Выбрать главу

Sanders wlepił wzrok w moją twarz, potem w rękę, a ja przez długą chwilę nie byłam pewna, czy przyjmie te zdawkowe przeprosiny. W końcu chwycił moje stalowe palce i wspierając się na mnie, wstał.

– Musimy pracować razem – powiedziałam. Luis stanął obok mnie. – Strażników jest w tej chwili niewielu. Dżinny są… w większości niezaangażowane. Ale ta walka dotyczy też was. Wasze dzieci, i nie ma to znaczenia, czy są to dzieci Strażników czy nie, są krzywdzone i zabijane. Musicie nam pomóc. – Patrzyłam prosto w jego ciemne oczy i zaangażowałam w tę chwilę całą moją szczerość. – Musicie. Niech pan pomyśli o swoich dzieciach i nam pomoże.

Cały czas trzymał mnie za rękę, a ja dostrzegłam, że w drugiej dłoni ukrywa tłumiące moc kajdanki. Jednym ruchem – który na pewno ćwiczył i wykonywał wiele razy – mógłby zakuć mnie w nie w ciągu paru sekund, pewnie zanim Luis zdążyłby interweniować.

Nie ruszył się. Po chwili mnie puścił i cofnął się o krok. Kajdanki wsunął z powrotem do kabury przy pasku, pod wiatrówką.

– Tylko mnie nie wkurz – powiedział. – Bo mam zamiar trochę wam zaufać. Ale niedużo i nie na długo. Jeżeli zrobicie coś, przez co zwątpię, że wam na tym zależy…

– Oczywiście, że nam zależy – zapewnił go Luis i skrzywił się lekko, siadając na krześle. Wyglądał na zmęczonego i obolałego. – Jezu, chyba nie może zależeć nam bardziej. Te dupki zabiły mojego brata, szwagierkę, bratanicę. Przeżyliśmy pół tuzina poważnych prób zabójstwa. Załatwiliście mnie, jej też daliście popalić, a my wam za to nie nakopaliśmy. Dlatego siedź cicho, człowieku, dobra?

Sanders nie wydawał się wielce obrażony.

– Dobra – powiedział. – Może wypuścisz teraz Kleina?

Luis nie spojrzał nawet na drugiego agenta, który ciągle prężył się, żeby podnieść się z ziemi, walcząc ze zwiększoną siłą grawitacji.

– Jasne. Nagle agent mógł podnieść się z ziemi i stanąć. Na jego czerwonej twarzy malowało się rozgoryczenie. Podniósł pistolet, sprawdził go i schował do kabury. Policzki ciągle mu płonęły, a oczy były nadal złe. Kiedy zorientował się, że mu się przyglądam, odzyskał zimną krew i udawał obojętność wobec tego, co się działo.

Niezbyt mu się to udawało.

Sanders usiadł na krześle naprzeciwko Luisa.

– Powiedzmy, dla dobra sprawy, że wam wierzę. Do cholery, czego ode mnie chcecie? Jasne, mam zespół FBI. Mam cały nadzór, którego możecie chcieć. Mam oczy w niebie, a stopy na ziemi. Myślicie, że w tym miejscu nastąpi jakiś frontalny atak?

Nalałam Luisowi kawy ze stojącego obok czajnika i podałam ją mu. Napił się z przyjemnością.

– Niech nam pan wyjawi, co pan wie.

– Wy najpierw.

– To proste – odpowiedział Luis. – Nie wiemy zupełnie nic. Jedynie to, co powiedziała panu do tej pory Cass. Mnie nawet przy tym nie było. Ona jest jedynym naocznym świadkiem. Pana kolej.

– Chodźcie za mną – powiedział Sanders i wyprowadził nas z namiotu. Zwolniłam, żeby iść z Luisem, dyskretnie sprawdzając jego sprawność.

Zorientował się, co robię i spojrzał na mnie krzywo.

– Co?

– Boli cię.

– Nic mi nie jest. Tak przeżywam uboczne skutki szybkiego zdrowienia. Nic mi nie dolega. – Skinął na agenta Sandersa. – To teraz pan jest kim? Przywódcą stada?

Uśmiechnęłam się.

– Ludzie rzeczywiście mają tendencję do poruszania się w grupach. Zdominuj przywódcę, a zdominujesz też pozostałych.

– Cyniczne.

– Praktyczne. Sanders nie słyszał, bo porozumiewaliśmy się bardzo cichym szeptem. Poprowadził nas zboczem wzgórza w dół do kolejnego namiotu z zamkniętym wejściem. Otworzył je i wszedł. Kiedy my także znaleźliśmy się w środku, zorientowałam się, że są tam kolejne komputery, nowi ludzie i składane tablice pełne zdjęć. Niektóre z nich były wyraźnymi zdjęciami satelitarnymi okolicy Różanego Kanionu, w którym się znajdowaliśmy. Najpierw rozpoznałam ciemne rozcięcie przepaści, a potem wypielęgnowany park obozowiska Perły po drugiej stronie. Namioty FBI wyglądały jak smugi, ale zaznaczono je na czerwono, żeby były bardziej widoczne.

