– Tak. Co prawda spróbują go ominąć, ale i tak będzie nami trochę trzęsło.
Rozmowa była nieco utrudniona, gdyż przejściem między fotelami przemykali co chwila stewardzi kursujący z kuchni do jadalni. Harry nie mógł wyjść z podziwu, że zaledwie dwóch ludzi potrafiło przygotować posiłek i obsłużyć aż tyle osób.
Wziął do ręki należący do Margaret egzemplarz Life'a i udawał, że go przegląda, podczas gdy w rzeczywistości czekał niecierpliwie, kiedy rodzina Oxenford pójdzie na kolację. Nie wziął żadnych książek ani gazet, bo raczej nie zaliczał się do pilnych czytelników. Lubił wiedzieć, co napisano w gazecie, ale z rozrywek wyżej cenił sobie radio i kino.
Wreszcie poproszono ich do jadalni. Harry został w kabinie sam na sam z Clive'em Memburym. Pierwszą część podróży sąsiad z naprzeciwka przesiedział w salonie grając w karty, teraz jednak, kiedy salon zamienił się w jadalnię, wrócił na swój fotel. Może pójdzie do wychodka – pomyślał Harry. – Do licha, muszę przestać nazywać to wychodkiem, zanim mnie przychwycą!
Ponownie zaczął się zastanawiać, czy Membury jest policjantem i co taki człowiek jak on robi na pokładzie Clippera. Jeżeli ścigał podejrzanego, to musiało wchodzić w grę poważne przestępstwo, skoro brytyjska policja szarpnęła się na tak drogi bilet. A może był po prostu jednym z tych ludzi, którzy oszczędzają całe życie, by potem odbyć podróż marzeń, na przykład statkiem w górę Nilu albo Orient Expressem przez Europę. Lub miłośnikiem lotnictwa pragnącym zaznać dreszczyku emocji podczas lotu przez ocean. Jeśli tak jest w istocie, to mam nadzieję, że dobrze się bawi. Dziewięćdziesiąt funtów to kupa forsy.
Cierpliwość na pewno nie stanowiła najmocniejszej strony Harry ego, więc po półgodzinie, kiedy Membury nie wykazał najmniejszej ochoty, aby ruszyć się z miejsca, postanowił przejąć inicjatywę w swoje ręce.
– Widział pan już pokład nawigacyjny, panie Membury? – zapytał.
– Nie, ale…
– Podobno to coś wręcz niezwykłego. Niektórzy twierdzą, że jest wielkości całego wnętrza DC -3, a to wcale nie jest mały samolot, może mi pan wierzyć.
– Doprawdy?
Membury przejawiał absolutne minimum zainteresowania wynikające tylko z grzeczności. Na pewno nie był entuzjastą lotnictwa.
– Myślę, że powinniśmy to zobaczyć. – Harry zatrzymał Nicky ego, niosącego wazę z zupą żółwiową. – Czy pasażerowie mogą zwiedzać pokład nawigacyjny?
– Oczywiście, proszę pana! Są tam mile widzianymi gośćmi.
– Czy teraz jest na to odpowiednia chwila?
– Najodpowiedniejsza, panie Vandenpost. Nie lądujemy ani nie startujemy, nie odbywa się zmiana wacht, a pogoda jest ustabilizowana. Nie mógł pan wybrać lepszego momentu.
Harry miał nadzieję, że to właśnie usłyszy. Wstał z fotela.
– Pójdziemy? – zapytał Membury'ego, spoglądając na niego z oczekiwaniem.
Przez chwilę wydawało mu się, że usłyszy odmowę. Mężczyzna nie wyglądał na kogoś, komu łatwo narzucić swoją wolę. Z drugiej strony, odmowa mogłaby zostać wzięta za grubiaństwo.
– Z przyjemnością – odparł Membury po dość długim wahaniu.
Harry poszedł jako pierwszy ku przodowi samolotu, po czym wspiął się krętymi schodkami na pokład nawigacyjny. Membury podążał za nim.
