Piętnaście minut później usłyszałam warkot silnika, chrzęst kół, a później ciszę, kiedy kierowca zatrzymał samochód. Trzaśniecie drzwi.
Wstałam. To wywołało zmianę postawy wszystkich agentów w pomieszczeniu – wyprostowali się, przygotowali, ich ręce powędrowały w stronę broni.
– Siadaj – warknął Sanders. Nie usłuchałam go, a on wyjął pistolet, ale nie wycelował. – Siadaj, Cassiel. Nie żartuję. Dostrzegłam wreszcie cienie w wejściu do namiotu. Agent Klein… i Luis Rocha. Zaparło mi dech, bo nieśli go na noszach dwaj mężczyźni. Był nieprzytomny. Mężczyźni położyli nosze na jednym ze stołów i, na skinienie Sandersa, cofnęli się. Klein znów zajął swoje stanowisko kilka kroków dalej, stał z odbezpieczoną bronią.
Przeniosłam wzrok z nieruchomej, bladej twarzy Luisa na Sandersa. Miałam wrażenie, że wszystko jest czerwone, i nie mogłam oddychać.
– Żyje – powiedział Sanders, jakby w ogóle takie pytanie wchodziło w rachubę. – No, Cassiel, uspokój się trochę. Nic mu nie będzie. Strasznie się stawiał, musieliśmy go ostro potraktować, a później dali mu narkozę, żeby go wyleczyć. Za kilka godzin powinien się obudzić.
Dostrzegłam krew na koszuli Luisa. Uniosłam jej brzeg i zobaczyłam po prawej stronie bandaż szerokości mojej dłoni. Pod nim wyczułam rozcięcie, długie i głębokie, które naruszyło organy i jelito. Lekarze naprawili zniszczenie za pomocą szwów, oczyścili rany i zostawili go, żeby dochodził do siebie.
– Zdejmijcie mi to – poprosiłam i wyciągnęłam skute kajdankami ręce w stronę Sandersa, nie spuszczając wzroku z Luisa.
– Nie mogę. Chciałam zastosować taki rodzaj groźby, jakiej użyłabym, gdybym była dżinnem: „Jeżeli mi odmówisz, zniszczę ciebie, twoich przyjaciół i wszelki ślad po twoim istnieniu”. W ludzkim ciele jednak zrealizowanie tej groźby byłoby nie tylko niezwykle trudne do wykonania, ale mogłoby się skończyć więzieniem albo zastrzeliliby mnie na miejscu.
– Mogę go uzdrowić – powiedziałam błagalnym tonem. Chyba niezbyt poskutkował. – Proszę. Pozwólcie, żebym mu pomogła. Inaczej będzie potrzebował wielu tygodni, żeby dojść do siebie i pojawi się ryzyko infekcji. – Nie dodałam tylko jednego oczywistego argumentu. Jeżeli Luis Rocha umrze z powodu ran lub wywołanych nimi komplikacji, to Sanders będzie za to odpowiedzialny. Nie tylko wobec mnie, ale także wobec swoich przełożonych. Wobec Strażników. A pewnie i wobec jednego czy dwóch dżinnów.
Sanders oczywiście wiedział, co ryzykuje.
Zmierzył mnie długim, nieruchomym spojrzeniem. Starałam się jak mogłam, żeby wyczuwał ode mnie brak zagrożenia, chociaż takie sztuczki nie były moją mocną stroną.
– Dobrze. – Westchnął. – Ale jeżeli zrobisz coś, co mi się nie spodoba, agent Klein wystrzela na ciebie cały magazynek. Jasne?
Nie czekał na moją zgodę i rozpiął mi kajdanki na obu nadgarstkach. Spodziewałam się jakiejś małej technologicznej innowacji, ale nic interesującego nie dostrzegłam.
Sanders cofnął się o krok i skinął głową w stronę Luisa, leżącego nieruchomo na stole.
– Czas biegnie – powiedział. – Masz pięć minut. Nie miał doświadczenia ze Strażnikami poza Turnerem, nie ulegało wątpliwości. Pokręciłam głową i położyłam prawą rękę na czole Luisa. Było zimne i trochę lepkie. Lewą, metalową rękę trzymałam opuszczoną z boku. Nie byłam już pewna, czy potrafię kontrolować przepływ mocy przez nią na takim poziomie, żeby przeprowadzić tego rodzaju zadanie.
Obrażenia wewnętrzne Luisa okazały się zaskakująco lekkie i zostały naprawione przez zdolnych chirurgów. Właściwie nie groziło mu żadne niebezpieczeństwo, potrzebował tylko zwykłej rekonwalescencji. Przynajmniej to było dość łatwo zorganizować, zastępując po prostu część jego utraconej energii moją, chociaż nie miałam jej za wiele, żeby się nią dzielić. Gdyby naprawdę był ciężko ranny, miałabym wątpliwości, czy potrafię go wyleczyć, dysponując moimi zasobami… ale to potrafiłam.
