– Mają zamieścić zdjęcie z Nocy Ognistych Demonów – powiedział. – Z Victorem Morganem jako członkiem gangu uczestniczącym w ekscesach. Trzeba temu zapobiec.
– Szanuję Martina Morgana i bardzo mu współczuję – Bili Norton pokręcił głową. – Ale prasa w demokratycznym państwie ma swoje prawa.
– A jeśli uzyska pan dowód, że fotografia jest falsyfikatem?
– Morgan będzie mógł podać gazetę do sądu – powiedział prokurator okręgowy. – Nie widzę tu roli dla siebie. Jako oskarżyciel publiczny występuję tylko w przypadku publicznych przestępstw.
Jupe położył przed Nortonem fotograficzną odbitkę podzieloną na klatki z kolejnymi fazami montażu.
– Tak powstawało zdjęcie, które ma się ukazać w jutrzejszym “Los Angeles Sun”.
Prokurator oglądał odbitkę z coraz większym zainteresowaniem.
– Skąd to masz? – zapytał. – Znasz autora falsyfikatu?
– Wystarczy spojrzeć na odwrotną stronę. Papier jest sygnowany. Producent dostarcza stałym odbiorcom papier fotograficzny z ich firmowym logo.
– Co to za Tom D. Spine?
– Mały cwaniaczek. Płotka. Ważniejsze, kto mu to zlecił.
– Kto?
– Osobisty sekretarz Martina Morgana.
Bili Norton otworzył szeroko oczy. Nawet prokurator czasami nie umie ukryć zaskoczenia.
– Morgan sam sobie zrobił harakiri? – zapytał z niedowierzaniem.
– Nic podobnego – powiedział Jupe. – York zdradził swojego chlebodawcę. Pracuje dla innej osoby. I tu zaczyna się sprawa, która powinna zainteresować prokuratora okręgowego.
Norton nadal przyglądał się próbnej odbitce z klatkami ujęć.
– Przedtem pytanie – odezwał się półgłosem. – Jak możecie nam pomóc w przygwożdżeniu Ognistych Demonów?
Jupe wyjął z kieszeni rolkę filmu.
– Policja ma tylko parę zdjęć z ich słynnej zadymy – powiedział. – Podobno adwokat Demonów kwestionuje ich autentyczność.
– Nie ma klisz – potwierdził prokurator.
– Są. Cała rolka ujęć z Nocy Ognistych Demonów. – Jupe podał Nortonowi film. – Niektóre zdjęcia doskonałej jakości, odbitki zrobiono tylko z paru najgorszych. Jest tu ujęcie, na którym dokonano fałszerstwa, wmontowując twarz Victora Morgana. Ta klisza i odbitka z fazami montażu powinny wystarczyć, by “Los Angeles Sun” odstąpił od publikacji.
Bili Norton przespacerował się po gabinecie. Stanął przy oknie i obejrzał pod światło film, klatka po klatce.
– Mamy ich – powiedział. – FBI ucałuje cię w oba policzki.
Jupe wyobraził sobie pocałunki szefa FBI i nie poczuł entuzjazmu. Szkoda, że agentką Federalnego Biura Śledczego nie jest Angela Morgan.
– Wolałbym inną formę wyrażenia wdzięczności – zauważył.
Norton roześmiał się i usiadł w fotelu naprzeciw Jupitera.
– Teraz opowiedz m i wszystko, co wiesz – powiedział i włączył stojący na biurku magnetofon.
Jupe mówił około godziny, ilustrując opowieść dokumentacją. Kiedy skończył, prokurator zatelefonował do redaktora naczelnego “Los Angeles Sun”.
– Cześć, Jimmy, tu Bili Norton – rzucił do słuchawki. – Zatrzymaj druk publikacji o Morganie. Mam przed sobą dowody, że fotografia to falsyfikat. Tak. Niezbite dowody. Dostarczę ci je jeszcze dzisiaj. Rozumiem, że żal takiej sensacji, ale będziesz miał większą. Bombę, że mózg staje.
– Niech to zleci redaktorowi Andrewsowi – podpowiedział cicho Jupe.
Norton w mig połapał się, o co chodzi, dobrze znał ojca Boba.
– Do tej bomby najlepiej się nada Andrews. – Norton mrugnął do Jupe'a. – Każ mu być w gotowości. Niech jutro rano zadzwoni do mnie.
Odłożył słuchawkę.
– Jedną sprawę mamy z głowy – powiedział. – Finał dziś wieczorem. Dam ci znać, gdzie i kiedy. Czekajcie na mój telefon.
