Выбрать главу

Zielonowąsy wolniutko sączył whisky, potem przelał do swojej szklanki niedopity przez sportowca szlachetny trunek i też go wysączył. Ruda stanęła za jego plecami, klepnęła Demona w ramię.

– Odpalasz działkę, Dick.

– Za co?

– Wziąłeś kasę. Widziałam.

– Ty już dostałaś od gazeciarza. Spadaj. No?

Ponieważ ruda nie przestraszyła się groźnego tonu, zielonowąsy odsunął ją na bok i wrócił do swoich. Ruda usiadła na stołku obok Jupe'a.

– Sukinkot – warknęła. – Handluje moim towarem…

– Może ja bym coś kupił od ciebie – odezwał się Jupe.

Wampirzyca spojrzała na niego z ukosa.

– Na mózg wam padło. Tobie też potrzebny widoczek z zadymy? Jeszcze jeden fan walniętych Demonów. Ile dajesz?

– Najpierw pokaż towar – burknął Jupe.

Ruda wsadziła rękę do brezentowej torby, pogrzebała w niej i wyjęła kilka zdjęć. Przedstawiały Ognistych Demonów okładających skuloną na ziemi kobietę, rozbijających szybę wystawową, wlokących za włosy ciemnoskórego chłopaka.

– Cyknęłam tak, dla hecy – powiedziała ruda. – Nie kapowałam, że będzie z tego kasa.

– Chciałbym fotkę z Morganem. To mój kumpel. Dam dwie dychy.

– Vic Morgan? – wampirzyca wyszczerzyła zęby żółte od nikotyny. – Mam dziś fart do szajbusów. Tamten wziął to – pokazała fotografię z biciem kobiety. – Tu stoi Vic – wskazała palcem na jednego z oprychów. – Trzy dychy i jest twoje.

Jupe uważnie przyjrzał się zdjęciu. Było kiepskie, ale twarze z grubsza dawały się rozpoznać.

– To nie jest Vic Morgan – powiedział do rudej.

– Tamten frajer nie grymasił – mruknęła. – Bierzesz czy spadasz? Za pięć dych załatwię ci autograf Bonzy.

Wyraźnie brała go za fana Demonów. Musieli mieć ich sporo.

– Autograf już mam – powiedział Jupe, dał rudej trzydzieści dolarów i schował zdjęcie do kieszeni. – Morgan mnie wyrolował, miał tu być dzisiaj, przyrzekł mi robotę. Nie wiedziałem, że Demony rolują kumpli.

– Jaki z niego…

Wampirzyca nie dokończyła. Jupe poczuł, że unosi się w powietrze. Wykonał nad stołkiem półobrót i znalazł się twarzą w twarz z olbrzymem o krogulczej gębie z haczykowatym nochalem i małymi oczkami. Krogulec unosił go w górę, trzymając za kołnierz kombinezonu.

– Za czym węszysz, pętaku? – rzucił niespodziewanie cienkim głosem.

– Vic mu potrzebny. Bonza – zaczęła przymilnie ruda. – Podobnież robotę obiecał…

– Jaki Vic? – przerwał jej krogulec.

– Vic Morgan.

– Ten pajac? Jaka robota? – Krogulec przewiercał Jupe'a zimnym spojrzeniem.

– Ogniste Demony nie są pajacami – wysapał Jupe, majtając nogami w powietrzu.

– Nie są – potwierdził krogulec i posadził Jupe'a na stołku. – Tutaj umówił się z tobą? – zapytał podejrzliwie. – Na dziś wieczór?

– Niezupełnie – wymamrotał Jupe. – Zniknął gdzieś. Podobno wy też go szukacie.

Bonza położył mu na karku bochnowate łapsko.

– Spływaj, frajerze – ćwierknął ptasim głosem. – Już. Bo zrobię z ciebie farfocel.

Jupe nie wiedział dokładnie, co to znaczy, lecz nie zależało mu, żeby się dowiedzieć. Łapa Bonzy ciążyła na karku jak sztanga. Odetchnął, gdy się cofnęła.

Po chwili już go nie było w “Hadesie”.

Martin Morgan wpatrywał się w pierwszą stronę “Los Angeles Sun”. Patrzył tępo, w bezruchu. Spojówki miał zaczerwienione, oddech płytki.

U dołu strony widniało znowu zdjęcie z nocnej zadymy Ognistych Demonów, zamieszczone w gazecie kilka dni wcześniej. Tym razem grafik wyróżnił jedną z postaci czerwonym kółkiem. Tytuł nad fotografią brzmiał: “Czy to jest Victor Morgan – syn kandydata na senatora? Wyjaśnienie zagadki już wkrótce!”

