– Ojciec się wycofa – mruknął Victor.
– To wykluczone – rzucił stanowczo Jupe. – Chcę tylko wiedzieć jedno. Czy ty i twoja matka działacie za namową Waltersa.
Victor nie musiał odpowiedzieć. Na nazwisko wuja bezwiednie zareagował grymasem goryczy.
– Nic ci nie powiem – odezwał się po chwili.
– Jak chcesz – powiedział Jupe.
Pete wszedł do pracowni fotograficznej i stanął przy ladzie. Po paru chwilach zza kotary wyłonił się Tom Spine w szarym fartuchu poplamionym chemikaliami.
– Czym mogę służyć? – zapytał.
– Chciałbym zamówić fotomontaż – powiedział Pete. – Jako prezent dla matki na urodziny.
Pokazał Spine'owi dwa zdjęcia. Pierwsze było fotografią rodzinną: kobieta, mężczyzna i kilkoro dzieci pod choinką obwieszoną bombkami. Drugie, portretowe, przedstawiało pana z wąsami.
– To jest mój ojciec – wyjaśnił Pete. – Zginął trzy lata temu w wypadku lotniczym. A na zdjęciu rodzinnym obok mamy stoi nasz wujek. Chciałbym, żeby przy mamie, zamiast wujka, był mój tata.
Spine obejrzał obie fotografie.
– Da się załatwić – powiedział. – Będzie ładny portrecik do powieszenia na ścianie. Za czterdzieści dolarów, płatne z góry.
– W porządku – zgodził się Pete i wręczył fotografowi cztery dziesięciodolarowe banknoty. – Jak się robi taki fotomontaż? – zapytał z naiwną ciekawością.
– Jest przy tym kawał roboty – powiedział Spine. – Trzeba skopiować rodzinne zdjęcie, z kliszy usunąć męską twarz. Potem zrobić to samo z drugą fotografią i twarz tak zmniejszyć, żeby dokładnie pasowała do pustego miejsca. Można wykonać to wszystko na komputerze ze skanerem, ale jakość jest wtedy gorsza. Ja wolę tradycyjną metodę.
– Fajnie – ucieszył się Pete; poszperał w kieszeni i wyciągnął z niej próbną odbitkę, przedstawiającą fazy montażu zdjęcia z Nocy Ognistych Demonów, z wizerunkiem Victora na ostatniej klatce. – W ten sposób pan to robi?
Spine wziął od niego odbitkę. Spojrzał. Twarz mu zesztywniała, oczy wyszły na wierzch.
– Skąd to masz? – wymamrotał.
– Pan się denerwuje – stwierdził Pete.
Fotograf przedarł na pół odbitkę. Potem porwał ją na strzępy, wsypał do popielniczki i podpalił. Kiedy w popielniczce został sam popiół, odetchnął z wyraźną ulgą i spojrzał na Pete'a. Oczekiwał reakcji. Zapewne zdziwiło go, że Pete uśmiecha się po łobuzersku.
– Dlaczego miałbym się denerwować? – spytał Spine z udawaną nonszalancją. – Teraz ty się denerwujesz.
– Ani trochę. – Pete wyjął z kieszeni drugą, taką samą, odbitkę i podał Spine'owi. – Palimy tę też? Tylko niech pan ją przedtem odwróci. Na tym papierze fotograficznym nie ma firmowej pieczątki. A na oryginale stoi jak byk: “Pracownia fotograficzna – Tom D. Spine”. Oryginału, niestety, nie mam przy sobie.
– Dogadajmy się – zaproponował fotograf.
– Po to przyszedłem, prawdę mówiąc. – Pete wyszczerzył zęby w przyjaznym uśmiechu. – Na pewno się dogadamy.
– Ile? – warknął Spine.
– Za podłożenie bomby ulubieńcowi Kalifornii żadna sumka nie jest za duża – powiedział Pete. – Pan wziął za to ekstra dziesięć tysięcy dolarów. Gdyby tak połowę…
– Tyle ci nie dam! – wykrzyknął fotograf.
– Połowę tej sumy przeznaczymy na sierociniec w Rocky Beach, a resztę może pan sobie zatrzymać – zaproponował Pete. – Pod jednym małym warunkiem. Weźmie pan ze sobą klisze z kolejnych faz montażu i pojedziemy razem do redakcji “Los Angeles Sun”. Tam powiemy, że zrobił to pan dla żartu, aby zagrać na nosie narzeczonej, która jest fanką Morgana. I że ktoś wykradł panu to zdjęcie.
Tom Spine stał nieruchomo, wpatrując się w galerię fotosów rozwieszonych na ścianie. Zapewne rozważał ultimatum Pete'a. W końcu kiwnął głową.
