Выбрать главу

Ale Rashidowi udały się obie te rzeczy. Zatrzymał samochód tak gwałtownie, że pęd uniósł tył samochodu do góry, wprawiając karetkę w szaleńcze, pełne, podwójne dachowanie. Chwyciłam się kurczowo deski rozdzielczej i rączki nad drzwiami, za wszelką cenę starając się nie wypuścić jej z rąk, kiedy siłą grawitacji leciałam najpierw w jedną stronę, a potem w drugą… a potem zobaczyłam, że po ostatnim koziołku pojawia się pod nami droga.

Jakimś cudem wylądowaliśmy odpowiednią stroną do góry. Zanim przednie koła dotknęły ziemi, Rashid już wcisnął gaz.

Tylne koła zahaczyły o przepaść, ale pęd i chwyt przednich kół wyciągnął je z hukiem, a wtedy znów się unieśliśmy, przemieszczając się tak szybko, że świat migał obok nas jak niewyraźna plama.

– Pięć sekund – powiedział Rashid. – Przygotuj się. – Był nadzwyczaj skupiony i spokojny. Ja nadal z trudem łapałam oddech, zadziwiona, że przeżyliśmy ten nieprawdopodobny manewr. Zrobiłaś dobry interes, mówiła jakaś część mnie. Pewnie miała rację. Moja misja zakończyłaby się w tamtej rozpadlinie, gdybym nie schowała dumy i nie przyjęła pomocy Rashida.

Nie miałam pojęcia, co się stanie po zapowiedzianych pięciu sekundach, ale właśnie minęły.

Rashid wcisnął hamulce tak gwałtownie, że poleciałam do przodu, a potem do tyłu i zanim zdążyłam otworzyć drzwi, on stał już na zewnątrz i otwierał je, żeby mnie wyciągnąć. Kiedy to zrobił, karetka zniknęła. Oczywiście nadal tam była, ale jemu udało się ją ukryć, przenieść ją w czasie i przestrzeni. Była to rzadka umiejętność dżinnów, której ja nigdy nie nabyłam i nie wiedziałam, że Rashid potrafi takie rzeczy.

Dobrze, że potrafił. W kolejnej sekundzie, kiedy ciągnął mnie, żebym biegła z nim i oddaliła się od miejsca, w którym znajdowała się karetka, z ciemności wyłoniła się biała kometa ognia, która w locie stawała się coraz większa, a potem wybuchnęła na trawie w miejscu, w którym wcześniej stał samochód. Zostałby doszczętnie zniszczony, a my razem z nim. Poczułam na plecach falę ciśnienia i gorąca i owionął mnie lekki zapach spalenizny, kiedy poczerniały mi końcówki włosów. Wpadłam na Rashida, który przytrzymał mnie i pociągnął dalej, biegnąc przez zarośla. Smagały nas gałęzie i kłuły kolce, śledziło nas coś, co wyczuwałam pomiędzy drzewami, co biegało jak wataha czarnych psów. Nasi prześladowcy milczeli. Usiłowałam odwrócić się do nich przodem, ale Rashid mi nie pozwolił. Nie pozwolił mi nawet zwolnić, żebym mogła się rozejrzeć.

– Puść! – syknęłam na niego. Posłał mi palące spojrzenie lśniących oczu i nie usłuchał. Kiedy się potknęłam tak, że mało nie upadłam, skręciłam stopę w splątanych korzeniach, chwycił mnie i przerzucił sobie przez ramię, ręką przytrzymując mnie z tyłu za uda. Była to niedorzeczna, bezradna pozycja, ale nie ośmieliłam się szarpać. Poruszał się zbyt szybko. Starałam się podnieść głowę, żeby zobaczyć, co dzieje się za nami, ale w ciemności, spoza zasłony moich rozwianych włosów, nie widziałam zupełnie nic.

Nagłe, dość niespodziewanie, ciało Rashida naprężyło się, dokładnie tak, jak ludzkie ciało pod wpływem wielkiego wysiłku, a ja poczułam, jak wypływa z niego niewiarygodna moc. Odbił się od ziemi i przelecieliśmy łukiem w powietrzu nad głęboką, pełną ostrych skał i zabójczych spadów przepaścią. Była zbyt szeroka, żeby próbował pokonać ją człowiek, choćby nie wiem jaki ryzykant. Gdybym była sama, zatrzymałabym się.

