Dyktafon w kieszeni Pete'a zarejestrował ciche przekleństwo Petera Yorka i to, jak gniewnie wystukuje palcami rytm po blacie kontuaru. Potem York sięgnął po książeczkę czekową i wypisał sumę.
– Odtąd się nie znamy – dotarł do Pete'a syczący szept.
– Spokojnie, szefie. Ma pan do czynienia z człowiekiem interesu – zapewnił Spine. – Żegnam na zawsze.
Opuścił bar chwiejnym krokiem, oszołomiony z lekka trzema szklaneczkami “Wyborowej”. Po chwili Pete ruszył za nim. Zobaczył, jak Spine wsiada do różowego garbusa z girlandami stokrotek.
Honda podążyła w ślad za volkswagenem i towarzyszyła mu, aż stanął przed obdrapaną kamienicą w dzielnicy slumsów. Spine, pogwizdując, zniknął za drzwiami sutereny, ozdobionymi tabliczką:
PRACOWNIA FOTOGRAFICZNA * Portrety * Fotomontaże * Obsługa imprez rodzinnych Tom D. Spine:
PRACOWNIA FOTOGRAFICZNA * Portrety * Fotomontaże * Obsługa imprez rodzinnych Tom D. Spine
ROZDZIAŁ 5. KTO NAPISAŁ ANONIM?
Martin Morgan wrócił do domu późnym wieczorem, zmęczony morderczą serią spotkań wyborczych. Żona pomogła mu zdjąć marynarkę i kazała przynajmniej na kwadrans położyć się na otomanie w saloniku. Sama usiadła obok. Wyglądała na zatroskaną, z trudem kryła zdenerwowanie.
– Jak było na wiecach? – zapytała.
– Ludzie nie wierzą we wczorajszą sensację z “Los Angeles Sun” – odparł Morgan, leżąc na wznak, z przymkniętymi oczami. – Zwłaszcza że dziś nie ma o tym ani słowa. Pytano mnie o Victora. Zapewniłem, że to brednie, mój syn nie ma nic wspólnego z Ognistymi Demonami.
– Oby tak było, Martinie… – westchnęła pani Morgan.
– Wątpisz?
– Boję się. O niego i o ciebie.
– Gdyby mieli jakiś dowód przeciwko Victorowi, ukazałby się w dzisiejszym “Los Angeles Sun” – powiedział Martin Morgan. – Kaczka dziennikarska. Będą musieli mnie przeprosić.
– Oby tak było – powtórzyła z westchnieniem Sybil, dziwiąc się w duchu, że mąż nie pyta, czy Victor odezwał się, czy dzwonił.
Widocznie zamknął się w sobie i nie chce o tym mówić.
– Na każdym spotkaniu pytano mnie o Błękitną Dolinę – usłyszała. – Domagano się przyrzeczenia, że jako senator nie dopuszczę do dewastacji tego rajskiego zakątka. Zapewniłem ludzi, że mogą być o to spokojni.
Nie zauważył lęku w oczach Sybil. Wciąż miał przymknięte powieki.
Do saloniku wszedł służący.
– Telefon do pana – poinformował. – Odłożyłem słuchawkę w gabinecie.
– Przynieś tutaj aparat – poleciła Sybil.
– Nie trzeba. – Morgan podniósł się ze skórzanej otomany.
– Porozmawiam u siebie.
Przeszedł do gabinetu.
Miał niejasne przeczucie, że wie, kto do niego dzwoni o tak późnej porze. Nim wziął słuchawkę, wcisnął klawisz nagrywania.
– Jak się masz, Martin. – Poznał jowialny głos Johna Waltersa. – Zdaje się, że miałeś dzisiaj gorący dzień, osiem spotkań z wyborcami.
– Aż dziewięć – skorygował Morgan.
– Na pewno wszystkie udane – Walters zaśmiał się ciepło.
– I bez gorzkiej niespodzianki w “Los Angeles Sun”. Zapewniłem właściciela gazety, że dojdziemy do porozumienia.
– Na jakiej podstawie, John? – zapytał Martin Morgan.
– Znam cię dobrze, jesteś rozważnym człowiekiem. – Głos Waltersa stał się jeszcze cieplejszy. – Z pewnością wahałeś się, ale zwyciężył rozsądek. Tylko ta duma, co? Honor ci nie pozwalał do mnie zatelefonować. Rozumiem, rozumiem… – Pogłos dobrotliwego śmiechu. – Jak nie góra do Mahometa, to Mahomet do góry. No więc ja dzwonię. Aby usłyszeć, że przemyślałeś propozycję i przyjmujesz warunek.
– A jeśli się mylisz? – zapytał Morgan z bijącym sercem.