– Zaczekaj – mruknął. – Idę do ciemni po klisze.
Zniknął za kotarą, zamknął za sobą drzwiczki. Pete'owi wydało się, że słyszy, jak Spine mówi coś do siebie. Zapewne klął jak szewc. Po paru minutach zrozumiał, że fotograf nie klął, tylko rozmawiał przez telefon: drzwi do zakładu otworzyły się gwałtownie i do środka wpadło dwóch ciemnoskórych osiłków w trykotowych koszulkach.
Pierwsze ciosy Pete odparował i sam zadał kilka wyższemu z dryblasów, który zatoczył się na ścianę. Niższy znał karate nie gorzej od Pete'a. Poleciały na bok taborety, przewrócił się kontuar. Pete już miał zadać swój słynny, decydujący cios, nogą z półobrotu, gdy poczuł na karku ukłucie ostrza. Wyższy drab trzymał go z tyłu za włosy i groził nożem. Jednym ruchem mógł mu podciąć gardło.
Pete spasował. Nie stawiał oporu, gdy niższy wykręcił mu ręce i wprawnie je związał Pete'a paskiem od spodni. Wyższy spętał go taśmą klejącą, od kostek do bioder i wyżej, wokół ramion, aż do szyi. Pete poczuł się jak mumia egipska.
Dopiero wtedy zza kotary wynurzył się Tom Spine.
– Gdzie masz oryginał? – zapytał uprzejmie.
– W Citibanku, oddział w Rocky Beach, skrytka 214 – odparł jeszcze uprzejmiej Pete.
– Poproszę o kluczyk.
– Nie mam.
– A gdzie jest, do diabła? – rzucił już mniej uprzejmie Spine.
– Zostawiłem go u stryjka – odpowiedział Pete z przepraszającym uśmiechem. – Nie przewidziałem, że będzie panu potrzebny.
– Nazwisko i adres! A jeśli skłamiesz, już jest po tobie.
– Sierżant Mat Wilson. Posterunek policji w Rocky Beach, Longside Drive 1236 – wyrecytował Pete.
– Kasujemy gnojka? – zapytał wyższy bandzior.
– Jeszcze nie teraz – powiedział Spine. – Dam mu szansę.
– Wręczył Pete'owi długopis i kartkę. – Pisz do stryja, żeby wydał klucz okazicielowi.
– Przydałaby się wolna ręka.
Na znak Spine'a wyższy rozciął taśmę i poluzował pasek. Gdy Pete skończył pisać, znów go związano i oklejono.
– Bierz mój wóz i jedź tam – powiedział Spine do niższego.
– Jeśli coś pójdzie nie tak, dzwoń z komórki.
– Zanim zdechniesz, obejrzysz własne flaki – przyrzekł Pete'owi wyższy, celując mu w brzuch szpicem rzeźnickiego noża.
Pete miał pewność, że nie są to obiecanki-cacanki. Jego jedyną nadzieją było to, że Mat Wilson, policjant zaprzyjaźniony z Trzema Detektywami, po przeczytaniu dziwnego listu od Pete'a: Stryjku! Wydaj okazicielowi kluczyk, który u ciebie zostawiłem. Pozdrowienia dla Jupe'a i Boba. Twój Pete Crenshaw – nabierze podejrzeń i zatrzyma doręczyciela oraz przekaże wiadomość Jupiterowi. Czy właśnie tak będzie? A jeśli nie?
Pete nie miał najmniejszej ochoty na oglądanie swoich wnętrzności.
Para drabów wepchnęła go do ciemni. W zamku zgrzytnął klucz. W mdłym czerwonawym świetle nieosłoniętej żarówki Pete'owi zaczęły się jawić jakieś złowieszcze cienie, dobiegać szepty i szelesty. Chyba się bał. Z minuty na minutę bardziej. Nie musiał ukrywać tego przed sobą.
Żałował, że nie posłuchał Jupe'a i nie wziął Boba jako obstawy. On, zawsze taki ostrożny.
Bob przelatywał palcami po klawiaturze komputera, usiłując przeniknąć do bazy danych koncernu “Stock Industries”. Kiedy dotarł tam w końcu, złamawszy kombinację szyfrową, dowiedział się jedynie, że program BŁĘKITNA DOLI NA realizuje konsorcjum utworzone przez GRUPĘ KAPITAŁOWĄ. O samej GRUPIE KAPITAŁOWEJ nie było żadnych informacji.
– Gdzieś muszą być – powiedział Jupe.
– Tylko gdzie? – mruknął Bob.
– To, że ich nie ma, też daje do myślenia – zauważył Jupe. – Ale nam potrzebne są konkrety. Spróbuj znaleźć bank, w którym “Stock Industries” ma swoje konto.