Выбрать главу

– Lepiej? – spytał. Było to pytanie retoryczne, zapewne jedyny przejaw zainteresowania moim stanem, więc nie odpowiedziałam. Sanders zresztą chyba nie oczekiwał odpowiedzi. – Co wiemy? Wiemy, że ten obóz prowadzi organizacja odszczepieńców, którzy w materiałach rekrutacyjnych lubią nazywać się Kościołem Nowego Świata. Mają swoją stronę internetową, zespoły redakcyjne, sieci społeczne i kanał YouTube, na którym zamieszczają wszelkiego rodzaju stuknięte, żarliwe brednie o tym, że musimy odnowić świat. Standardowe teksty, naprawdę, mój zespół śledzi tych kolesiów od lat.

Ale w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy coś się w nich zmieniło. Wcześniej opowiadali tylko o ideałach, a nagle się okazało, że mają pieniądze, prowadzą rekrutację, dysponują prawdziwymi ośrodkami treningowymi, o których wiemy, w co najmniej czterech stanach. Słucha mnie pani?

Przerwał, żeby napić się wody z butelki. Kiedy skinęłam głową, podszedł do laminowanej mapy Stanów Zjednoczonych, na której czerwonym mazakiem kółkami zaznaczone było ich położenie. La Jolla, Kalifornia, gdzie znajdowaliśmy się teraz. Znak X znajdował się nad kółkiem w Kolorado, gdzie umiejscowione zostało Ranczo, które odkryliśmy, szukając Ibby. Zaznaczone były jeszcze dwa miejsca. Na moje oko oba leżały na odludziu, z daleka od najbliższego dużego miasta.

Sanders uderzył skuwką zamkniętego mazaka w zakreślony okrąg wokół Kolorado. Ustalaliśmy właśnie nadzór dla tego miejsca, kiedy wyważyliście drzwi z tym pani przyjacielem, Luisem, i rozpętaliście piekło. Swoją drogą, niezła robota. Mnóstwo zabitych, zaginione dzieci, jeden wielki bajzel, z którego mieliśmy się czegoś domyślić. Wielkie dzięki.

– Nikt mnie nie poinformował, że powinnam uzgodnić z panem moje plany uratowania porwanego dziecka.

– No to teraz już pani będzie wiedzieć.

– Na jak długo?

– Jak się pani podoba: na zawsze?

– Bardziej niż panu – zapewniłam go i uśmiechnęłam się przelotnie i srogo. – Nie obchodzą mnie pana problemy, agencie Sanders. Chcę zobaczyć Luisa Rochę. Chcę uratować dzieci. A na pana głowie zostawiam resztę, jeśli jest pan w stanie sobie z nią poradzić.

Sanders przeciągnął krzesło po nierównej ziemi, postawił je z hukiem przede mną i usiadł, opierając łokcie na kolanach i pochylając się do przodu.

– Sprawa nie wygląda zbyt dobrze. Jest to jakieś zamieszanie związane ze Strażnikami. I dżinnami. A my tkwimy w tym tylko dlatego, że wasi ludzie nie potrafią zająć się własnym gównem. Niech mnie więc pani wprowadzi, Cassiel. W tej chwili.

– Wprowadzić pana?

– Niech mi pani powie wszystko, co powinienem wiedzieć.

– To dość proste. Nic. Niech pan wycofa swoich ludzi. Zakończy operację. I wyjedzie. Sanders westchnął i oparł się na krześle, zakładając ręce na piersiach. Składane metalowe krzesło zaskrzypiało na znak protestu. Zerknął na agenta Kleina, który ciągle mierzył we mnie z pistoletu.

– Greg, może przyniósłbyś dla mnie i dla mojego gościa po kubku kawy? Pije pani kawę, prawda? – To ostatnie pytanie skierowane było do mnie. Nie odpowiedziałam. – Dwa. Dzięki. To trochę potrwa.

Klein z wystraszoną miną przez chwilę przyglądał się swojemu szefowi.

– Sir? Jest pan pewien?

– Tak. Rozumiemy się, Cassiel, prawda? Jeżeli spróbuje mi pani wywinąć jakiś numer, zakopię panią i pani przyjaciela Rochę tak głęboko, że sam prezydent i Połączone Kolegium Szefów Sztabów nie będą mieli wystarczających uprawnień, żeby dowiedzieć się, że w ogóle istnieliście. Myśli pani, że w Guantanamo było źle? To niewiele pani widziała.

