– Żeby powstrzymać uprowadzenia?
– Na początek – powiedział. – Poza tym możemy zacząć kierować Strażnikami zamiast pozwalać im korzystać z nieograniczonej pomocy rządowej i pieniędzy rządu.
Jego problemy ze Strażnikami, prawdę powiedziawszy, nie były moim zmartwieniem. Niech Lewis Orwell i Joannę Baldwin radzą sobie z politycznymi aspektami ich organizacji. Ja miałam o wiele bardziej przyziemny problem. I bardziej osobisty.
– Wysłałeś za mną człowieka.
– Człowieka? Ach, Glenna, tego z samochodem? Tak. Miał cię tylko zwabić i zabrać listę, jeśli mu się to uda. Skoro nadal ją masz, zakładam, że nie potrafił cię podejść. Zabiłaś go?
– A przejąłbyś się tym?
– Co, dziwne? – Turner uśmiechnął się lekko. – Tak, chciałbym tej operacji oszczędzić kosztów pogrzebu, jeśli to możliwe. A on wykonywał moje rozkazy. To oznacza, że jestem za niego moralnie odpowiedzialny.
Wzruszyłam ramionami, co nie było szczególnie łatwe z obiema rękami skutymi tuż za plecami.
– On nie powinien grozić mi nożem. Ani mnie lekceważyć. A ty nie powinieneś rozprawiać na temat moralności. – Surowym wzrokiem spojrzałam mu w twarz. – Gdzie jest Luis?
– Nie tutaj – odparł Turner. – Więc się na mnie nie wyładowuj. Zresztą to nie ja wpadłem na pomysł, żeby go wywieźć. – Nie drgnęła mu nawet powieka. – Jest bezpieczny.
– Nie – powiedziałam. – Nie jest. – Nie miałam od niego wiadomości, odkąd zostaliśmy z Rashidem uwięzieni i chociaż połączenie nie zostało przerwane i trwało między nami jak cichy, statyczny szum, byłam przekonana, że Luis stracił przytomność. – Stała mu się krzywda.
– Nie, to niemożliwe. – Turner zmarszczył brwi. – Wiem… – przerwał, ale było za późno. Zdążył się przyznać, że wie o wiele więcej, niż chce mi powiedzieć. Czułam, jak rodzi się we mnie dziki pomruk, i wiedziałam, że oczy robią mi się coraz jaśniejsze, tworząc własne światło, mocniejsze niż światło skierowanych na mnie halogenowych latarek. – Jest bezpieczny. Więcej nie musisz wiedzieć. Strażnicy już się tym nie zajmują. To sprawa rządowa i my wszystko mamy pod kontrolą.
– Doprawdy. – Zaśmiałam się z czystym niedowierzaniem. Na ramieniu Turnera spoczęła dłoń innego mężczyzny, który wysunął się do przodu, całkowicie go przyćmiewając. Nie wielkością – Turner był bardziej barczysty, wyższy, miał bardziej imponujący wygląd. Jednak ten drugi mężczyzna sprawiał wrażenie niekwestionowanego przywódcy. Był drobnej postury, pod kuloodporną rządową kamizelką i wiatrówką miał drogie ubranie. Mógł mieć pomiędzy trzydziestką a pięćdziesiątką, jak się domyślałam, ale na jego ciemnych, starannie przystrzyżonych włosach nie było śladu siwizny. W wyrazistych ciemnych oczach widać było żal. Mężczyzna rozkazywał samym spojrzeniem. Na lewej ręce miał obrączkę z jasnego złota, a na prawej – sygnet z czerwonym kamieniem. Jak wszyscy pozostali agenci, przy uchu miał urządzenie łącznościowe. W odróżnieniu od innych, nie trzymał broni w widocznym miejscu.
– Pani Raine – odezwał się. – Czy lepiej, żebym zwracał się do pani: Cassiel? Wpatrywałam się w niego bez mrugnięcia powieką i bez słowa.
– Nazywam się Adrian Sanders. Jestem agentem specjalnym, który dowodzi tą operacją, we współpracy z Wewnętrzną Służbą Zapobiegawczą, Biurem do spraw Alkoholu, Tytoniu, Broni Palnej oraz Materiałów Wybuchowych i innymi agencjami rządowymi. Mam więc w tej chwili dużo na głowie, a na dodatek muszę się przejmować magią, a nie zwykłymi, porządnymi obywatelami, którzy zamierzają coś wysadzić w powietrze – mówił tak, jakby był lekko zdegustowany sytuacją. – Luis Rocha znajduje się pod naszą opieką w tajnym miejscu. Usiłował interweniować, kiedy zabieraliśmy kilka osób na przesłuchanie.
– Dzieci – powiedziałam. – Zabieraliście na przesłuchanie dzieci. Agent Sanders uniósł brew.
