Выбрать главу

– Możesz wybrać sobie jakiegokolwiek człowieka – odparłam. – Każdy byłby dobry. Wiesz, wiele kobiet skakałoby ze szczęścia, gdyby mogły stać się twoimi kochankami.

– Nie są takie jak ty – powiedział, a mnie dech zamarł w płucach. Było to zwykłe stwierdzenie, ale bardzo wymowne. On, jakby to wyczuł, odwrócił się do mnie. – Nie chodzi o ludzką miłość, Cassiel. Chodzi o podziw. Ty płoniesz. Mnie jest zimno. To wszystko.

Była to rozsądna cena. A jednak.

– Nie – odparłam po prostu. Nic więcej. Nic poza tym. Tylko pozbawiona emocji odmowa.

– Powiedziałem ci, że nie proszę cię o miłość. – Oczy Rashida były cały czas czarne. – Nie chciałbym jej nawet.

– A ja ci jej nie mogę dać. W żadnej postaci. – Z trudem przełknęłam ślinę. – Wybierz coś innego. Milczał. W jego ciele zaszła subtelna zmiana. Nadal sprawiał wrażenie spokojnego i medytującego, ale wyczułam gotowość ruchu, działania, niespokojny głód, niepasujący do jego zewnętrznego spokoju.

– Jesteś pewna? Jeżeli to po prostu kwestia twoich skrupułów, mogę udawać łajdaka. Wymusić na tobie posłuszeństwo.

– Nie – powiedziałam krótko. – Nie ma układu.

– Nawet za cenę życia tego, kogo kochasz? – Wiedział. Rozumiał, dlaczego odmówiłam. Stąd zimna ciemność w jego oczach. Dżinny nie rozumieją odrzucenia. Niezbyt dobrze je znoszą. – On teraz cierpi. I to bardzo. Niedługo umrze, i na co ci wtedy twoja moralność? To kwestia ciała, niczego więcej.

– Gdyby nie chodziło o nic więcej, to dlaczego miałbyś tego chcieć? – odparłam i dostrzegłam, że twarz mu się zmieniła. Oczy delikatnie zalśniły gorącym błękitem. – Wybierz coś innego, Rashid. Cokolwiek innego poza listą albo tym, żebym została twoją kochanką.

– Twój pierworodny. – Wzruszył ramionami. Na pewno żartował. Była to pradawna ludzka opowieść. Dżinny nie zbierają dzieci, nie mają co z nimi zrobić. Myśl, że Rashid chciałby zrobić sobie maskotkę z mojego dziecka – zakładając w ogóle, że byłabym w stanie począć takie życie, a miałam wrażenie, że to niemożliwe – wydawała mi się niedorzeczna i zmroziła mi krew w żyłach.

– Mój pierworodny – powtórzyłam. – Nie mówisz poważnie.

– Owszem – odpowiedział. – Twoje pierworodne dziecko. Oddasz mi je. Przysięgnij.

– Nie.

– Odmówiłaś mi dwa razy. – Uniósł brwi. – Jeszcze raz i znikam.

– Więc zmień to, czego chcesz!

– Nie – powiedział. – Pierworodny. Albo znikam. Dla nas obojga był to głupi układ. Po pierwsze, nie ciągnęło mnie do tego, żeby zostać matką w pierwotny, ludzki sposób, chociaż małą Ibby darzyłam wielką czułością. Po drugie, nie mogłam sobie wyobrazić okoliczności, które skłoniłyby Rashida do wyegzekwowania swojej części układu, niezależnie od tego, czego się domagał.

Minęłam znak, mieniący się w światłach reflektorów na zielono i biało, który informował, że zbliżam się do Różanego Kanionu. Okolica sprawiała wrażenie wyludnionej, śpiącej w zimnym blasku księżyca. Drzewa kołysały się, chmury płynęły, ale nic poza nimi się nie poruszało.

Był to olbrzymi, pusty obszar. Bez pomocy Rashida nie zdążę znaleźć Luisa. I nie będę wystarczająco silna, żeby go uratować.

Rzeczywistość wyglądała tak, że Rashid był jednym dżinnem, który jeszcze chciał mieć ze mną do czynienia, a według zasad pertraktacje kończyły się po trzykrotnej odmowie.

To była moja ostatnia szansa. Całkiem ostatnia. I z nieodgadnionych przyczyn Rashid najwyraźniej obstawał przy swoim żądaniu.

– Tak – powiedziałam. – Moje pierworodne dziecko oddaję w zamian za to, żebyś doprowadził mnie do Luisa Rochy i za twoją pomoc w walce o ocalenie Strażników i ludzi. Zgoda?

– Zgoda – powiedział Rashid, a po jego skórze przemknął srebrzysty blask, który zalał jego oczy, aż zamrugał. – Skręć w lewo.