– Mam podstawę, żeby sądzić, że nie jestem w błędzie. Skończmy tę komedię, Martin.
Morgan głęboko zaczerpnął powietrza. Trochę kręciło mu się w głowie.
– Skończmy – powiedział. – Ta podstawa to mój sekretarz, Peter York?
W słuchawce zapanowała cisza, jakby przerwano połączenie. John Walters odezwał się dopiero po paru chwilach i w jego głosie nie było już cienia przyjaznej jowialności.
– Ich cierpliwość się wyczerpuje. Dali ci trochę więcej czasu, bo zapewniłem, że nie jesteś głupcem. Ale pojutrze cała Kalifornia zobaczy na pierwszej stronie “Los Angeles Sun” zbira kopiącego kobietę. Ten zbir to Victor. W uniformie Ognistych Demonów. I to będzie twój żałosny koniec.
Morgan odłożył słuchawkę. Po chwili, mimo późnej pory, nakręcił czyjś numer i nagrał się krótko na automatyczną sekretarkę.
Wrócił do saloniku. Sybil czekała na niego. Zaskoczył ją wyraz twarzy męża: rozpacz czy rozbawienie? Niby uśmiechał się, ale nie do końca. W jego oczach dostrzegła błyski, jakich nie znała.
– Kto dzwonił? – rzuciła niecierpliwie.
– Na kilkaset spraw sądowych, w których występowałem jako obrońca, przegrałem tylko cztery – powiedział z dziwnym uśmieszkiem Morgan. – I wiesz co? Odczuwałem niedosyt porażek. Żeby czuć grunt pod nogami, trzeba od czasu do czasu obrywać po nosie. Wtedy przestaje się bujać w obłokach.
– Co to za wywód, Martin?
– Za trzy dni stanę do wyborów i przegram je – rzucił wesoło kandydat na senatora. -Jest zwyczaj dziękowania współtwórcom sukcesu. A współtwórcom klęski? Mam już prawie gotową listę.
Sybil Morgan zbladła. Do głowy przyszła jej straszna myśl.
Ale nie.
To niemożliwe.
– Jeszcze możesz zrezygnować z kandydowania – powiedziała cicho. – Było nam dobrze, nie musi być lepiej. Brzydzę się polityką. Jesteś wspaniałym adwokatem i masz rodzinę, która cię kocha.
– O, tak, na pewno! – potwierdził z entuzjazmem mąż.
Panią Morgan zaniepokoił ten ton entuzjazmu.
– Jeśli chodzi o Victora, mogę przysiąc, że jest niewinny – oświadczyła kategorycznie. – Znam go lepiej niż ty. Bywa lekkomyślny, jak każdy chłopiec w jego wieku, ale…
– Przestań – poprosił Morgan.
– Oddałby życie za ciebie – dokończyła.
– A twój brat wprost mnie uwielbia – powiedział Martin Morgan. – Otóż zrobię wam niespodziankę i mimo wszystko stanę do wyborów.
– Nie! – wyrwało się Sybil.
Mąż popatrzył na nią uważnie.
– Nie poddam się – powiedział cicho. – Wbrew twoim radom, kochanie. Wbrew sugestiom Jenkinsa. I wbrew naciskom twojego brata.
Wyszedł z pokoju, nie czekając na reakcję żony.
W kwaterze Trzech Detektywów do późnej nocy trwała narada i unosił się rozpustnie upojny zapach zapiekanki SADKO, która straciła prawo do swojej nazwy, bo nie było w niej ani SAłaty, ani Dyni, ani Kalafiora. Zdenerwowany Jupe poszedł na całość i postawił wszystko na “Oraz”: napełnił naczynie plastrami wędzonej polędwicy, przełożył szynką i bekonem, sypnął garść czarnych oliwek, nie pożałował czosnku i cebuli. Zalał to zawiesistą śmietaną i z zimną determinacją wbił sześć jajek, przykrywając całość grubą warstwą ementalera.
Reszta dokonała się w mikrofalówce.
Pete i Bob patrzyli w osłupieniu, jak Jupiter nakłada sobie na talerz górę przyrumienionej rozkoszy i jak pożera ją bez pośpiechu, zakąszając bagietką z masłem.
– Na co czekacie? – usłyszeli. – Za chwilę gar będzie pusty.
– A twoja dieta? – zapytał nieśmiało Bob.
– Chcę być gruby jak beczka i z muskułami jak banie – warknął Jupe, pałaszując przysmak. – Wtedy pójdę do “Hadesu”, wezmę Bonzę za frak i przerobię na farfocla.
– Od żarcia nie rosną muskuły – zauważył Pete, najbardziej z nich wysportowany, uprawiający karate i jogging, nie licząc trzech kwadransów ostrej gimnastyki porannej z hantlami i sztangą.