Jupe był sam. Siedział przy małym stoliku, na którym ledwo mieściły się stosy dokumentów i zdjęć. Jupiter układał je w kolejności, jak karty w grze: anonim otrzymany przez Jenkinsa, kilka zapisów z dyktafonu, wersje zdjęć z Nocy Ognistych Demonów, notatki z rozmów z członkami rodziny Morganów, film kupiony od rudej, odbitkę z klatkami fotomontażu, stronę “Los Angeles Sun” mającą jutro ukazać się w druku. Łamigłówka tworzyła teraz logiczną całość. Nie pasował do niej tylko anonim.
Na widok długonogiej dziewczyny w progu przyczepy Jupe uniósł głowę znad papierów. Dziewczyna patrzyła na Jupe'a, mrużąc oczy.
– Jestem Angela Morgan – powiedziała.
– Poznaję – powiedział Jupe. – Jakim cudem tutaj trafiłaś?
Angela nie zadała sobie trudu, aby tłumaczyć, że ich obserwowała, że niejeden raz krążyła w pobliżu składowiska staroci.
– Chcę wiedzieć, dla kogo pracujecie – rzuciła. – Ty jesteś szefem. Wodzicie za nos mojego ojca, jeszcze nic nie zrobiliście. Może to nie przypadek?
– Może – zgodził się Jupe, kryjąc uśmieszek. – Siadaj – wskazał jej obrotowy fotelik przed komputerem.
Angela nie skorzystała z zaproszenia.
– Gdybyście byli naprawdę po stronie ojca, pozwoliłbyś mu spotkać się z Victorem. Od razu wszystko by się wyjaśniło. Gracie na zwłokę, żeby przegrał wybory. Wiem, kto was przekupił!
Migdałowe oczy Angeli pociemniały od gniewu, wargi drżały. Chyba była bliska płaczu.
– Pan Morgan nie przegra wyborów – zapewnił Jupe.
– Nie wciskaj mi ciemnot! – wybuchła. – Dlaczego wszyscy są przeciwko niemu? Nawet mama! Jest zaszczuty, wykończony, osaczony ze wszystkich stron jak zwierzę. Jesteście podli. Podli!
Urwała. Musiała z całych sił zacisnąć wargi, aby się nie rozpłakać.
– Gdybyś była tego pewna, nie przyszłabyś tutaj – powiedział łagodnie Jupiter. – Proszę, usiądź.
Tym razem usłuchała. Zakryła twarz dłońmi. Była piękną dziewczyną, wprost na okładkę żurnala dla nastolatek. Tyle że te dziewczyny na okładkach pozują, a ona jest naturalna – pomyślał Jupiter, i autentycznie cierpi. Jest zupełnie niepodobna do brata: subtelna, wrażliwa. I zagubiona. Bliska załamania.
– Wuj John był u nas dziś rano – usłyszał jej głos. – Straszył mamę. Z Victorem może stać się nieszczęście.
– Kochasz brata – stwierdził Jupe.
– On tylko wygląda na gruboskórnego – wyszeptała Angela. – Jest delikatny i słaby. Tyle razy prosiłam, żeby nie chodził do “Hadesu”…
– Victor nie ma nic wspólnego z Demonami – zapewnił Jupiter. – Bywał tam przez ciekawość.
– Wiem. Jest naiwny, tylko udaje twardziela.
Jupe podszedł do Angeli, położył dłoń na jej ramieniu.
– Nie pozwolimy was skrzywdzić – powiedział. – Daję ci na to słowo honoru.
Angela oderwała ręce od twarzy, podniosła głowę i popatrzyła na Jupitera tak, jak spoglądają dziewczęta na swoich ukochanych: z oczyma rozświetlonymi nadzieją.
– Chyba ci wierzę – szepnęła. – Sama nie wiem dlaczego. Wuj John dał mamie czas do wieczora. Potem może się stać coś strasznego.
Jupe uśmiechnął się do Angeli, odruchowo pogłaskał ją po policzku.
– Do wieczora jest dużo czasu – powiedział łagodnie. – Zaufaj nam. – Wskazał na stolik obłożony papierami. – Tutaj mam wszystko, czego nam potrzeba, by nie dopuścić do waszej krzywdy.
Teraz Angela uśmiechnęła się. Do Jupe'a. Przez łzy. Lśniły w jej oczach jak kryształowa mgiełka.
Opuściła przyczepę. Nie zauważyła, że niedaleko od jej dżipa parkuje wóz z Peterem Yorkiem za kierownicą, a kawałek dalej – czerwony mustang Pete'a.
Trzy samochody ruszyły w minutowych odstępach.
