Выбрать главу

Facet przysiadł i złapał się za gardło. Pete poskromił w sobie chęć wykonania poprawki za pomocą klasycznego kopnięcia z drugiego półobrotu. Typ miał dosyć.

Wskoczyli do hondy. Bob uruchomił silnik, sportowa maszyna wystartowała z piskiem opon. Pete zdążył jeszcze zobaczyć, jak w kierunku skulonego faceta nadbiegają z dwóch różnych stron jego kumpel i Spine.

Sybil Morgan prawie nie spała tej nocy. Nad ranem spostrzegła, że jej mąż także nie śpi: leżał na plecach, z otwartymi oczami, i wpatrywał się w sztukaterię o kształcie różanego wieńca, zdobiącą sufit nad ich łożem. Odezwała się do niego szeptem, w odpowiedzi zobaczyła wymuszony blady uśmiech.

– Czy musimy tak się męczyć? – zapytała.

– Już niedługo – odparł. – Pojutrze wybory. Nie myśl o tym wszystkim, kochanie.

– Wiesz, co cię czeka jutro – powiedziała cicho pani Morgan. – Całe miasto zobaczy zdjęcie Victora w “Los Angeles Sun”. Jeśli nas kochasz, ustąp. Błagają cię o to twoi najbliżsi, cała nasza rodzina.

Mart! n Morgan poruszył wargami.

– Victor o nic mnie nie prosi – odezwał się głucho, jakby mu brakowało powietrza. – Tylko on sam mógłby mnie przekonać, że nie należy do gangu. Może zszedł na złą drogę? Przez ostatnie miesiące prawie nie poświęcałem mu czasu.

– W tej chwili nie jest to ważne – powiedziała Sybil, kładąc dłoń na dłoni męża, bezwładnie spoczywającej na kołdrze. – Musisz uniknąć kompromitacji, ocalić swoje dobre imię. Zrezygnuj z kandydowania, Martin. Zrób to dla mnie.

– Złożyłem wyborcom przyrzeczenie, że nie dopuszczę do krzywdy. – Morgan wciąż wpatrywał się w sztukaterię nad łożem. – Liczą na mnie. Wierzą, że ocalę Błękitną Dolinę, a ja zamierzam dotrzymać słowa. Dlatego się nie poddam.

– Jeżeli nie chcesz mnie posłuchać, porozmawiaj z moim bratem – powiedziała pani Morgan. – Wiesz, jak bardzo jest ci życzliwy…

Nie dokończyła. Mąż usiadł na łóżku. Tak zimnym wzrokiem jeszcze nigdy na nią nie patrzył.

– Czy to John namówił Victora do zniknięcia z domu? – zapytał sucho.

– Co ci przychodzi do głowy! – oburzyła się Sybil.

– Twój brat wcale nie życzy sobie, bym zrezygnował z kandydowania – powiedział Martin Morgan. – Żąda czegoś innego. A ja nigdy się na to nie zgodzę. Nigdy, rozumiesz?

Pani Morgan zamknęła oczy, zbierało jej się na płacz. Milczała aż do chwili, gdy mąż wstał z łóżka i opuścił sypialnię. Dopiero wtedy ukryła twarz w poduszce i wybuchnęła szlochem.

Na śniadanie nie zeszła pod pretekstem migreny. Mąż wrócił na chwilę do sypialni, by pocałować ją na pożegnanie. Spieszył się na wiec z pracownikami portu. Po paru minutach usłyszała szelest opon odjeżdżającej limuzyny.

Chyba zdrzemnęła się, wycieńczona nieprzespaną nocą. Obudziło ją dyskretne kaszlnięcie. Przy łóżku siedział w fotelu John Walters, bawiąc się niezapalonym cygarem.

– Przepraszam, że tu wtargnąłem, siostrzyczko – odezwał się, zauważywszy, że otworzyła oczy. – Sytuacja stała się dramatyczna, nie mamy czasu do stracenia. Musisz jeszcze dzisiaj wymóc na Martinie, że poprze w Waszyngtonie nasz projekt. Jego słowo albo katastrofa.

Sybil Morgan patrzyła na brata szeroko otwartymi oczami. Jeszcze go takim nie widziała: kamienna twarz i nieruchome, zimne spojrzenie.

– Mam ciągle nadzieję, że Martin zrezygnuje z kandydowania – powiedziała cicho. – Dziś wieczorem usłyszy, że Victorowi grozi niebezpieczeństwo, jeśli natychmiast nie wycofa kandydatury. Tylko tyle mogę zrobić.

John Walters włożył cygaro do ust. Potem je wyjął, nie zapaliwszy.

– Doskonała myśl – stwierdził. – Jeśli twój mąż nie poprze projektu, Victorowi stanie się nieszczęście. Powiedz mu to.