Twarz w czerwonym kółku była rozmazana, ale Martin Morgan nie miał już tej pewności co przedtem, że to ktoś inny. A jeśli Victor?

Dlaczego zniknął tak nagle i nie odzywa się, nie dzwoni?

Nic nie dzieje się bez powodu. Victor wie świetnie, że w ostatniej fazie kampanii wyborczej kandydat powinien występować w asyście najbliższej rodziny. Takie są tu zwyczaje. A on rozpłynął się, ulotnił jak kamfora: czy to nie dowód, że ma brudne sumienie?

Gdyby mój syn był mężczyzną – pomyślał Martin Morgan – spojrzałby mi w oczy i wyznał całą prawdę. Morganom nigdy nie brakowało odwagi. On, Martin Morgan, znajdzie w sobie odwagę, by się wycofać z wyborów, nawet w ostatniej chwili, jeżeli uzna to za konieczne. Ale konieczność musi zostać udowodniona. Inaczej zawiódłby wyborców, tych wszystkich, którzy liczą na niego, którzy wierzą, że nie dopuści do zniszczenia Błękitnej Doliny.

Musi pomówić z Victorem.

Natychmiast.

A jego nie ma.

Zadzwonił telefon na biurku, sekretarka zameldowała, że ma na linii kilku dziennikarzy, którzy domagają się wywiadu.

– Nie ma mnie – rzucił krótko Morgan.

Po chwili telefon zadzwonił znowu. W słuchawce odezwał się głos Johna Waltersa, prezesa “Stock Industries”:

– Jestem wstrząśnięty, Martinie. Mam przed sobą świeży numer…

– Ja też – przerwał mu Morgan. – Victor gdzieś zniknął.

– A więc pośrednio przyznał się do winy – dobiegło ze słuchawki.

– Nie uwierzę, póki z nim nie porozmawiam.

– Niestety, jest gorzej, niż myślisz – powiedział ze smutkiem JohnWalters. – Jutro w “Los Angeles Sun” ukaże się inne zdjęcie z Nocy Ognistych Demonów. Ostre i powiększone. Ja już je widziałem. Jest na nim Victor. Tym razem bez cienia wątpliwości.

Martin Morgan oderwał słuchawkę od ucha i obejrzał ją, jakby oglądał muzealny eksponat. Potem powoli i apatycznie przyłożył do skroni.

– No to przegram wybory – powiedział cicho do szwagra.

– Nie musisz – rzucił John Walters. – W końcu… jestem bratem twojej żony. Zrobię wszystko, żeby zdjęcie nic ukazało się w druku.

– To już nie zda się na nic – szepnął Martin Morgan i zamknął oczy; trwał w odrętwieniu, nie wiedząc, że do gabinetu wślizgnęła się Angela, że stoi za jego plecami i z niepokojem patrzy na ojca. – To już na nic – powtórzył.

– Przeciwnie – dobiegł go głos Waltersa. – Zdjęcie się nie ukaże i zostaniesz senatorem. Victor się znajdzie, wyjaśnimy wszystko, z pewnością jest to nieporozumienie. Wasz syn nie może być bandytą. Co najwyżej zaplątał się przez młodzieńczą naiwność albo jego wplątano w aferę, aby tobie zaszkodzić. Damy sobie z tym radę, masz moje słowo. Jest tylko jeden warunek.

– Jaki? – spytał Morgan.

– Właściciel “Los Angeles Sun” jest jednym z inwestorów w Błękitnej Dolinie. Wystarczy mu twoja obietnica, że nie przeszkodzisz w budowie elektrowni.

– To nikczemne – powiedział Martin Morgan.

– Zgadzam się – przytaknął John Walters. – Ja jestem tylko pośrednikiem między nim i tobą. Czuję się nie mniej oburzony. Ale nie masz wyboru.

Morgan znowu obejrzał słuchawkę i znów przyłożył ją do skroni.

– Mam wybór – powiedział. – Mimo wszystko ufam Victorowi. Odmawiam.

Ospałym ruchem położył słuchawkę na widełkach i dopiero teraz zauważył obecność córki w gabinecie. Miała okrągłe oczy. Śniade policzki przybrały szarość popiołu.

– Słyszałam całą rozmowę. Widziałam zdjęcie w “Los Angeles Sun”. To nie jest Victor…

– Chyba nie jest – zgodził się ojciec. – Ale oni mają inną fotografię. Tym razem na pewno z Victorem. Wuj John ją widział… Dlaczego Victor uciekł z domu? – zapytał z udręką.