Выбрать главу

– Na przykład?

– Wśród nich są Ma'atowie – ciągnął. – Wystarczy jeden lub dwóch, nie na tyle silnych, żeby mogli się stać Strażnikami, ale silnych na tyle, żeby ci przeszkodzić, spowolnić cię. W tym samym czasie mogą dosięgnąć cię kule. Moim zdaniem, jeżeli spróbuję cię ze sobą zabrać, zginiesz.

Zastanawiałam się nad tym. Ramiona bolały mnie od więzów i chciało mi się pić. Byłam wyczerpana, potrzebowałam snu. Ale ponad wszystko chciałam wiedzieć, czy Luisowi nic nie jest.

– Wiem, że nie mogę zmienić układu – zaczęłam ostrożnie. – Więc tego nie próbuję. Chcę tylko powiedzieć, że gdyby udało ci się opuścić to miejsce, nikt nie potrafiłby cię powstrzymać. I chyba nikt nie mógłby cię też powstrzymać, żebyś zabrał naszemu przyjacielowi, Turnerowi, listę.

– Albo, żebym go zniszczył jak małą pluskwę – zauważył Rashid.

– Oczywiście. Nie ruszał się. Sądziłam, że na samą wzmiankę o tym, że mógłby położyć ręce na liście, zniknie i pojawi się jako najgorszy koszmar Turnera, ale siedział spokojnie, w milczeniu.

– Czekasz na coś? – spytałam.

– Nie – odpowiedział. – Ale nie ma wielkiego pośpiechu. Mogę zabrać mu listę, kiedy tylko zechcę. Nie jest jej prawowitym właścicielem. Dlatego mam prawo mu ją odebrać, pod warunkiem że oddam ją tobie.

Doprawdy? Tego nie wiedziałam. Ale uznałam, że według logiki dżinnów mogło mieć to sens. Listę podarowała mi Wyrocznia. A to oznaczało, że lista jest moją wyłączną własnością do czasu, kiedy dobrowolnie ją komuś oddam. Ludzie nie kierowali się tego rodzaju prawami własności, które wiązały się z przekazaniem mocy w sferze eterycznej, dlatego też Turner nie zastanawiał się dwa razy, czy mi ją zabrać.

Dotarło do mnie jednak, że lista sama w sobie nie była zwykłym zwojem papieru zamkniętym w szkatułce. Ona żyła.

Potrafiła reagować, jak na przykład wtedy, kiedy szkatułka się zasklepiła.

– A jeżeli znajdzie się w twoich rękach nie dlatego, że ci ją podarowałam, nie otworzy się, prawda? – Uśmiechnęłam się powoli. – To dlatego chciałeś ją wypertraktować, zamiast mi ją po prostu zabrać. Muszę ci ją dać, abyś mógł z niej skorzystać.

Rashid nie wysilał się, żeby zaprzeczyć.

– Dlatego odbierając ją twojemu przyjacielowi, panu Tunerowi, jestem jedynie jej czasowym strażnikiem. Nie złodziejem.

– Żadnym złodziejem – przyznałam. – No dobra. – Mój uśmiech zbladł. – Kiedy ją będziesz miał, ty staniesz się celem. Cokolwiek by się działo, nie możesz pozwolić, żeby dostała się w ręce Perły ani tych, którym ona rozkazuje.

– Stawiasz mi warunki. – Rashid pokręcił głową. – Cassiel. Zrobię to, na co będę miał ochotę, i tak, jak będę miał ochotę, a ty musisz wierzyć, że także będziesz z tego zadowolona. – Spojrzał na mnie jasnymi, całkiem nieludzkimi oczami. – Czas ruszać.

Wyczuł coś, ale ja nie wiedziałam co. Skinęłam głową. To było całe nasze pożegnanie, innego nie potrzebowaliśmy, Rashid po prostu się rozpłynął jak szept na wietrze, a jego puste kajdanki spadły z trzaskiem na ziemię w miejscu, w którym wcześniej siedział.

To wywołało natychmiastową reakcję obserwujących nas agentów – szybko zacieśnili krąg wokół mnie.

– Gdzie on jest? – warknęła rudowłosa kobieta z poważną miną. Mimo tego, co wiedzieli na temat natury Strażników i dżinnów, cały czas tkwiło w nich pierwotne przerażenie ludzi przeżywających konfrontację z nieznanym. Dostrzegłam ten lęk w napięciu ciała funkcjonariuszki i błysku niedowierzania w niebieskich oczach. Powtórzyła pytanie głośniej, celując we mnie broń, grożąc mi w oczywisty sposób.