Biały zaokrąglony budynek, który widziałam, wyglądał jak księżyc wkomponowany w zieloną, starannie opróżnioną przestrzeń. Otaczała go pustka, w odróżnieniu od Kolorado, gdzie były baraki, budynki, a nawet plac zabaw dla dzieci. To wydawało mi się bardziej… obce. Przyjrzałam się zdjęciom po kolei, wnikliwie, przeglądając całą przestrzeń tablic. Zajęło mi to trochę czasu. Luis skończył przede mną, ale wątpiłam, żeby zobaczył tyle, co ja. Był zmęczony.

– I co? – spytał Sanders. Założył sobie ręce na piersiach. – Widok na waszą dzielnicę?

– Nie jest jak w Kolorado – powiedziałam. – Wcale. To wygląda tak, jakby zostało zbudowane ludzkimi rękami.

– Bo zostało – odpowiedział Sanders. – Zbudowane przez Kościół Nowego Świata. Ich obóz szkoleniowo-inspirujący, nauczanie i gry wojenne w jednym. Ten cały Kościół Nowego Świata początkowo nie zaliczał się do kultów apokaliptycznych, został założony przez bandę hipisów, która chciała pokoju i miłości. Stopniowo zaczął w nim dominować coraz bardziej ekstremistyczny nurt. Ale mimo wszystko nie spodziewaliśmy się, że wpadną w industrialne szaleństwo. Byli… – Wzruszył ramionami. – Normalni. Jak na tego rodzaju działania.

– Aż do zeszłego roku – domyśliłam się. Skinął głową. – A kiedy pojawiła się ta budowla? – Dotknęłam białej bańki widocznej na zdjęciach.

– Około ośmiu miesięcy temu – powiedział. – Taka sama jak w Kolorado. Taka sama jak w dwóch innych miejscach, miejscach o których wiemy. Ta sama cholerna budowla. Ale ta jest największa. Ma wielkość zbliżoną do stadionu piłkarskiego, ale nie jest zbyt wysoka. Domyślamy się, że całe zaplecze znajduje się wewnątrz, szkolenie również odbywa się w środku.

– Kto wjeżdża i wyjeżdża?

– Wjeżdżają samochody osobowe i ciężarówki, tych drugich nie za wiele. Większość zarejestrowana jest na członków Kościoła, parę należy do dostawców, którzy zrzucają towar i odjeżdżają.

– Kto po niego przychodzi? – spytał Luis.

– Nikt – powiedział Sanders. – Leży tam do wieczora. Monitorujemy teren noktowizorem, ale nigdy nikogo nie widzieliśmy. Po prostu… znika.

Skinęłam głową. Teraz zrozumiałam.

– Będę potrzebowała listę tych… dostawców.

– Wszyscy się odhaczają. Usiłowaliśmy zamontować urządzenia śledzące w towarze. Na nic. Wszystko się blokuje, kiedy tylko znajdzie się w tej kopule. Chyba jakieś fale.

– Będzie mi potrzebna lista – powtórzyłam. – I broń. Może któryś z tych wielkich karabinów, które mieli pańscy agenci.

– Uhm – odezwał się Sanders, tonem bynajmniej niewskazującym na to, że zamierza spełnić moją prośbę. – A chcesz ją, bo…?

– Niech pan mi zaufa – powiedział Luis. – Chyba lepiej nie znać odpowiedzi na to pytanie.

– Muszę napisać raport – oznajmił Sanders. – Rządowi potrzebne są raporty. Dlatego potrzebuję tej odpowiedzi, zanim się zgodzę albo odmówię.

– Mam zamiar dostać się do budynku. – Wzruszyłam ramionami. – Teraz wiem, jak. I zamierzam zabrać broń, ponieważ może będę musiała zastrzelić tych, którzy zechcą mi przeszkodzić w odbiciu Isabel i wszystkich innych dzieci.

– Zamierzasz wejść do środka. Zastrzelić ludzi. Uratować dzieci. – Sanders zamrugał.

– Tak.

– Taki masz plan.

– Zgadza się.

– Pomóż mi coś z tego zrozumieć. – Spojrzał na Luisa.

– Chyba musisz nad tym trochę popracować – powiedział Luis. – Zwłaszcza w kwestii tego, że nie masz żadnych wstępnych informacji, co znajduje się w środku. Cass, wiesz przecież, że to jest jedna wielka pułapka na muchy, a tą muchą jesteś ty. Dostaniesz się do środka i może już nigdy stamtąd nie wyjdziesz. A przecież to ty mówiłaś, że jej chodzi o dżinna. Może po prostu na niego czeka?