– Proszę tego nie robić. – Jupe oprzytomniał, dał spokój wardze. – Niech gra toczy się dalej. – Zrobił pauzę, spojrzał w oczy Morganowi. – Jak pan myśli, dlaczego nie aresztuje się Ognistych Demonów?
– Pytałem o to komendanta policji w Los Angeles – powiedział Morgan. – Nie ma przeciwko nim dowodów. Ofiary są zastraszone i boją się zeznawać, a na amatorskich zdjęciach nie można rozpoznać twarzy. Policja ma kilka tych zdjęć. Obrońca herszta gangu zakwestionował ich autentyczność. Twierdzi, że takie stroje nosi wielu skinheadów, a twarze są zamazane.
– Z wyjątkiem twarzy pańskiego syna – uśmiechnął się Jupe. – Dziwny zbieg okoliczności, nie sądzi pan? Prawdziwy cud fotograficzny.
– Może i cud, ale taka fotografia istnieje – rzucił posępnie Morgan. – Rozmawiałem z redaktorem “Los Angeles Sun”. Zapewnił, że redakcja nie robi montaży, za które idzie się do więzienia.
– Redakcja nie robi – zgodził się Jupe.
Morgan wstał, przespacerował się po gabinecie, stanął twarzą do panoramicznego okna, za którym roztaczał się widok Los Angeles, pełen wesołych złocistości prześwietlających trochę przymglony błękit.
– Słyszę z różnych stron, że w tej sytuacji powinienem zrezygnować z kandydowania do senatu – powiedział, patrząc przed siebie. – Słyszę to nawet od własnej żony. Ale postanowiłem nieodwołalnie, że nie poddam się bez walki.
– Ja też bym tak postąpił – powiedział cicho Jupe.
– Trudno jest walczyć w samotności, chłopcze.
Jupe pomyślał, chyba po raz pierwszy, że jest szczęściarzem: mając Pete'a i Boba nigdy nie czuł się osamotniony, także w najcięższych chwilach. Oni chyba czują podobnie. Partnerstwo poparte przyjaźnią daje poczucie bezpieczeństwa. Przyjaciel nie zawiedzie. Dlaczego człowiek tak sympatyczny, uczciwy i mądry jak Martin Morgan nie ma wiernych przyjaciół? Pewnie tak już być musi w polityce. W karierze: gdy jeden wybija się ponad innych. W wielkim biznesie, gdzie nie ma litości, a sentymenty to przesąd.
Czy Martin Morgan jest odmieńcem? A może… Może jest jakiś sens w hipotezie, że sam to wszystko namotał, aby w finale błysnąć?
– Jak pan się dowiedział, że Victor należy do Ognistych Demonów? Że czeka pana kompromitacja, jeśli nie wycofa pan swojej kandydatury?
– Mój doradca otrzymał anonim – odparł Morgan po pauzie, wciąż patrząc przez szybę na miasto opatulone słonecznym blaskiem. – To był pierwszy sygnał. Później miałem telefon od Waltersa…
– Jaki anonim? – Jupe aż uniósł się na kanapie. – Nic pan o tym nie mówił.
– To była przygrywka, żeby mnie rozmiękczyć. Taki strzał ostrzegawczy. Później Walters…
– Chciałbym zobaczyć ten anonim – znów przerwał mu Jupe.
– Chyba mam go tutaj. – Morgan podszedł do biurka, wysunął szufladę. – Wziąłem od doradcy ten list, żeby pokazać żonie, ale zmieniłem zdanie, nie chciałem jej przestraszyć. Znalazł zadrukowaną kartkę. Podał ją Jupiterowi. Jupe czytał anonim kilka razy, z coraz większą uwagą.
– Tego nie napisał Walters – odezwał się wreszcie. – I nikt w jego imieniu.
– Skąd ta pewność? – Uśmiech na twarzy Morgana był smutny i podszyty niedowierzaniem. – Miałeś rację, że to spisek. List był początkiem kampanii…
– Nie zgadzam się – powiedział stanowczo Jupiter.
Martin Morgan otworzył szeroko oczy. Czekał na wyjaśnienia. Ale Jupe niczego nie wyjaśnił, poprosił tylko, by Morgan pozwolił mu zatrzymać list.
ROZDZIAŁ 6. ZASADZKA
Victor nie usłyszał warkotu silnika. Był pochłonięty zmaganiami z olbrzymim pstrągiem, który szarpał się na nylonowej uwięzi, wyginając w pałąk wędkę, wyskakując ponad lustro wody i z impetem uciekając w głąb. Najwyraźniej zamierzał umknąć w przybrzeżne szuwary, jakby wiedział, że tam żyłka zapłacze się i zerwie, zwracając mu wolność. Victor nie chciał do tego dopuścić. Zwalniał żyłkę, kiedy jej napięcie rosło do granic wytrzymałości, pozwalał rybie umknąć w głębinę i ostrożnie podkręcał kołowrotek, nie dopuszczając pstrąga do trzcin. Po każdej rundzie pojedynku ryba była coraz bliżej przybrzeżnej płycizny, a jej siły wyczerpywały się, energia słabła.