Był wieczór, gdy pod składowisko staroci zajechał czarny van ze zgaszonymi światłami. Wysiadło kilku mężczyzn w kominiarkach. Od osobowego wozu, zaparkowanego dalej i także bez świateł, oddzieliła się jakaś postać i podeszła do nich.
Peter York wskazał zamaskowanym mężczyznom tylną furtkę wiodącą na teren składowiska i kempingową przyczepę o oświetlonych oknach.
– Żadnego hałasu – rzucił szeptem. – Bierzecie ich i zawozicie do opuszczonej kopalni w Black Hill. Mają tam być do piątku.
Jeden z mężczyzn kiwnął głową.
– A potem?
– Dowiecie się.
York wrócił do swego samochodu. Obserwował, jak mężczyźni wchodzą przez furtkę, jak ich cienie zbliżają się do przyczepy.
Drzwi nie były zamknięte. Wtargnęli do środka. Zobaczyli trzy chłopięce sylwetki odwrócone plecami.
– Nie ruszać się, bo po was! – syknął jeden z zamaskowanych.
Żadna z postaci nie poruszyła się. Doskoczyli, po dwóch do każdego. Chwycili wprawnie.
– A niech to!
Ściskali kukły wypchane kulkami styropianu.
Kulki rozsypały się po podłodze przyczepy.
– Stać! Policja! – dobiegł z tyłu głos sierżanta Wilsona.
Zamaskowani nie stawiali oporu. Po paru minutach, już skuci, dołączyli do Petera Yorka.
Limuzyna Johna Waltersa wjechała na teren posiadłości Morganów i zatrzymała się na podjeździe. Szofer zgasił światła, wysiadł i otworzył drzwiczki przed prezesem “Stock Industries”. Walters wszedł do rezydencji.
Ciemnoskóry służący o siwych, krótko przyciętych włosach wziął od niego kapelusz i laskę.
– Państwo Morgan czekają na pana prezesa w bibliotece – powiedział z uprzejmym uśmiechem, pochylając głowę.
John Walters przeciął obszerny hall i wszedł do pomieszczenia z szafami bibliotecznymi pełnymi książek w bogatych oprawach. Pośrodku biblioteki, przy niskim stoliku, siedzieli obok siebie na kanapie Sybil i Martin Morganowie.
Walters zbliżył się do nich, ucałował siostrę w policzek, mocno uścisnął dłoń szwagra.
– Miło znaleźć się w kręgu najbliższej rodziny – powiedział jowialnie, rozsiadając się w skórzanym fotelu po drugiej stronie stolika. – Czekałem na tę chwilę z prawdziwą niecierpliwością, panie senatorze – popatrzył na Morgana z dobrotliwym uśmiechem. – Nie zapytasz, czego się napiję?
Morgan bez słowa podszedł do barku na kółkach i z kryształowej karafki nalał Waltersowi kieliszek koniaku “Remy Martin”.
– Chyba nie zmieniłeś przyzwyczajeń – powiedział, napełniając szklanki dla siebie i żony sokiem pomarańczowym z odrobiną wódki “Smirnoff”.
– Zawsze ten sam i taki sam, niezmiennie wam życzliwy – zaśmiał się John Walters. – Twoje zdrowie, senatorze Morgan!
Wypił duszkiem koniak, oblizał wargi końcem języka, sięgnął do ozdobnego srebrnego pudełka pośrodku stolika po cygaro. Obwąchał je, potem zapalił i wypuścił kłąb aromatycznego dymu, który odpłynął w górę, spowijając żyrandol niebieskawą mgiełką.
– Za wcześnie tytułujesz mnie senatorem, John – zauważył Morgan.
– Masz tę godność w kieszeni – zapewnił Walters. – Z moich sondaży wynika, że zdobędziesz co najmniej siedemdziesiąt procent głosów.
– Jeśli mu w tym nie przeszkodzi “Los Angeles Sun” – wtrąciła Sybil Morgan.
– Chyba żartujesz, siostrzyczko – John Walters delektował się cygarem. – Ktoś czeka na mój telefon. Wyobrażacie sobie ten szum w redakcji, kiedy okaże się, że fotografia z moim siostrzeńcem jako członkiem gangu to obrzydliwy falsyfikat? Będą musieli przerobić całą pierwszą kolumnę i zamieścić przeprosiny.
– Przyznajesz więc, że to zdjęcie jest fałszywką – powiedział Morgan.
– Jak mógłbym uwierzyć, że Victor należy do Ognistych Demonów? Przecież znam go od urodzenia. Trochę narwany i z fantazją, jak jego mamusia, ale złote serce.
– Mimo to dopuściłbyś do publikacji – zauważa ta chłodno Sybil.