– Nigdy. – Teraz oczy pani Morgan stały się lodowate. – Martin może nie zostać senatorem. Ale łajdakiem nie jest na pewno.

– Jego los spoczywa w twoich rękach. – Walters wstał z fotela; zwalista sylwetka, wbita w ciemny garnitur, zawisła nad siostrą jak czarny obłok, twarz była surowa, prawie ponura. – I los Victora również. Do usłyszenia, siostrzyczko. Spodziewam się od was telefonu najpóźniej dziś wieczorem.

Wyszedł. Sybil Morgan patrzyła przed siebie niewidzącym wzrokiem. Nie wiedziała, że od kilku minut w progu sypialni stoi Angela.

– Czy ojciec wie, że wuj John jest naszym wrogiem? – usłyszała głos córki.

– Nie nazywaj wujka w ten sposób – odpowiedziała bezbarwnie. – On się boi o nas.

– I dlatego zagroził, że Victorowi stanie się nieszczęście, jeśli ojciec nie poprze jakiegoś projektu? – spytała Angela.

Sybil Morgan nie znalazła na to odpowiedzi.

Tym razem zadanie Boba było trudniejsze. Może najtrudniejsze z dotychczasowych. Komputer pracował na najwyższych obrotach, penetrując zawiłe głębiny First National Banking System. Jupe chciał mieć dane o powiązaniach z innymi bankami, dotyczących projektu w Błękitnej Dolinie. Nici łączące banki przypominały labirynt: wiodły krętymi korytarzami transz, kredytów, pożyczek, jakichś gwarancji i zabezpieczeń, urywając się w ślepych zaułkach. Trzeba było zawracać, łamać kolejne kody i rozpoczynać poszukiwania od początku.

Po pewnym czasie Bob zrozumiał, że zagmatwania i urywające się ślady to nie przypadek. Postanowił prześledzić dokładnie jeden z tropów. Rzecz dotyczyła farmy niejakiego Iry Cornfielda, położonej w Błękitnej Dolinie, której ofertę kupna złożyła Cornfieldowi firma “J.W.S.”. Cornfieid nie chciał sprzedać posiadłości. Firma “J.W.S.” wykupiła w małym prowincjonalnym banku papiery dłużne związane z pożyczką zaciągniętą przez farmera na dwadzieścia pięć lat.

Kilku rat Cornfieid nie zdołał wpłacić w porę. Prowincjonalny bank za każdym razem wyrażał na to zgodę, przesuwając termin spłaty.

– Chodźcie tutaj! – zawołał Bob do Jupe'a i Pete'a.

Zgody banku zostały w tajemniczy sposób wykasowane. Firma “J.W.S.” odkupiła zadłużenie z odsetkami karnymi. Dług wzrósł wielokrotnie.

“J.W.S.” przekazuje dokumenty do Citibanku, gdzie ma swoje konto.

Citibank żąda od Cornfielda natychmiastowej spłaty pomnożonego zadłużenia.

Postanowienie sądu o zajęciu farmy. Komornik. Licytacja. Farmę kupuje spółka “Ranger” i przekazuje “J.W.S.”.

– A teraz patrzcie…

Firma “J.W.S.” należy do “Stock Industries” Johna Waltersa. Walters staje się legalnym właścicielem kolejnych dwustu hektarów w Błękitnej Dolinie. Akt notarialny. Koniec sprawy.

– Gdzie jest przekręt? – spytał Jupe.

– Tutaj. – Bob cofnął ciąg informacji do miejsca, w którym zniknęła zgoda prowincjonalnego banku na opóźnienie spłat kredytu. Była i nie ma jej. Karne odsetki są naliczane wstecz. Farmer nie ma o tym pojęcia. Nawet nie protestuje, gdy jego ranczo idzie pod młotek. Popełnia samobójstwo. Od tego momentu w bazie danych figurują spadkobiercy Cornfielda. Krótki zapis: “Ira Cornfieid, lat 65, śmierć samobójcza, 6.12.1999r. Licytacja farmy 7.12. 1999r. Spadkobiercy: bratanek, Don Cornfieid, i jego żona, Emma, zamieszkali w Norfolk, Kingsroad 112…”.

– Chcę mieć wydruk całej tej sprawy – powiedział Jupe.

Drukarka posłusznie zabrała się do roboty, wyrzucając stronę po stronie.

Przed składowiskiem staroci należącym do wujostwa Jupe'a, Tytusa i Matyldy Jones, zatrzymał się połyskujący niklem dżip cherokee. Złotowłosa dziewczyna o bardzo długich nogach, których smukłość podkreślała dżinsowa spódniczka mini, obeszła składowisko i weszła do środka tylną furtką na wprost kempingowej kwatery trzech Detektywów. Musiała znać drogę.