– Chce mnie pan wystraszyć? – Zamrugałam. Byłam szczerze zaciekawiona, bo usiłowano mnie już kiedyś zastraszyć. A takie postępowanie nie pasowało do tego mężczyzny, ze wszystkimi jego zasadami. – Bo uważam, że mimo pozy, jaką pan przyjmuje, nie jest pan złym człowiekiem. Wydaje mi się, że pan się mnie boi. Niepotrzebnie. Dopóki nie będzie mi pan wchodził w paradę…

Parsknął śmiechem.

– Wchodzić pani w paradę? Proszę pani, odkąd wylądowała pani na Ziemi, robiła nam pani tylko jeden wielki syf. Teraz niech mi pani opowie to, co powinienem wiedzieć o tym, jaki związek z tym wszystkim mają Strażnicy i dżinny.

– Albo?

– Albo nie bardzo mnie pani polubi – odpowiedział. Nie lubiłam go już w tej chwili. Nie przypuszczałam, żeby się to mogło jakoś radykalnie zmienić.

Nie naciskał. Agent Klein wrócił z dwoma jednorazowymi kubkami pełnymi mocnej czarnej kawy. Wzięłam jeden i ujęłam go w obie dłonie, wdychając aromatyczny zapach. Agent Sanders pił swoją.

– Gdzie jest Turner? – spytałam.

– Odesłałem go dokąd indziej – powiedział Sanders. – Pomyślałem, że skoro tak panią sprzedał, może pani chcieć się zemścić. Może więc pani uznać, że został wyłączony z tej sprawy, jeżeli chodzi o panią. Dobrze?

– Turner opracowywał z wami środki przeciwko Strażnikom – odparłam. – Od jak dawna?

– A może nie będę z panią omawiał tajnych programów rządowych?

– Oj, zapewniam pana, że będzie je pan omawiał. Ze mną, z Lewisem Orwellem, z Joannę Baldwin, z Davidem, Ashanem, czy z paroma innymi, cóż, wybór należy do pana. Ale to będzie o wiele bardziej… dynamiczna rozmowa. Taka, która panu Turnerowi by się chyba nie spodobała.

– Turner jest nam potrzebny. Będziemy go chronić. Nie podobało mi się to, w którą stronę zmierza rozmowa. W nieunikniony sposób zakończy się jednym – wojną domową pomiędzy zwykłymi ludźmi a Strażnikami. Dżinny nie muszą opowiadać się po żadnej ze stron, ale niektóre to zrobią. To wywoła gniew i zniszczenie. Jak powiedziałby Luis, gówno do kwadratu. Te rozważania sprowadziły moje myśli do tematu, którym byłam najbardziej zainteresowana.

– Chcę zobaczyć Luisa – powiedziałam. – Teraz. Sanders stoczył ze mną kolejny pojedynek na spojrzenia.

– Przyprowadź go – nakazał w końcu Kleinowi, który stał nieopodal, ciągle trzymając dłoń w pobliżu broni.

– Sir…

– Przyprowadź go – powtórzył. Czekaliśmy w milczeniu, kiedy Klein odszedł. Upiłam łyk kawy. Klein zniknął za krawędzią namiotu, a ja usłyszałam odgłos uruchamianego i odjeżdżającego pojazdu. Nie trzymali go tutaj, w swojej bazie dowodzenia, mieli gdzieś drugi obóz, ten, do którego zapewne w końcu i mnie zabiorą. Nie było sensu działać zbyt szybko. Poza tym kawa nawet mi smakowała.

Agent Sanders miał tyle rozsądku, żeby wiedzieć, że nie odezwę się, dopóki moja prośba nie zostanie spełniona, więc wstał, dopił swoją kawę i naradził się z innymi agentami siedzącymi w tym pomieszczeniu. Kiedy skończył, podszedł i stanął nade mną.

– Dostała się pani do środka – odezwał się. – Weszła pani na strzeżony teren. – Słychać było, że jest pod wrażeniem.

– Zgadza się – potwierdziłam. – Ale samo dostanie się do środka nie jest problemem. Są zabezpieczenia. Alarmy. Strażnicy. – Pomyślałam o chimerach: niedźwiedziach i panterach, krążących stadem pomiędzy drzewami, bardziej skutecznych niż jakakolwiek ludzka siła. – Jeżeli zamierza pan wtargnąć na to terytorium, zostanie pan zniszczony.

– Och, nie zamierzam na nie wtargnąć – powiedział. – Jeszcze nie. Ale bardzo interesuje mnie to, co właściwie pani tam zobaczyła.

– Nic – odpowiedziałam. – Zadbaną ziemię. Żwirową drogę. Olbrzymi budynek w kształcie łuku, od którego biło światło. Tylko tyle zdążyłam zobaczyć.

Chciał zadać mi więcej pytań, ale już powiedziałam mu wszystko, co miał ode mnie usłyszeć i w końcu pogodził się z tym faktem i zamilkł.