potrzebuję go. Mam pracę, rodzinę i gówno.

– W takim razie współczuję twojemu pracodawcy i rodzinie. Przesiądź się, zanim zakrwawisz siedzenie. – Kazałam mu się szybko przesiąść nie dlatego, że przejmowałam się jego stanem, ale dlatego, że nie byłoby mi przyjemnie siedzieć na krwawej plamie. Kiedy wysiadł i pokuśtykał dookoła samochodu, ja zwinnie wsunęłam się na siedzenie kierowcy.

Zastanawiałam się, czy nie odjechać. Poważnie. Ale poczekałam, aż dokuśtykał do drzwi pasażera i wsiadł, łapczywie łapiąc oddech. Zostawił za sobą na chodniku szeroki, lśniący pas purpury, półkolem otaczający samochód.

– Zapnij pasy – nakazałam i sama też je zapięłam. Posłał mi zmęczone, pełne niedowierzania spojrzenie. – Takie są przepisy.

Nie mógł się zdecydować, czy ma się śmiać, czy płakać; widziałam obie reakcje, czające się w kącikach warg i w oczach.

Położyłam sobie nóż na udzie, podobnie jak on wcześniej. Oczy lśniły mi lekko ogniem dżinna. Wiem, bo widziałam dokładnie ich odbicie w jego szeroko otwartych oczach.

– Zapnij. Pasy – powiedziałam wyraźnie. Drżącymi palcami wsunął klamrę pasa w zatrzask. Skinęłam głową z satysfakcją, odpaliłam samochód i odjechałam, przekraczając ograniczenia prędkości i nie przejmując się żadnymi środkami bezpieczeństwa. Pędziłam na czerwonych światłach, przejeżdżałam pod prąd jednokierunkowymi ulicami i w rekordowym czasie znalazłam się przed izbą przyjęć szpitala, zaledwie siedem minut od chwili, kiedy wsiadłam do samochodu.

Wysiadłam, wrzuciłam zakrwawiony nóż do najbliższego kubła na śmieci i weszłam do szpitala. Drzwi kierowcy zostawiłam otwarte.

– Ej! – wrzasnął mężczyzna z samochodu. – Ty stuknięta suko! Nie możesz sobie tak pójść!

Dyżurna pielęgniarka uniosła głowę znad biurka, marszcząc brwi. Wskazałam dłonią wyjście.

– W samochodzie jest mężczyzna – poinformowałam. – Krwawi. Chyba został dźgnięty. Wydaje mi się też, że jest pod wpływem narkotyków. Wygaduje głupoty.

Nie była wcale zaskoczona. Lekko skinęła głową, powiedziała coś w stronę dwojga ratowników, siedzących przy biurku w innym pomieszczeniu i wyszli we troje, żeby zająć się moim nowym znajomym. Nie wiedziałam nawet, jak mu na imię. Wcale się tym nie martwiłam.

Weszłam po schodach do pokoju, gdzie zostawiłam Briannę z Luisem i Tunerem. Był pusty. Puściłam się niezdarnym biegiem, mijając przerażonych pacjentów i lekarzy, pielęgniarki i techników. Wreszcie dotarłam do sali, w której zostawiliśmy Glorię Jensen z rodzicami. Nie było ich. Wszyscy – Jensenowie, Brianna, Luis i Turner – zniknęli, jakby nigdy w ogóle nie istnieli. Chwyciłam pielęgniarkę, przechodzącą obok pokoju Glorii.

– Ta mała Gloria Jensen – zagadnęłam. – Gdzie ją zabraliście?

– Została wypisana – powiedziała pielęgniarka, marszcząc brwi i uwalniając się z mojego uścisku. – Czuje się dobrze. Wyczułam w niej coś dziwnego. Bardzo dziwnego. Kiedy przyjrzałam jej się wewnętrznym wzrokiem, dostrzegłam zniszczenie w jej aurze, psychiczne rany w miejscu, w którym ktoś brutalnie i zręcznie zakłócił jej wspomnienia. Będzie chora – najpierw fizycznie, później umysłowo, jeżeli nie upora się z tym wtargnięciem.

