To nie było trudne. Koncern Waltersa współpracował z First National Banking System.
– Spróbuj tam wejść – poradził Jupiter.
Bob rozpoczął procedurę od samego początku. Kiedy dotarł do bazy danych First National, był już spocony jak myszka, a czekało go najtrudniejsze: włamanie do wykazu klientów, strzeżonego przez zapory kodów słownych i liczbowych. Przemyślny sposób, opracowany przez Boba a polegający na wprzęgnięciu komputera w tworzenie i przymierzanie kombinacji słowno-cyfrowych, zdał w końcu egzamin. Padały kolejne zapory. Wreszcie monitor wyświetlił listę klientów banku i programy przez niego finansowane.
Bob zapytał o “Błękitną Dolinę”. Taki program w wykazie nie figurował. Nie było również “Budowy elektrowni”. Program objawił się dopiero po wprowadzeniu hasła “Inwestycja termojądrowa”.
Inwestorów było kilkunastu, ale tylko drobnych – po dwa, trzy procent udziału. Na pierwszym miejscu, jako główny udziałowiec przedsięwzięcia, figurował koncern “Stock Industries”: siedemdziesiąt pięć procent udziałów i wielka suma zainwestowana w przedsięwzięcie, zwłaszcza na wykup gruntów w Błękitnej Dolinie.
– No to jesteśmy w domu – stwierdził Jupe. – Poszukaj wśród inwestorów koncernu prasowego “Los Angeles Sun”.
Bob popracował przy klawiaturze, przeleciał wykaz od góry do dołu.
– Nie figuruje – powiedział. – Nie ma nawet konta w First National.
– W takim razie głównym i jedynym przeciwnikiem Morgana jest sam John Walters. Nie ma poważnej grupy kapitałowej, a Walters tylko udaje życzliwego pośrednika. Zrób wydruk “Inwestycji termojądrowej”.
Po paru minutach z drukarki wypłynął spis inwestorów z ich udziałami. Tereny wykupione w Błękitnej Dolinie miały stanowić wyłączną własność “Stock Industries”.
Jupiter w zadumie skubał dolną wargę. Krąg podejrzanych zawęził się do dwóch osób. Pierwszą był John Walters. Drugą… mąż jego siostry, Martin Morgan. Byłby to majstersztyk: toczyć bój z “grupą nacisku”, w ostatniej chwili oczyścić się z pomówień i triumfalnie wygrać wybory, a potem zapomnieć o przyrzeczeniach danych wyborcom i pozwolić “Stock Industries” na dewastację Błękitnej Doliny.
Efektowna i logiczna hipoteza. Poparta założeniem, że w rodzinie takie sprawy załatwia się po cichu: Martin Morgan nie musi mieć udziałów w przedsięwzięciu, łapówek się nie rejestruje, ze szwagrem można nie spisywać nawet sekretnej umowy.
Morgan musiałby być wspaniałym aktorem. A dlaczego by nie? Posłużenie się Trzema Detektywami dla oczyszczenia się z zarzutów to doskonały pomysł.
Rozum dyktował Jupiterowi, że jest na właściwym tropie.
Intuicja naszeptywała, że Martin Morgan to porządny człowiek.
A bo to można wiedzieć, do czego są zdolni politycy? Zawsze wyglądają na porządnych ludzi, kochających swój naród i pragnących mu służyć. Później okazuje się, i to dość często, że najbardziej kochają siebie, a naród powinien usługiwać im. Są wyjątki. Intuicja naszeptywała, że należy do nich Morgan. Ale mogła się mylić.
Skubanie dolnej wargi przerwał Jupe'owi Bob, przypominając, że Pete się spóźnia. Miał tu być godzinę temu albo zadzwonić z redakcji “Los Angeles Sun”, że jest tam ze Spine'em, gotowym przyznać się do fałszerstwa.
Jupe zadzwonił do Pete'a na komórkę. Operator poinformował, że abonent jest poza zasięgiem sieci lub ma wyłączony aparat, i zaproponował pocztę głosową.
– To dziwne – mruknął Bob. – Pete nie wyłączyłby komórki. I nie może być daleko. Chyba że w telefonie wyczerpała się bateria.
– Wykluczone – powiedział Jupe. – Wczoraj wieczorem je ładowaliśmy.
– Pertraktacje ze Spine'em mogą się przeciągać – wyraził przypuszczenie Bob. – Pete nie odbiera telefonu albo go wyłączył.
– Hm… – sapnął powątpiewająco Jupiter.
W tym momencie zadzwonił w przyczepie zwykły telefon. Jupe szybko sięgnął po słuchawkę. Poznał głos sierżanta Wilsona.