Kiedy przekazałam Luisowi energię – otworzył oczy. Przez chwilę były nieruchome, kiedy jego umysł odzyskiwał świadomość i zaczął przetwarzać informacje w tempie zaskakującym nawet dla dżinna – wspomnienia, dane zmysłowe, dane eteryczne. W końcu jego oczy ożyły i Luis spojrzał na mnie, nie poruszył się jednak.
Słyszysz mnie? Posłużyłam się sztuczką Strażnika Ziemi, szepcząc mu te słowa bezpośrednio do ucha za pomocą delikatnych wibracji wewnętrznej membrany. Nie ruszaj się. Nie daj im poznać, że się wybudziłeś.
Pozostawał zupełnie nieruchomy, rozluźniony pod dotykiem moich dłoni.
Miło cię widzieć, powiedział. Nic ci nie jest?
To nie ja leżałam na stole z pozszywanymi ranami.
Oczywiście, że nie, odpowiedziałam. Jesteś na tyle silny, żeby zająć się połową broni? Lady, mogę zająć się całą bronią, zaproponował Luis i zamrugał. Są z FBI, prawda? O, ludzie. Czyżby się rozmyślił? Ale zajmiesz się bronią?
Jasne, odpowiedział zrezygnowany. Może dorobię się listu gończego ze mną w roli głównej.
Nie marnowałam czasu na dopytywanie się, co miał na myśli.
Teraz, wyszeptałam mu do ucha.
Usiadł jednym płynnym ruchem, a kiedy wszyscy agenci w pomieszczeniu zastanawiali się, co robić, ja odwróciłam się na pięcie i ruszyłam w kierunku agenta Sandersa.
Agent Klein nie blefował. Pociągnął za spust pistoletu i nawet nie drgnął, kiedy celował. Gdyby pistolet działał, poleciałabym na ziemię z dziurą w głowie.
Ale nie zadziałał. Pistolet oddał jałowy strzał. Klein zamrugał i natychmiast spróbował znowu. Rozległo się kolejne głuche kliknięcie. Do tego odgłosu dołączył metaliczny brzęk, kiedy pozostali agenci FBI zaczęli bezskutecznie strzelać.
Zrobiłam unik, gdy Anders próbował zadać mi cios pięścią. Chwyciłam go za gardło, rzuciłam nim do tyłu na jeden ze składanych stołów, który niebezpiecznie się zachwiał i zgiął, jakby miał się zaraz zarwać. W końcu rzeczywiście się zarwał – nagle metalowe nogi rozjechały się nienaturalnie, a stół walnął o ziemię, pociągając za sobą Sandersa. Ja poleciałam z nim, ale ukucnęłam, cały czas ściskając jego szyję.
Pozwoliłam, żeby dżinn zalśnił w moich oczach.
– Nie będą mi rozkazywać tacy jak pan, agencie specjalny Adrianie Sanders. – Prawie prychnęłam. – Nie bez powodu Strażnicy nigdy nie poddawali się kontroli rządu. Strażnicy są ponad narodami, ponad rządami, ponad zasadami i ograniczeniami waszego społeczeństwa. Muszą być, aby móc wykonywać swoją pracę. Strzegą swoich i nie potrzebują akurat waszego szczególnego nadzoru. – Luis zajął się kolejnym agentem, który śpieszył na ratunek Sandersowi, prawdopodobnie agentem Kleinem. Strażnicy Ziemi posiadali zdolność pokonywania siły grawitacji. Dla agenta Kleina było to pewnie zaskoczeniem, bo westchnął przestraszony, kiedy obszar wokół niego nagle potroił siłę przyciągania w porównaniu z siłą przyciągania Ziemi, a on nagle w pół kroku z hukiem runął twarzą do ziemi. I mimo że ciągle próbował, nie był w stanie się podnieść.
Luis obrzucił spojrzeniem pozostałych agentów, którzy nadal stali z bronią w ręku przy swoich komputerach. Spojrzeli po sobie.
– Spokojnie – powiedział. – Nikomu nie zrobimy krzywdy. Wyluzujcie. Byłam raczej pewna, sądząc po minie Sandersa, że nie do końca uwierzył zapewnieniom Luisa. W zasadzie nie mogłam go winić. Nie mogłam mu też zagwarantować, że na pewno nikomu nic się nie stanie. A zwłaszcza jemu. Pochyliłam się bliżej, jasne włosy owiały mi twarz jak dym.
– Jeżeli jeszcze raz spróbuje pan zakuć mnie w te kajdanki, panie Sanders, porozmawiamy sobie znowu, ale ta rozmowa nie zakończy się już w tak miły sposób. – Wypuściłam go, wstałam i podałam mu rękę. Lewą. Tę metalową.