Harry rozejrzał się dookoła. Ten widok w niczym nie odpowiadał jego wyobrażeniom o tym, jak powinien wyglądać kokpit samolotu. Obszerna, cicha i wygodna kabina przypominała raczej biuro w jakimś nowoczesnym budynku. Nigdzie nie mógł dojrzeć swoich sąsiadów z obiadu, lecz nie było w tym nic dziwnego, gdyż teraz pełnili służbę ich zmiennicy. Przy małym stoliku z tyłu kabiny siedział kapitan. Spostrzegłszy gości uśmiechnął się i powiedział:
– Dobry wieczór, panowie. Chcielibyście się trochę rozejrzeć?
– Oczywiście – odparł Harry. – Ale muszę wrócić po aparat. Można tu robić zdjęcia?
– Naturalnie.
– W takim razie zaraz wracam.
Zbiegł szybko po schodach, zadowolony z siebie, ale nadal spięty. Udało mu się chwilowo pozbyć Membury'ego, lecz miał bardzo niewiele czasu na poszukiwania.
Wrócił do kabiny. Jeden steward był właśnie w kuchni, drugi zaś w jadalni. Powinien zaczekać, aż obaj zajmą się podawaniem do stołów, dzięki czemu miałby pewność, że żaden z nich nie zjawi się niespodziewanie w kabinie, ale nie mógł sobie na to pozwolić. Musiał zaryzykować.
Wyciągnął spod fotela walizkę lady Oxenford. Była zbyt duża i ciężka jak na bagaż kabinowy, ale przecież szlachetnie urodzona dama z pewnością nie nosiła jej sama. Była też nie zamknięta, co stanowiło zły znak. Nawet najbardziej naiwna osoba nie zostawiłaby bezcennej biżuterii w otwartej walizce.
Mimo to przetrząsnął ją szybko, cały czas obserwując kątem oka, czy ktoś nie wchodzi do kabiny. Znalazł perfumy, puder, cienie do powiek, zestaw składający się ze srebrnego grzebienia i szczotki do włosów, brązowy szlafrok, koszulę nocną, gustowne kapcie, jedwabną bieliznę w kolorze brzoskwiniowym, pończochy, kosmetyczkę z przyborami toaletowymi i tomik wierszy Blake'a – ale żadnych klejnotów.
Zaklął w duchu. Wydawało mu się, że to właśnie jest najbardziej prawdopodobne miejsce, ale teraz zaczął wątpić w całą swoją teorię.
Poszukiwania zajęły nie więcej niż dwadzieścia sekund.
Zamknął szybko walizkę i odstawił ją na miejsce.
A może lady Oxenford poprosiła męża, by on zaopiekował się drogocenną biżuterią?
Harry zerknął na walizkę stojącą pod fotelem lorda Oxenford. Stewardzi byli w dalszym ciągu zajęci. Postanowił wystawić swoje szczęście na jeszcze cięższą próbę. Wyciągnął walizkę spod fotela. Była to właściwie duża skórzana torba zapinana na suwak, dodatkowo zaś wyposażona w małą kłódkę. Z myślą o takich właśnie chwilach Harry nigdy nie rozstawał się ze scyzorykiem. Za jego pomocą błyskawicznie otworzył kłódkę, po czym rozpiął suwak.
W sekundę później do kabiny wszedł mały steward, Davy, niosąc do jadalni tacę z drinkami. Harry podniósł głowę i spojrzał na niego z uśmiechem. Wzrok Davy'ego spoczął na torbie. Harry wstrzymał oddech, lecz ani na chwilę nie przestał się uśmiechać. Steward bez słowa przeszedł do jadalni. Z pewnością uznał, że torba stanowi własność Harry'ego.
W torbie lorda również znajdowały się przybory toaletowe i bielizna, tyle tylko, że przeznaczone dla mężczyzny, miejsce poezji zaś zajmowała biografia Napoleona. Harry zasunął suwak i założył kłódkę. Naturalnie Oxenford zauważy, że jest otwarta i być może sprawdzi zawartość torby, ale kiedy przekona się, że nic nie zginęło, uzna zapewne, że kłódka po prostu się zepsuła.