– Pani Raine, z tego co wiem, naszym podstawowym problemem są właśnie dzieci. Dlatego zdecydowanie muszę przesłuchać każdego, kto może nas doprowadzić do rozwiązania sprawy. Dotyczy to także osób poniżej wieku wyborczego.
Wydawało się, że mówi rozsądnie, ale nie było nic rozsądnego w bólu, który odczuwał Luis.
– Chcę się zobaczyć z Luisem Rocha – oznajmiłam. – Natychmiast.
– Nie – odpowiedział kategorycznie Sanders. – Nie zobaczy go pani. Teraz usiądzie pani na ziemi na tyłku, skrzyżuje nogi i nie wstanie, dopóki pani nie każemy. Poza panią mam większe problemy.
Wątpiłam w to.
Sanders odwrócił się i pociągnął za sobą Turnera. Naradzili się, stojąc plecami do mnie i Turner ruszył biegiem pomiędzy drzewami pod eskortą trzech innych mężczyzn.
– Jeszcze pani stoi? – spytał Sanders, nie patrząc na mnie. – Bo za dziesięć sekund tak czy siak znajdzie się pani na ziemi.
Nie mogłam zapanować nad całą złością, jaka we mnie eksplodowała. Wzbudzał wściekłość we mnie jako człowieku i jako dżinnie. Niczego nie pragnęłam tak bardzo jak tego, żeby uwolnić dłonie z powstrzymujących je więzów i zalać mężczyznę mocą, by pozostała po nim jedynie dymiąca dziura w ziemi. Wściekłość była, prawdę mówiąc, przerażająca w swojej mocy, tym bardziej że w tej chwili czułam się zupełnie bezradna.
– Zrobiłbym, co każe – wymruczał Rashid, a kiedy się obejrzałam, dżinn siedział spokojnie na ziemi ze skrzyżowanymi nogami i wyglądał tak, jakby przybrał pozę do medytacji, bynajmniej nieonieśmielony. – Zabiją cię. Mają rozkaz strzelać, dopóki nie przestaniesz się ruszać.
Agenci stojący wokół nas celowali do mnie z broni. Rashid miał rację – żaden z nich nie wyglądał na takiego, co się zawaha, czy strzelić, jeżeli zajdzie potrzeba.
Usiadłam obok Rashida i skupiłam się na tym, żeby spokojnie oddychać i zapanować nad impulsem, który nakazywał mi próbować wykorzystać swoją moc. Kajdanki wywoływały coraz mocniejsze wstrząsy, wyczuwając wzbierającą we mnie energię, a ja miałam wrażenie, że dłonie i ręce mam poparzone i tkliwe od ciągłych ukłuć bólu. Siedziałam zupełnie nieruchomo z zamkniętymi oczami. A obok mnie siedział Rashid, nieruchomy jak skała.
Czekał.
Luis.
Nie otrzymałam żadnej odpowiedzi, poza szmerem bez słów. Żył, ale nie był zdolny do świadomej myśli. Najprawdopodobniej podano mu narkotyki. A może zrobili mu taką krzywdę, że jego ciało, w samoobronie, pozbawiło go świadomości wyrządzonych szkód. Tak czy siak, nie była to dobra wiadomość.
Turner nas zdradził i teraz mieliśmy o wiele większe zmartwienia. Poza Perłą groziły nam jeszcze agencje rządowe. Nie miałam wątpliwości, że agent Sanders był przekonany, że panuje nad sytuacją i dniem. Nie miał bladego pojęcia, jak bardzo usuwa im się grunt spod nóg, jemu i jego kolegom.
– To bez sensu – zauważył Rashid po piętnastu minutach zupełnego milczenia. Oderwałam się od swoich rozważań na temat doprowadzającej mnie do szału bezradności. – Zgodziłem się pomóc ci w walce, nie w poddawaniu się.
Stłumiłam moją pierwszą reakcję, czemu towarzyszyło kolejne bolesne szarpnięcie kajdanek.
– Potrafisz zniknąć?
– Gdybym chciał. – Zamilkł na sekundę. – Nie unieważniłoby to naszej umowy. Zawarliśmy układ. To, że okazał się dla ciebie nieprzydatny…
– Nie ma znaczenia, wiem. Nie urodziłam się człowiekiem. – Usiłowałam panować nad sobą, żeby nie warczeć. – Możesz zabrać mnie ze sobą?
– Oczywiście – powiedział spokojnie Rashid. – Pytanie tylko, czy to przeżyjesz. Szanse nie są za duże. Nie należę do tych dżinnów, które potrafią bezpiecznie przeprowadzić człowieka przez sferę eteryczną i wyprowadzić go z tego żywego. Moja szybkość jest bez znaczenia, bo oni mają na to sposoby.