Spojrzałam na drugą stronę przepaści i dostrzegłam, jak nasi prześladowcy wyskakują z zarośli na małą polanę pomiędzy krzewami a klifem. Byli czarni jak cień, kształtem przypominali psy, ale mieli siłę niedźwiedzia i prędkość pantery. Nic naturalnego. Chimery, stworzone przez wyjątkowo utalentowanych i szalonych Strażników Ziemi dysponujących potężną mocą. Dwie z nich, poruszające się szybciej niż pozostałe, schyliły się nad krawędzią klifu i spadły z ulewą kamieni i piachu na skały w dole. Obserwowałam to widowisko, kiedy Rashid po wylądowaniu z naprężonymi mięśniami nóg po drugiej stronie przepaści przystanął na ułamek sekundy, a potem znów ruszył biegiem.

Po kilku krokach zatrzymał się, pochylił i postawił mnie na ziemi. Cofnęłam się o krok, nie wiedząc, czy warknąć wściekle, czy okazać wdzięczność. Dopiero po chwili dotarło do mnie, dlaczego to zrobił.

– No i? – Spojrzał na mnie, unosząc brew. – Jestem na twoje rozkazy, śmiertelniczko. Chwilowo. Dobiegł nas zewsząd metaliczny odgłos przygotowywanej do wystrzału broni.

9.

Rozbłysnęły światła, jasne jak poranek, oświetlając nas z obu stron, a ja dostrzegłam ludzi wychodzących spośród drzew – ubranych w ciemne spodnie, grube czarne kamizelki i granatowe wiatrówki. W większości byli uzbrojeni w strzelby. Pozostali mieli pistolety.

Wszystkie wycelowane były w nas dwoje. Dla Rashida nie wydawało się to wielkim wyzwaniem, ale dla mnie…

Z mroku wyłonił się agent Ben Turner. On pistolet miał w kaburze. Wyglądał na wyczerpanego, miał sińce pod oczami i był zły.

– Wy tam – odezwał się. – Na ziemię, ręce za głowy. Oboje. Natychmiast! – Przeszył Rashida gniewnym spojrzeniem. – Wiem, że ty się nami raczej nie przejmujesz, ale jeżeli nie posłuchasz rozkazu, zastrzelę ją. Zrozumiano?

Rashid skinął głową. Jego dziwnie rozbawiony uśmiech ani drgnął, kiedy klękał z wdziękiem dżinna i zakładał ręce za głowę.

Później spojrzał na mnie w górę, unosząc brwi.

– Chyba że wolisz śmierć męczeńską – powiedział. – Oczywiście wybór należy wyłącznie do ciebie. Upadłam na kolana, spoglądając gniewnie na agenta Turnera. Który próbował mnie zabić. Powoli splotłam palce za głową – cielesne z metalowymi – i przyglądałam się, jak skinął na grupę agentów FBI, którzy rzucili się do przodu, pchnęli Rashida i mnie, skuli nam nadgarstki zimną stalą, a później pociągnęli, żebyśmy wstali. Kajdanki miały w sobie coś dziwnego, badałam je, marszcząc czoło. Kiedy sięgnęłam po moc, aby je rozkruszyć, przeszył mnie ostry, bolesny wstrząs.

– Nowość – powiedział agent Turner, dziwnie celnie odczytując z mojej twarzy zaskoczenie. – W ciągu kilku ostatnich lat opracowaliśmy parę sztuczek. Niektórzy z nas nie byli przekonani co do tego, że Strażnicy mają dla naszego kraju ogromne znaczenie. Za dużo w ich działaniu egoizmu, korupcji i niespodzianek. Opracowaliśmy środki zaradcze. To jeden z nich. Jeżeli zechcesz użyć swojej mocy, zostaniesz porażona. Im większa moc, tym większy wstrząs. Lepiej więc niczego nie próbuj. Wierz mi.

– My – powtórzyłam. – Nie jesteś zatem lojalny wobec Strażników.

– Podwójny agent. – Wzruszył ramionami. – Szpieguję Strażników dla FBI. I FBI dla Strażników. Ale tylko w jedną stronę robię to naprawdę i jest to FBI. Jeżeli chodzi o mnie, uważam, że gdyby jutro zniknęli wszyscy Strażnicy Ziemi, żyłoby się nam o niebo lepiej. A skoro już o tym mowa… – Wyciągnął rękę, pomacał grzbiet mojej skórzanej kurtki i znalazł listę.

Nie!

Usiłowałam z nim walczyć, ale w kajdankach nic nie mogłam zrobić. Poddałam się, dysząc, a on wyjął szkatułkę z mojej kieszeni. Uśmiechnął się i zaczął szukać zamka, żeby ją otworzyć.

Zamka nie było. Zasklepił się sam w doskonałą, twardą skorupę, jak utwardzona kość słoniowa. Po chwili bezowocnego opukiwania szkatułki, Turner wrzucił ją sobie do wewnętrznej kieszeni kurtki.

– To sprawa dla techników – stwierdził. – Już oni wymyślą, jak się dostać do środka. A kiedy już będziemy mieli listę, zaczniemy tym wszystkim efektywnie kierować.