Harry wepchnął torbę pod fotel.
Na razie wszystko uszło mu na sucho, lecz nie zbliżył się ani o krok do Kompletu Delhijskiego.
Było bardzo mało prawdopodobne, żeby rodzice powierzyli dzieciom opiekę nad kosztownościami, ale mimo to postanowił sprawdzić także ich bagaż. Gdyby nawet lord Oxenford wpadł na taki pomysł, chętniej chyba zaufałby Percy'emu, który byłby tym z pewnością zachwycony, niż buntowniczej Margaret, coraz częściej okazującej ojcu nieposłuszeństwo.
Harry postawił na fotelu płócienną torbę Percy'ego, mając nadzieję, że nawet gdyby steward wracał teraz do kuchni, to uzna, że to wciąż ta sama sztuka bagażu.
Rzeczy Percy'ego były tak starannie ułożone, iż nie ulegało najmniejszej wątpliwości, że spakował je służący lub pokojówka. Żaden normalny piętnastoletni chłopiec nie zawijałby piżamy we wzorzysty papier. W kosmetyczce znajdowała się nowa szczoteczka do zębów i pasta, oprócz tego zaś torba zawierała pudełko turystycznych szachów, kilka komiksów i paczuszkę czekoladowych ciasteczek przygotowaną zapewne przez kucharkę. Harry zajrzał do pudełka z szachami, przetrząsnął komiksy i częściowo rozwinął paczkę z ciastkami, lecz nigdzie nie znalazł biżuterii.
Kiedy odstawiał torbę na miejsce, przez kabinę przeszedł któryś z pasażerów, prawdopodobnie idąc do toalety. Harry całkowicie go zignorował.
Nie wierzył, by lady Oxenford zdecydowała się pozostawić bezcenne klejnoty w kraju, który w ciągu kilku tygodni mógł zostać pokonany i złupiony przez wojska najeźdźców. O ile jednak mógł stwierdzić, nie miała ich ani na sobie, ani przy sobie. Jeśli nie znajdzie ich także w torbie Margaret, będzie to oznaczać, że są w luku bagażowym. Czy podczas lotu można dostać się do luku? Jeśli nie, to spróbuje zamieszkać w Nowym Jorku w tym samym hotelu, co rodzina Oxenford…
Musiał się pośpieszyć, bo kapitan i Clive Membury zaczną się wkrótce zastanawiać, czemu tak długo nie wraca.
Wziął do ręki walizeczkę Margaret. Wyglądała jak prezent urodzinowy: nieduża, z kremowej skóry, ze ślicznymi metalowymi okuciami. Kiedy ją otworzył, natychmiast poczuł zapach perfum Margaret: „Tosca”. Pierwszą rzeczą, na jaką natrafił, była bawełniana koszula nocna w drobne kwiatuszki. Spróbował wyobrazić sobie dziewczynę w tym stroju, ale doszedł do wniosku, że wyglądałaby zbyt dziecinnie. Bielizna była również bawełniana, zupełnie biała. Przemknęła mu przez głowę myśl, czy Margaret jest jeszcze dziewicą. Niewielka, oprawiona w ramki fotografia przedstawiała mniej więcej dwudziestojednoletniego, przystojnego chłopaka o dość długich czarnych włosach i równie czarnych brwiach, ubranego w strój i czapkę studenta. Prawdopodobnie był to jej chłopiec, który zginął w Hiszpanii. Ciekawe, czy z nim spała? Harry przypuszczał, że tak, pomimo to, że nosiła majtki jak uczennica. Czytała powieść D. H. Lawrence'a. Założę się, że jej matka nic o tym nie wie – pomyślał. Na dnie torby leżało kilka lnianych chusteczek z monogramem „M. O.”. One także pachniały „Toscą”.
Ani śladu klejnotów. Cholera.
Postanowił zabrać na pamiątkę jedną z chusteczek. W chwili kiedy ją wyjął, w przejściu prowadzącym do jadalni pojawił się Davy z tacą, na której piętrzyły się talerze po zupie.