Przede mną był zjazd. Pojechałam nim, zjeżdżając z równej asfaltowej drogi na taką, która nadal była asfaltowa, ale już mniej równa – popękana, miejscami wybrzuszona, słabo załatana. Od razu przywołała wspomnienie ciszy i odosobnienia tej okolicy w Kolorado, którą Perła wcześniej wybrała na swoją fortecę – coś ledwie żywego w tym miejscu, jakby duch Matki był bliższy światu tutaj niż w innych zakamarkach Ziemi. Może po prostu z powodu braku ludzkiej obecności, dzikości tej okolicy.

Jechaliśmy, wielka karetka podskakiwała i skrzypiała, kiedy prowadziłam ją przez wąskie, wijące się zakręty i przez most nad niewidocznym strumykiem. Nie było widać zbyt wielu szczegółów – blask księżyca pozwalał dostrzec niewyraźne zarysy kształtów, których subtelność znikała w świetle reflektorów samochodu. Zastanawiałam się, czy nie wyłączyć świateł, ale kiedy sięgnęłam ręką w stronę wyłącznika, zgasły bez mojego fizycznego udziału.

Rashid. Patrzył teraz przed siebie, w skupieniu obserwując okolicę przez przednią szybę, marszczył przy tym brwi. Zwolniłam i usiłowałam przyzwyczaić się do nagłej ciemności. Zerknął na mnie.

– Zmiana miejsc – oznajmił. – Ja poprowadzę. Skinęłam głową i przesiadłam się. Otarł się o mnie, a jego skóra była gorąca jak lato i bardziej niż skórę przypominała polerowany metal. Z przerażeniem uświadomiłam sobie, że była w dotyku taka, jak moja stalowa proteza lewej ręki. Miałam wrażenie, że najlżejszy jego dotyk wypali na mnie ślad. Poczułam mrowienie.

Samotne pragnienie Rashida było fizycznym doznaniem, które promieniowało od niego na mnie. Starałam się mu nie okazać, że to poczułam. Wcisnął gaz i karetka pognała do przodu. Opony trzymały się mocno nawierzchni, a silnik wył pod ciężarem, który musiał ciągnąć. Rashid jechał zbyt szybko jak na człowieka, zwłaszcza w ciemności, ale jako dżinn cechował się wyjątkowym refleksem. Byłam bezpieczna, wiedząc, że nic nie zyska, powodując wypadek.

Nie rozmawialiśmy. Znów skupiłam się na tym, aby odzyskać łączność z Luisem, ale chociaż słyszałam, jak nabiera tchu dziwnymi, niepewnymi haustami, nie próbował się ze mną porozumieć. Ani nawet krzyczeć. Strach zacisnął rozgrzane do białości pętle na moim żołądku i szyi. Pozostawało mi jedynie czekanie.

Po jakimś czasie Rashid dojechał do końca asfaltowej drogi, skręcił kierownicą i nagle wbił się karetką w kotłującą się zieloną masę listowia po prawej stronie.

Znajdowała się tam ukryta droga. Z początku żwirowa, potem piaszczysta – porządnie utrzymana, prawie płaska. Jej brzegi były dokładnie wytyczone, a poza krawędziami nie rosła trawa.

Była za bardzo dokładna jak na wytwór natury, co wskazywało na to, że o krajobraz dbają Strażnicy Ziemi. Wydawało się to idiotyczną stratą mocy, dopóki nie uświadomiłam sobie, że to ćwiczenie użyteczne dla kandydatów na Strażników Ziemi uczące ich, jak panować nad swoją mocą i ją wykorzystywać. Strażnicy, którzy potrafili starannie strzyc trawę, dbać, żeby drzewa i krzewy nie zarosły drogi, potrafili też – tymi samymi narzędziami – szybko zablokować lub zniszczyć drogę.

A to oznaczało, że niełatwo nam będzie się stąd wydostać, kiedy zdadzą sobie sprawę z naszej obecności. Ale już to wiedziałam.

Droga wiła się w dół stromego zbocza jak wąż po zdradzieckiej krętej ścieżce. Rashid mknął nią z szaloną prędkością, śmiejąc się przy tym, a jego oczy błyszczały czystą, ryzykancką radością.

– Uważaj. – Uśmiech na chwilę zniknął z jego warg. Tylko tyle zdążył powiedzieć, zanim zobaczyłam, jak ziemia przed nami wali się i znika w niespodziewanej, widowiskowej dziurze niecałe półtora metra od maski karetki. Dziura miała co najmniej sześć metrów szerokości i nie było szans, żeby się zatrzymać. Jeszcze mniejsze szanse mieliśmy na to, żeby ciężki, nieopływowy pojazd, taki jak karetka, jakimś cudem pokonał rozpadlinę.