Nie mogłam jej pomóc. Nie miałam czasu. Istniała jeszcze szansa, że wyczuję Luisa, jeżeli jest blisko, więc odwróciłam się od niej na pięcie i skupiłam się na połączeniu z nim, na moich wspomnieniach.

Nie wyczułam nic poza narastającą paniką, nad którą najwyraźniej nie potrafiłam zapanować.

Oparłam się o ścianę, pochyliłam głowę i usiłowałam sobie przypomnieć, jak to było, kiedy Luis, za pomocą wszystkich swoich ziemskich sił, komunikował się ze mną bez słów. To nie to, co ludzie uważają za telepatię; było to dokładne odtwarzanie wzorów dźwięku, łącznie z intonacją. Skomplikowana robota, ale dość powszechna wśród Strażników Ziemi.

Skoro Luis to potrafił… to ja też. Ale nie zostałam wyszkolona, nie miałam pojęcia, jak skierować energię do osoby, z którą chciałam rozmawiać.

Mogłam jedynie próbować.

Luis.

Nic. Skupiłam się na jego eterycznej istocie, na wszystkim, co o nim wiedziałam i co od niego wyczuwałam. Na połączeniu nadal między nami istniejącym – mocy i wzmagającym się, ogromnym odczuciu pragnienia.

Luis.

Nic. Zalewały mnie ogromna frustracja i bezradność. Skupiłam się jeszcze bardziej, odsuwając cały świat na bok.

Luis Rocha!

Z wielkiej odległości usłyszałam szept. Cass?

Ulga, przelotna i słodka, a po chwili znów brutalna rzeczywistość. Poczułam, że jest zamroczony, niepewny i słaby. Nigdy go takiego nie słyszałam.

Cass, uważaj, nie jest tak, jak myślisz…

Luis nagle wewnętrznie krzyknął, a ja poczułam, że połączenie się przerywa nie dlatego, że ktoś je wykrył i zniszczył, ale przez jego ból, który nie pozwalał mu się skupić.

Otworzyłam oczy i wpatrywałam się nieruchomo w ścianę, w przerażoną twarz pielęgniarki stojącej kilka kroków ode mnie, która patrzyła na mnie z otwartymi ustami. – Idę – powiedziałam głośno. – Nie rozłączaj się. Tylko się nie rozłączaj. Ruszyłam biegiem.

Na parkingu miałam nieograniczony wybór, ale zamiast motocykla znalazłam karetkę, zaparkowaną i milczącą, na tyłach przy warsztacie. Zatknięta za wycieraczkę kartka mówiła, że wszystkie naprawy zostały wykonane, ale pojazd miał być zwrócony do użytku dopiero następnego dnia.

Medyczne wyposażenie może mi się przydać. Albo solidny transport dla paru osób. Karetka była idealna, jeżeli pominąć nieuniknione przerażenie, jakie czekało mnie na poziomie zmysłów. Chociaż została wysprzątana i wysterylizowana, nic nie było w stanie całkowicie usunąć zapachu krwi, potu, wymiotów i śmierci, które czyhały w tylnej części samochodu, choć niewykluczone, że wszystko to wyczuwałam na poziomie psychicznym.

Luis jakoś utrzymał połączenie, ale w niewielkim stopniu wskazywało mi kierunek. Nie przestawał miarowo szeptać, czasami bardziej gwałtownie, co uświadamiało mi, że zmaga się z bólem. Dwa razy połączenie się zerwało, zostawiając mnie w milczeniu i rozpaczy, ale Luisowi udało się ponownie nawiązać kontakt.

Wiedziałam, że jestem jego kołem ratunkowym.

Tylko nie wiedziałam, czy zdążę go uratować.

– Przyzywam dżinny – powiedziałam. – Chcę zawrzeć układ: przysługi i obowiązki w zamian za pomoc. Ja, Cassiel, to przyrzekam.

Było to oficjalne wezwanie pomocy, skierowane do dżinnów. Nigdy w życiu z niego nie korzystałam, uchodziło za przyznanie się do słabości wobec innych dżinnów. Skoro dżinn prosił o układ innego równego sobie lub wyższego statusem dżinna, przyznawał tym samym, że nie jest w stanie w inny sposób uzyskać od kogoś pomocy.