– Jupiter Jones? Mam dla was zagadkę do rozwiązania. Dziesięć punktów za objaśnienie, jaki stopień pokrewieństwa łączy mnie z Pete'em Crenshawem. Właśnie dostałem od niego liścik, w którym tytułuje mnie stryjkiem i prosi, żeby wydać doręczycielowi listu jakiś klucz.
– Gdzie jest ten doręczyciel?! – wykrzyknął Jupe.
– Czeka w dyżurce – powiedział Mat Wilson. – Myśli, że poszedłem po ten klucz. Dzwonię z sąsiedniego pokoju.
– “Stryj” to sygnał, że z Pete'em dzieje się coś złego – powiedział szybko Jupe. – Proszę zatrzymać doręczyciela.
– Zaczekaj przy telefonie. – Jupe usłyszał kroki: oddalające się, potem zbliżające, a następnie zdenerwowany głos sierżanta: – Facet uciekł!
ROZDZIAŁ 7. UKRYTA KAMERA
Sportowa honda gnała przez Los Angeles, połykając skrzyżowania na pomarańczowych światłach, zajeżdżając drogę luksusowym łazęgom, wyprzedzając paniusie w chryslerach i cadillakach, które uprawiały bez zatrzymywania się tak zwany “windowshopping”, czyli przegląd wystaw sklepowych w eleganckiej części Bulwaru Zachodzącego Słońca.
Bob skręcił na zachód, przemierzył sieć coraz ciaśniejszych ulic i uliczek, coraz bardziej brudnych i zagraconych. Przed parterowymi domkami, na zdezelowanych otomanach z wypryskami sprężyn, grzali kości staruszkowie, dzieciaki grały w piłkę na wysypiskach śmieci, przy krawężnikach spały snem wiecznym przerdzewiałe wraki aut.
– Szybciej! – ponaglał Jupe.
Bob nawet nie próbował przekonywać go, że robi, co może. Wreszcie zwolnił. Tuż za rogiem było wejście do pracowni fotograficznej Spine'a. Honda wcisnęła się między dwa rupiecie, które tuzin lat temu były modnymi samochodami.
– Znasz plan – przypomniał Jupiter. – Jeśli wyprzedziliśmy gościa, który uciekł z komisariatu, powinien się udać.
Bob został w wozie. Jupe wysiadł i pobiegł za róg. Wpadł do pracowni fotograficznej. Tom Spine, który stał za ladą – przekrzywioną i ze stłuczonym szklanym blatem – popatrzył na niego zaskoczony.
– Wiać! – rzucił Jupe. – Zaraz tu będzie policja. Jadą za nim!
Nie czekając na reakcję Spine'a, wyskoczył z pracowni. Wbiegł do bramy po drugiej stronie ulicy i przycupnął za stertą kartonowych pudeł.
W szparze między pudłami widać było wejście do zakładu. Jeśli Spine wpadł w panikę, powinien zaraz stamtąd wybiec. Plan Jupitera polegał na wywołaniu u Spine'a paniki. Musiał sam być w panice, aby się udzieliła tamtemu. Czy dobrze to zagrał? W każdym razie nie zostawił fotografowi czasu na zadawanie pytań.
Kalkulacje nie zawiodły. Po dwóch minutach Spine opuścił pracownię, zamykając drzwi na klucz. Za szybką w drzwiach zawisła tabliczka “Nieczynne”. Fotograf rozejrzał się i ruszył żwawo, prawie biegnąc, w stronę wąskiego zaułku między parą obdrapanych bloków.
Jupe gwizdnął. Pojawił się Bob. Otworzenie drzwi do zakładu specjalnym wytrychem zajęło mu dwadzieścia osiem sekund. Obaj wpadli do środka, Bob ruszył prosto w kierunku ciemni. Drzwiczki za kotarą też były zamknięte na klucz.
– Pete, jesteś tam? – rzucił Jupe stłumionym głosem.
Nikt nie odpowiedział.
Ten zamek, patentowy, zajął Bobowi trochę więcej czasu, prawie dwie minuty. Ale i z nim się uporał.
W czerwonawym świetle lampki zobaczyli na podłodze tłumok. Pete, owinięty taśmą klejącą od stóp do głów, nawet nie mógł się poruszyć. Usta też miał zalepione plastrem.
Jupe scyzorykiem porozcinał taśmę, uważając, by nie skaleczyć Pete'a. Na końcu zdarł mu plaster z ust.
– Znikamy – syknął.
Gdy wybiegali z pracowni, przed jej drzwiami zatrzymywał się volkswagen Spine'a z ciemnoskórym drabem za kierownicą. Drab zbaraniał na moment. Wyskoczył z auta, spróbował zagrodzić drogę Pete'owi, złapał go za łokieć. Pete wykonał półobrót w lewo i grzbietem prawej dłoni wymierzył dryblasowi cios w grdykę.