Выбрать главу

– No to nie jedz – mruknął pod nosem Jupiter.

Od aromatu zapiekanki kręciło w nosie, więc Pete i Bob otrząsnęli się z osłupienia i natarli na resztki, wyskrobując z garnka ostatnie łyżki rarytasu.

– Mógłbyś zostać wielkim kuchmistrzem – wymamrotał Bob z pełnymi ustami. – Masz nieprzeciętny talent.

– Nie mam żadnego talentu – rzucił ponuro Jupe, wycierając wargi chusteczką. – A już na pewno talentu detektywa. Trzymam w garści fakty i nic nie rozumiem. Gdzie klucz do sprawy Morgana? Przed kim ukrywamy jego syna? Co ma Victor wspólnego z Demonami?

– Chyba nic – powiedział Pete, przełykając ostatni kęs zapiekankowej rozkoszy.

– Kibic amator – dorzucił Bob. – Pewnie stawiał im piwo, a oni łaskawie pozwalali.

Jupiter z żalem odsunął pusty talerz.

– Podsumujmy aferę – powiedział. – Nie jest prawdą, że Ogniste Demony szukają Victora. Nie jest prawdą, że mają coś na niego i żądają stu tysięcy dolarów.

– To raczej synek ma ochotę na pieniądze rodziców – wtrącił Pete.

Jupe chyba nie dosłyszał. Był pochłonięty konstruowaniem ciągu myślowego.

– Jest prawdą, że ktoś próbuje skompromitować Martina Morgana – ciągnął. – Nie dziwiłbym się, gdyby był w to zamieszany jego kontrkandydat, ale żaden ślad nie prowadzi w tym kierunku. Gdyby postawić sprawę na głowie, można by sądzić, że przeciwko Morganowi są jego najbliżsi.

– Może stoi na głowie? – wyraził przypuszczenie Bob.

– Życie to nie cyrk – powiedział sentencjonalnie Jupiter. – Każdy skutek ma swoją przyczynę i od tego my jesteśmy. Zbieramy fakty. Myślimy. Układamy z klocków łamigłówkę i otrzymujemy odpowiedź, jeśli żadnego klocka nie brakuje albo nie jest ich za dużo.

– Brakuje? – zapytał Pete.

– Czy za dużo? – spytał Bob.

– Jedno i drugie – odparł Jupe. – Dlatego nam nie wychodzi. – Wziął do ręki gazetową odbitkę ze zdjęciem z zadymy, mającym ukazać się w “Los Angeles Sun”. – To jest fotomontaż. Prawdopodobnie ma z tym coś wspólnego sekretarz Morgana. Na pewno nie działał na zlecenie szefa. Na czyje i dlaczego? – Jupe zrobił pauzę, poskubał dolną wargę. – Pani Morgan oddała nam pod ochronę swego syna. Dlaczego? Victor nie chce spotkać się z ojcem, a z nami nie jest szczery. Nie wygląda na to, żeby się bał Ognistych Demonów. W takim razie, przed kim się ukrywa? – Jupe znów zrobił pauzę. – Victor to ten klocek, o który jest za dużo.

– A o jakie za mało? – odezwał się Pete.

– Brak mi klocka pod tytułem “Sto tysięcy dolarów” – powiedział Jupe. – Victor okłamał matkę, matka nas, czy ktoś ich oboje? Przydałby się klocek “Noc Ognistych Demonów”: dlaczego nie dobrano im się do skóry? Szukam klocka “Zleceniodawca Yorka”: nie możemy wykluczyć, że Martin Morgan oczernia sam siebie.

– Po co? – zapytał Bob.

– Żeby w ostatniej chwili wyjść na bohatera, obalając potwarz.

Pete i Bob spojrzeli na Jupe'a, zaskoczeni. Potem spojrzeli po sobie.

– Bingo! – wykrzyknął Pete. – Ty masz łeb!

– Wątpię – Jupe westchnął. – Jakoś nie mogę się zgodzić z samym sobą. Ale rano będę wiedział. Być może. Mam pilne wezwanie od Morgana. A wy dwaj tymczasem…

Przeszedł na szept. Bob i Pete słuchali z uwagą.

Dwie ubrane na czarno postacie wysiadły ze sportowego samochodu nieopodal pracowni fotograficznej Toma D. Spine'a. Był środek nocy, na ulicy pustka, z latarń sączyło się przymglone żółte światło.

Jedna z postaci wyjęła z kieszeni jakiś płaski przedmiot i podłubała w zamku. Drzwi pracowni ustąpiły. Dwaj czarni wślizgnęli się do małego pomieszczenia pachnącego chemikaliami, z setkami zdjęć rozwieszonych na ścianach. Punktowe światełka latarek wyłowiły z mroku kotarę, za nią drzwiczki.