Nie zwracałam na nią uwagi, zastanawiałam się bowiem, co skłoniło Rashida do nagłego zniknięcia. Nie zauważyłam nic szczególnego – ten brzeg przepaści kontrolowali agenci rządowi, oddzieleni od terytorium Perły wyraźną granicą, którą trudno byłoby przekroczyć, nie zwracając na siebie uwagi. Owszem, Perta mogła wysłać tu swoje wyszkolone do walki dzieci, ale nawet ona podlegała pewnym ograniczeniom. Nie sądziłam, żeby chciała przypuścić szturm na uzbrojony oddział FBI. Jej uczniowie nie byli dżinnami, nie mogli za pomocą siły woli poruszać się w eterycznej przestrzeni. Zbliżyliby się jak ludzie, możliwe, że posłużyliby się siłami ponadnaturalnymi, ale na pewno nie potrafiliby użyć mocy dżinnów.

Nie wyczuwałam mocy, która zmierzałaby w eterze w naszą stronę. Natomiast, kiedy skupiłam uwagę na obozie Perły po drugiej stronie granicy, czułam skupioną energię, o potencjale bomby, była szczelnie zamknięta, dobrze osłonięta i ktoś ją wykorzystywał. Czy była tam Perła? Nie miałam pewności. Nie miałam też pewności, czy w ogóle gdzieś jest w fizycznym wymiarze. Jej uczniowie, owszem, ale sama Perła potrafiła objawiać się w sposób, który nie do końca rozumiałam, a to oznaczało, że nie dało się jej ściśle powiązać z jednym źródłem.

Jeszcze nie.

Nadal szukałam znaku, żeby zrozumieć, co skłoniło Rashida, aby zniknąć akurat w tym momencie. Właśnie wtedy agent Sanders wrócił na polanę. Był zmęczony i zły. Spojrzał na miejsce, w którym siedział Rashid, popatrzył gniewnie na agentów i na mnie. Wzruszyłam ramionami.

– Dżinn – powiedziałam. – Znika, kiedy chce. Naprawdę niewiele można na to poradzić.

– Twój przyjaciel niezbyt wysoko ceni twoje życie, prawda? – zapytał Sanders.

– Nie jest moim przyjacielem. Łączy nas umowa, nie przyjaźń, a moje życie to wyłącznie moje zmartwienie.

– Dobrze zrozumiałaś. Dalej. Wstawaj. Ponieważ przez dłuższą chwilę siedziałam ze skrzyżowanymi nogami i z rękami skutymi za plecami kajdankami, trudno mi było się podnieść. Sanders trzymał na moim ramieniu dłoń, kiedy wyprowadzał mnie z polany. Przechodziliśmy obok obserwujących nas agentów, a potem leśną ścieżką, która wiodła przez zarośla.

Gdy wyszliśmy na otwartą przestrzeń, spostrzegłam, że rozbito tu namioty z maskującego płótna. Agencje rządowe wykorzystywały pewnie te namioty do wszystkiego, od pomocy po katastrofach po walki. Były to wielkie konstrukcje. W jednym z namiotów znajdowały się miejsce do spania i wydzielona jadalnia, w drugim, do którego zaprowadził mnie Sanders, rozstawiono długie składane stoły – na nich rozłożono mapy, papiery, stały tu też komputery i urządzenia, których zastosowania nie mogłam się domyślić. Może służyły do komunikacji. W namiocie było co najmniej dziesięciu ludzi.

Nie zauważyłam wśród nich agenta Turnera.

Sanders kazał mi usiąść na składanym krześle i spojrzał mi w oczy.

– Musi być pani niewygodnie – orzekł. – Z rękami skutymi z tyłu. Zakuję panią z przodu, ale musi mi pani obiecać, że nie zrobi pani nic głupiego. Nie jestem pani wrogiem. Wróg znajduje się tam. Po drugiej stronie tej przepaści.

Nie miałam ochoty na żadne układy z Sandersem, ale miał rację. Bolały mnie ramiona, ręce drżały mi z wysiłku, ponieważ stale usiłowałam złagodzić nieustające napięcie. Skinęłam głową.

– Rozepnę jedną część kajdanek – powiedział. – A pani przesunie obie ręce przed siebie. Żadnych wyskoków. Niech pani spróbuje jakichś sztuczek, a mój przyjaciel, agent Klein, wlepi pani kulę, jasne?

Dla agenta Kleina na pewno było jasne. Był młodym mężczyzną z kręconymi brązowymi włosami. Trzymał nieruchomo przed sobą półautomatyczny pistolet i celował w środek mojej klatki piersiowej.

– Rozumiem – odparłam i spojrzałam agentowi Sandersowi w oczy. – Będę współpracować. – Na razie. Zrobił dokładnie to, co powiedział. Stanął za mną i rozpiął kajdanki z jednej strony. Przesunęłam obie ręce przed siebie, lekko wzdychając z ulgą i wyciągnęłam je, przysuwając nadgarstki do siebie. Sanders zatrzasnął kajdanki, a ja poczułam, że przeszywa mnie iskra – nie na tyle mocno, żeby sprawić ból, ale na tyle wyraźna, żeby upewnić mnie, że kajdanki nadal żyją. Położyłam ręce na kolanach.