W restauracji “Casa Italiana” panował miły półmrok i chłodek. Bezszelestnie pracowała klimatyzacja, szyby były zasłonięte pluszowymi kotarami, na stolikach paliły się świece. Przy narożnym stoliku, pochyleni do siebie, siedzieli Walters i York. Nie zwracali uwagi na innych gości, prowadząc szeptem rozmowę, która z oddali wyglądała jak przyjacielska pogawędka. Tym bardziej nie mogli widzieć oka kamery wideo skierowanego w ich stronę. Obiektyw patrzył na nich przez okrągłą szparkę w gazetowej płachcie trzymanej przez Boba.
Bob siedział do nich plecami. Miał na sobie szykowny włoski garnitur, białą koszulę i krawat. Nad górną wargą jeżył się modny wąsik, włosy lśniły od brylantyny, przylizane starannie i zaczesane gładko do tyłu.
Nie słyszał rozmowy tamtych dwóch. Ale słyszał ją i rejestrował superczuły mikrofon. Bob pojadał lazanię, dyskretnie pilnując, by oczko miniaturowej kamery było dobrze wycelowane.
Rozmowa nie trwała długo. Pierwszy opuścił restaurację Peter York. Później prezes “Stock Industries”, dopiwszy wino i uregulowawszy rachunek. Bob jeszcze trochę posiedział, dokończył lazanię, zapłacił kelnerowi i wyszedł.
Sportowa honda była zaparkowana dwie przecznice dalej. Bob dosiadł się do Pete'a i sprawdził nagranie. Mimo słabego oświetlenia obraz był dobry, twarze rozmówców widoczne. Później Bob odsłuchał zapis rozmowy na ścieżce dźwiękowej.
“Tylko oni mogą nam przeszkodzić” – rozpoznał głos Yorka. – “Wyśledziłem ich kwaterę w starej przyczepie kempingowej, w Rocky Beach…”
“Doskonale, Peter” – głos Waltersa był niższy, z lekką chrypką. – “Muszą zejść nam z drogi, to ostatnie twoje zadanie. Weźmiesz paru moich ludzi…”.
Bob podał Pete'owi mikroskopijną słuchaweczkę, którą ten włożył sobie do ucha. Teraz on odsłuchał rozmowę Waltersa z Yorkiem.
Po paru minutach honda odbiła od krawężnika i płynnie włączyła się w ruch uliczny.
ROZDZIAŁ 8. KONFRONTACJA
Prokurator okręgowy Bili Norton przywitał Jupe'a jak starego przyjaciela.
– Jak widzisz, dla ciebie zawsze mam czas – powiedział.
Jupiter położył przed nim świeży numer “Los Angeles Sun”. Na pierwszej stronie, tuż pod wstępnym artykułem, widniała zapowiedź w czarnej ramce: “jutro sensacja! Zdemaskowanie rodzinnego sekretu kandydata na senatora. Czy syn Martina Morgana jest członkiem gangu Ognistych Demonów? Nim pójdziesz do urny, przeczytaj naszą gazetę!”
Artykuł wstępny relacjonował bandycką napaść na dom starców w Beverly Hills. Była to luksusowa rezydencja, zamieszkana przez byłe gwiazdy filmowe i inne znane osobistości, które osiedliły się tam po przejściu na emeryturę.
Bandyci zdemolowali budynek, pobili staruszków i opróżnili sejf, w którym rezydenci przechowywali swoje kosztowności. Kilku pobitych przewieziono do szpitala. Z relacji ofiar wynikało, że napastnicy mogli być skinheadami: nosili charakterystyczne motocyklowe kurtki nabijane metalowymi ćwiekami, z wizerunkami diabłów. Wszyscy byli w kominiarkach. Szczególnym okrucieństwem wyróżniał się ich herszt – olbrzym z diabelskim tatuażem na przedramieniu. Sprawców nie ujęto.
– Co pan o tym sądzi? – zapytał Jupiter.
– Mam prawie pewność, że napadu dokonał gang Ognistych Demonów – powiedział Bili Norton. – Ale i tym razem nie zostawili śladów. Co więcej, mają na tę noc alibi. Kilka panienek zeznało pod przysięgą, że przebywały z nimi od wieczora do rana.
– Chyba bym mógł panu pomóc w przyskrzynieniu gangu – powiedział Jupiter. – Przysługa za przysługę.
Norton uśmiechnął się niewesoło. Miał wątpliwości, czy akurat w tej sprawie pomoc Trzech Detektywów byłaby skuteczna. Nad rozpracowaniem gangu biedziła się już od dłuższego czasu specjalna grupa FBI i jak dotąd bez efektów.
– Czym ja mógłbym ci służyć? – zapytał. Jupe wskazał na zapowiedź jutrzejszej publikacji.