W ciemni fotograficznej paliła się czerwona lampka, na sznurkach suszyły się klisze. Wąski metalowy stół był zawalony odbitkami. Na drugim, mniejszym, stał powiększalnik i dwie kuwety z odczynnikami.

Przybysze zabrali się do przeglądania fotografii. Były to obrazki ze ślubów, pogrzebów, uczt weselnych, pikników na trawie, różnych imprez towarzyskich. Od czasu do czasu trafiały się fotki panienek w negliżu, pozujących samotnie lub w asyście panów.

– U mnie nic – szepnął Pete.

– Ani u mnie – szepnął Bob i rozejrzał się po ciemni, pomagając sobie latarką. – Jupe będzie zawiedziony.

– Poświeć mi tutaj – Pete wskazał na kosz pełen fotograficznych odpadów.

Wysypał śmieci na betonową podłogę. Uklęknął. Oglądał strzępki zdjęć i po kolei wrzucał z powrotem do kosza. Kiedy już kończył przegląd, świetlny punkt latarki zatrzymał się na próbnej odbitce z klatkami kilkunastu ujęć.

Pete skinął na Boba.

Próbki przedstawiały scenę kopania kobiety przez grupkę Ognistych. Na pierwszej zbir stojący pośrodku miał twarz tak samo niewyraźną jak pozostali. Na drugiej zamiast twarzy widniała biała plama. Na trzeciej w miejsce plamy pojawiło się oblicze – nieproporcjonalnie duże w stosunku do postaci. Na kolejnych próbkach twarz zmniejszała się i była coraz bardziej czytelna.

– Poznajesz? – zapytał szeptem Pete.

Bob skinął twierdząco. Wziął od Boba odbitkę i schował ją do kieszeni na piersiach czarnego kombinezonu.

Ruszyli do wyjścia. Kiedy znaleźli się przy drzwiach, dobiegł ich z zewnątrz jakiś łomot, bełkotliwe przekleństwo.

Zamarli.

Ktoś stał pod drzwiami po zewnętrznej stronie.

Czekał tam na nich?

– Jeśli to Spine, dam mu radę… – wymówił Pete samymi wargami.

– Może być z kimś… – bezdźwięcznie odpowiedział Bob.

Znów przekleństwo. Stęknięcie. Potem oddalające się kroki.

Pete ciut uchylił drzwi i wyjrzał przez szparkę.

Środkiem jezdni odpływał podpity obdartus, balansując rozkrzyżowanymi ramionami. Zastopował przy hondzie. W dzielnicy slumsów sportowy wóz był raczej rzadkim zjawiskiem. Kiedy dotknął klamki, Pete uświadomił sobie, że drzwiczki zostawił otwarte, a kluczyki w stacyjce – na wszelki wypadek, gdyby trzeba było szybko stąd zmiatać. Już szykował się do sprintu, ale pijaczek widocznie się rozmyślił. Zostawił klamkę w spokoju i pożeglował dalej, od czasu do czasu śląc w kierunku księżyca jakieś kwieciste przekleństwo.

W biurze Martina Morgana, zalanym porannym słońcem, nie było jeszcze personelu. Gospodarz miał szarawą wymęczoną twarz, zaczerwienione spojówki i worki pod oczami. W milczeniu i bez uśmiechu wskazał Jupiterowi miejsce na skórzanej kanapie.

Potem włączył magnetofon.

“…więc ja dzwonię. Aby usłyszeć, że przemyślałeś propozycję i przyjmujesz warunek.

– A jeśli się mylisz? – zabrzmiał głos Morgana.

– Mam podstawę, żeby sądzić, że nie jestem w błędzie. Skończmy tę komedię, Martin.

– Skończmy. Ta podstawa to mój sekretarz, Peter York?”

I długa chwila ciszy.

“…pojutrze cała Kalifornia zobaczy na pierwszej stronie “Los Angeles Sun” zbira kopiącego kobietę. Ten zbir to Victor. W uniformie Ognistych Demonów. I to będzie twój żałosny koniec…”

Martin Morgan zatrzymał taśmę.

– Zrobiłem tak, jak mi poradziłeś – powiedział Morgan matowym, sennym głosem. – Wygadałem się przed Yorkiem, że mam wahania, tylko wstyd mi zadzwonić i przyznać się. Wieczorem był ten telefon.

– Od Johna Waltersa?

– Tak – potwierdził Morgan. – Ale nic z tym nie zrobię. Nie mogę zadenuncjować przed władzami brata własnej żony.

Jupe skubnął dolną wargę. Skubnął ją po raz drugi i trzeci, zapominając, że siedzi naprzeciw kandydata na senatora i że nie wypada w taki sposób demonstrować zadumy.

– Petera Yorka zwolnię natychmiast- usłyszał.