W końcu Victor doholował pstrąga pod sam brzeg. Skrócił żyłkę. Wszedł do wody po kolana i zgarnął rybę podbierakiem.
– Brawo! – usłyszał za plecami.
Odwrócił się. Zobaczył Jupe'a i Boba. Jego twarz, rozpalona chłopięcą emocją, dziecinnie uszczęśliwiona zwycięstwem, przybrała zwykły arogancki wyraz.
– Znów tu jesteście – warknął. – Mieliście nie zawracać mi głowy.
– Piękny pstrąg! – zachwycił się Jupe. – Dobre dwa kilo. Jak żyję, nie złowiłem takiego olbrzyma.
– Pojutrze zabieracie mnie do domu – rzucił Victor. – Do tego czasu chcę mieć święty spokój. Taka była umowa.
Jupe popatrzył znacząco na Boba. Bob westchnął.
– Powiemy mu? – zapytał Jupitera.
– Chyba musimy…
– Jeśli chcecie mi powiedzieć, że mój stary wycofał kandydaturę… – zaczął Victor z ironicznym uśmieszkiem.
– Nie wycofał się – przerwał mu Bob. – Pachnie to tragedią.
– Twój ojciec, mimo wszystko, postanowił stanąć do wyborów – dorzucił Jupe. – Tuż przed głosowaniem, w “Los Angeles Sun” ukaże się twoje zdjęcie z Nocy Ognistych Demonów. Jesteś na nim jak żywy, kopiesz leżącą kobietę. Gdy ludzie to zobaczą, pan Morgan dostanie zero głosów.
– To niech się wycofa – mruknął obojętnie Victor.
– My z inną sprawą – powiedział Bob. – Bonza chce cię natychmiast widzieć.
– Kłam dalej – zachęcił Victor. – Ty to od niego usłyszałeś na własne uszy?
– Jest gorzej, niż myślisz – odezwał się Jupe, pochylony nad podbierakiem: pstrąg jeszcze się w nim miotał, lecz coraz ospałej. – Demony chyba znają twoją kryjówkę. Powinniśmy cię stąd zabrać.
– Nie trzeba. Już się przyzwyczaiłem. W tym bajorze jest od cholery ryb.
– Bonza lada moment może tutaj być – ostrzegł Bob. – Nie odpuści stu tysięcy dolarów. Kazał ci to powtórzyć. Jeśli nie zameldujesz się u niego dobrowolnie, cena wzrośnie do dwustu tysięcy.
– Kupa szmalu – uśmiechnął się drwiąco Victor.
– Napomknął o twojej siostrzyczce – zaimprowizował Bob, zerknąwszy na Jupe'a. – Mogą jej zrobić kuku.
Victor nie wyglądał na przestraszonego. Nawet nie okazał niepokoju.
– Nawijaj dalej – powiedział. – Czym jeszcze grozi?
Jupe dał jakiś znak Bobowi. Bob oddalił się wolno w kierunku hondy zaparkowanej przed domkiem myśliwskim.
– Porozmawiajmy szczerze – zaproponował Jupiter. – Wiemy, że nie boisz się Ognistych Demonów.
– Nie jestem aż taki strachliwy – rzucił wyzywającym tonem Victor.
– Bo nie masz czego się bać – powiedział Jupe. – Oni prawie cię nie znają. Bywałeś w “Hadesie” jako jeden z ich licznych fanów. Pewnie stawiałeś im kolejki, żeby się przypodobać. Mam rację, Vic?
– Spłyń – mruknął Victor. – Rób to, do czego cię wynajęto, i pilnuj własnego nosa.
– Spokojnie, Vic – Jupiter z rozmysłem używał skrótu imienia, pod którym znano Victora w “Hadesie”. – Nikt nie żąda od ciebie stu tysięcy dolarów. Ogniste Demony w ogóle się tobą nie interesują. Wiemy to na bank.
– Nie wasz interes.
– Twojemu ojcu próbuje zaszkodzić zupełnie kto inny – odezwał się Jupe. – Założę się, że wiesz, o kogo chodzi.
– Nie przyjmuję zakładów.
Jupe zbliżył się do Victora i spojrzał mu prosto w oczy.
– Pan Morgan nie ugiął się i stanie do wyborów. Mam co do tego absolutną pewność. W “Los Angeles Sun” może się ukazać sfałszowane zdjęcie z twoją podobizną. Nim fałszerstwo wyjdzie na jaw, będzie po wyborach. Jeszcze jest czas, żebyś zapobiegł katastrofie.